Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

ODRZUTY Z POLSKIEGO GÓWNA

poniedziałek, 16 listopada 2009 10:13

Dwa lub trzy numery z „Polskiego Gówna" były niezłymi piosenkami politycznymi. Koniec końców, straciły rację bytu i nie pojawią się w filmie. Zajrzałem do swego pokaźnego zbiorku musicalowych (ok. 25 szlagwortów) i westchnąłem nad dwoma odrzutami. Oto pierwszy z nich:


                                  ROMEK GIERTYCH ROCK



każdy dzieciak chciałby być

Skywalkerem lub Batmanem

Shrekiem, Voldemortem lub

którymś z braci Mroczków

kim chciał zostać Romek G.

trudno sobie wyobrazić

wiemy za to, kim jest dziś

czarnym koniem opozycji


Romku, przestań robić dym

wszyscy wiemy, co ukrywasz w tyłku swym

Romku, rozchmurz końską twarz

kupę w dupie nosisz tak jak każdy z nas

Romku, przestań robić dym

wszyscy wiemy, co ukrywasz w tyłku swym

Romku, wyluzować czas

spal garnitur, możesz zostać jednym z nas


każdy wierzył w jakiś cel

miał marzenia, aspiracje

w międzyczasie stając się

sztywnym, przemądrzałym głąbem

co się stało z Romkiem G.

to w istocie jego problem

który stał się moim, gdy

Romek zrobił bydło w rządzie


Romku, przestań robić dym

wszyscy wiemy, co ukrywasz w tyłku swym... (itd.)


   W sumie nawet zabawne. Romku - mam nadzieję, że przeczytasz i uśmiejesz się niczym norka. Trzeba mieć poczucie humoru i dystans, kiedy się jest na świeczniku (ja się ciągle uczę).


   Drugi tekst był zadedykowany naszym niepokaźnym bohaterom narodowym. Też coś w nim jest, cholerka:



                                               UKŁAD



wróg nigdy nie śpi, wróg ciągle czuwa, budując układ

w twej kamienicy na drugim piętrze powstaje układ

w twym miejscu pracy za przepierzeniem haniebny układ

w telewizorze większość kanałów dotuje układ, układ


nie będą nam mówić, że białe jest białe, a czarne jest czarne

nie będą nam mówić, że małe jest małe, bo stanie się

wielkie... i twarde

nie będą nam wmawiać, że wolność to wolność, a wojna to wojna

nie będą nam wmawiać, że prawda to prawda, a Polska to Polska


więc mówię do brata: „kwa-kwa, mój bracie, wytropmy układ"

więc mówię: „kwa-kwa, dziś podsłuchajmy i zdemaskujmy układ

i zapełnijmy sądy, więzienia, by zdusić układ

wprowadźmy neo-kwa-kwa-socjalizm, by zniszczyć układ, układ


nie będą nam mówić, że białe jest białe, a czarne jest czarne

nie będą nam mówić, że małe jest małe, bo stanie się

wielkie... i twarde  (itd.)


   To oczywiście tylko nędzne odrzuty. Jak wiemy, polityka starzeje się najszybciej; to, co śmieszyło wczoraj, dzisiaj nie robi wrażenia. Napisałem jeszcze piosenkę pt. „Ci Wtrętni Pederaści", którą miał w filmie śpiewać ekwiwalent Romka Giertycha, ale jej nie przytoczę - może jeszcze się przyda. I to tyle na dzisiaj. Życzę słonecznego weekendu.


komentarze (47) | dodaj komentarz

DO ADRIANA CHORĘBAŁY

wtorek, 10 listopada 2009 19:57

    W najnowszej Machinie ukazała się recenzja nowej płyty Transistorsów pt. „Bigos Heart". Właściwie nie wypada mi o tym pisać, bo z pismakami - jak pouczał mnie wujek Ptaszyn Wróblewski - polemizować nie warto. To oni są od pisania, a my jesteśmy od grania. Gdyby mogli grać, graliby; jako że nie mogą, zajmują się wypisywaniem bzdur i perpetuowaniem arbitralnych andronów. Rozumiem też, że wraca do mnie karma recenzenta „Dziennika" - samemu zdarzyło mi się zjebać to i owo.


   A jednak recenzja autorstwa niejakiego Adriana Chorębały nie rozdrażniła mnie w związku z oceną ściśle muzyczną. Chorębała dał płycie trzy i pół gwiazdki i napisał, że jest nieźle. Napisał też, że drażni go polski-angielski Tymańskiego. Ciekawe, czemu go drażni - szlifuję swój angielski od 30 lat i po prostu dużo lepszy być nie może. To niewątpliwy upadek - wyjaśniać, że przecież studiowałem anglistykę, że większość książek czytam po angielsku, wreszcie że Amerykanie pytają mnie o to, ile lat spędziłem w Ameryce. Nie mam wielu hobby - nie znam się na samochodach i lutowaniu kabli. Jednakowoż znam się na dwóch rzeczach - na muzyce i języku angielskim. Skoro jednak znawcy tematu Adrianowi Chorębale nie podoba się mój English, odzywa się we mnie coś przekornego. Adrianie - mam wielką nadzieję, że jesteś nieślubnym synem Macieja Słomczyńskiego albo przynajmniej urodzonym w Londynie bilingwistą. Jeśli nie - masz problem. Chętnie wyzwałbym Cię na językoznawczy pojedynek wobec komisji British Council... Przy okazji zaprosiłbym też dobrego laryngologa i sprawdził Twój słuch. Pisz sobie o tym, że płyta Ci się nie podoba. Że jest retro i kiepsko brzmi. Że Tymański się starzeje i nie czuje polskiego rynku muzycznego. To wszystko pisać masz prawo - to Twoja licencia poetica pismaka. Ale jeśli masz pisać żywe bzdety na tematy, w których nie jesteś ekspertem - lepiej nie pisz w ogóle. W ten sposób bowiem dokładasz cegiełkę do muru powszechnej polskiej ignorancji, która stanowi o konsystencji tzw. „polskiego bagienka". Bagienka, w którym wszyscy się taplają, wzajem obrażając i umniejszając. Boć przecie nic dobrego w tym kraju powszechnej wtórności powstać nie może!


   Ta płyta to ponad rok mojej ciężkiej pracy. Twoja recenzja to kwadrans pospiesznej pisaniny o niczym, co przypieczętowałeś demostracją swego dyletantyzmu. Zanim znowu wypiszesz jakieś piramidalne głupstwo i niesłusznym pseudo-argumentem dotkniesz kolejnego twórcę, przestrzegam Cię - jako kolega po fachu - doucz się i przedsiębierz ćwiczenia w recenzenckiej rzetelności. Niech Ci zadrży pióro, niech głowa zapełni się uczciwą refleksją. Pomyśl, zedytuj, może kogo podpytaj. Tylko o to Cię proszę - Ciebie i podobnych Tobie mądrali.

komentarze (28) | dodaj komentarz

W TRASIE

poniedziałek, 26 października 2009 16:56

     Od dwóch tygodni jestem w trasie koncertowej. Trasa to niezła napierdalanka. Sami prowadzimy auto, sami nosimy sprzęt. Ten punk rock wynika z warunków koncertowania w klubach, do których przychodzi po 100-200 osób. Teoretycznie stać nas na roadiego, ale po co mi mały roadie - po to, żeby nosił za mną moją przeklęcie ciężką, podwójną końcówkę mocy Marhalla, którą dostałem w schedzie po Piciu Pawlaku?... W chwilach emocjonalnej neutralności Piciu zwał ją „srebrnym" (końcówka tkwi w srebrnej obudowie Paco Case). Kiedy brakło cierpliwości, stawała się po prostu „kurwą". „Jeszcze trzeba dygnąć tę kurwę", mawiało się w naszym busie. W busie gada się jak w stoczni czy sztolni - nie obwija się w bawełnę. Bus to plugawa szatnia męska, bus to obsrane okopy pod Verdun. W zmiennych polskich warunkach walczymy o przetrwanie. Cały dzień za kółkiem, z Gdańska do Krakowa, z Sanoka do Gdańska, w upale, słocie i śniegu - upływają resztki naszej młodości. Gdy przyjeżdżamy na miejsce, zaczynamy nosić i ustawiać graty. Potem trzeba jeszcze wdrapać się na scenę i pierdolnąć dobry wykon, bo przecież nie wytłumaczysz ludziom, że podróżowałeś przez dziesięć godzin i najchętniej klapnąłbyś przed pudłem telewizora.


   Trzeba mieć siłę i dyscyplinę, a - jak wiadomo - w trasie głównie się chleje. Gdy wracam do domu, żyję jak jogin. Owsianki, kasze, warzywa, pięć przemian, zero alku. W trasie bywa różnie. Kluby to świat z pogranicza piekła i nieba. Bywa pięknie i kulturalnie jak w Namysłowie, gdzie ludzie witają chlebem i solą, przynosząc domowy bigos. Chcą autografów, kontaktu, ale zachowują dystans i nie wchodzą na głowę. Bywa też tak jak (ostatnio) w Zielonej Górze, gdzie prawie się z nimi szarpiesz. Dlatego w rzeczywistości klubowej trudno jest być świętym i trzeźwym. Kiedyś ćwiczyłem te wszystkie ascezy; nie piłem przez dwa lata, podczas koncertów sączyłem soki i herbatki. Bywało dziwnie - jakbym w poniedziałek rano przyszedł do pracy w urzędzie miejskim. Wreszcie dałem sobie spokój z trzeźwością, bo przecież rokendrol nie znosi zasznurowanego pindola ascezy. Podczas koncertu staram się popijać głównie browary albo wino i nie mieszać. W mej kuchni na półce stoją dwie butelki niezłego wina, z których raz na parę dni zdarza mi się uszczknąć nędzną lampkę. W domu prawie nie piję, po knajpach też już nie chodzę, bo nie mam czasu. Po co mam łazić po knajpach, skoro upływa w nich całe moje życie? Natomiast w trasie... W trasie jest jak jest i chuj. Rock'n'roll!!! Raz się żyje.


komentarze (34) | dodaj komentarz

SŁOWACJA - GOLA!!!...

środa, 14 października 2009 15:40
   Dzisiaj mecz Polski ze Słowacją. Jak każdy prawdziwy patriota, życzę Polakom porażki. Niech przegrają 0:3 – sromotnie, żenująco i z kretesem. Niech się snują po boisku jak p.... wołowe, niech nie walczą (bo na to mieli kilka ostatnich meczy). Niech tracą proste piłki, niech podają do tyłu, niech się gubią w nieudanych dryblingach. Niech pod bramką zachowują się nieudolnie niczym pensjonariusze domu starców, niech Słowacy ośmieszają ich i kiwają jak dzieci, zakładając im siaty i obiegając ich jak cyrkowcy. Niech Jerzy Dudek jak najczęściej wyjmuje piłkę z bramki. Wszystko po to, żeby uratować polską piłkę przed rakiem, który ją toczy – PZPN-em. Skorumpowanym, do szpiku kości zramolałym państwem w państwie, od zawsze na smyczy mafijnej organizacji FIFA, która dba o to, żeby wygrywali i prosperowali najbogatsi, a najbiedniejsi zdychali pod płotem. Czemu – niczym Kościół katolicki – jest FIFA ostatnią instytucją, która pozwoli sobie na wewnętrzną rewolucję? Ano dlatego, że takowa się nie opłaca. Niech sędzia będzie boiskowym bogiem, niech wypacza wyniki meczy, syzyfowy wysiłek kilkudziesięciu ludzi, wielkie widowiska, które inspirują miliony. Dopóki wyniku meczu nie można skorygować, dopóty można nim manipulować. Itd, itp. Nie chce mi się wypisywać wszystkich zbrodni i przewin FIFA i PZPN-u. Jest taki piękny, polski zwrot frazeologiczny, który nie ocenia, a przecież mówi wszystko – po prostu „ch.. im w d...“.  A może życzę im za dobrze?...

   Cieszę się, że polscy kibice bojkotują ten mecz. Oczywiście PZPN-u to nie rusza: mają swoje priorytety, swoje koryto i swoje parszywe układy. Co ich obchodzi zdanie rodzimych fanów piłki, skoro popiera ich papież światowego futbolu, mafioso Blatter? Mało tego – powiedzmy sobie szczerze, że żadna rewolucja nie jest możliwa. Jeśli chcemy organizować Euro 2012, nie można tknąć cuchnącego zbuka PZPN-u ani podskoczyć FIFA nawet na pięć centymetrów. Ale z pewnością można ich zmusić do wybrania lepszego coacha narodowej reprezentacji – choćby Franciszka Smudę czy Henryka Kasperczaka. Panowie Lato, Piechniczek i Majewski! Domyślam się, że fajnie sobie wzajem podawać loda – byliście w jednym teamie i swego czasu mieliście monopol na prawdę (w roku 1982 – dobrze pamiętam i dziękuję). Nie mówię, że Stefan Majewski ma źle w głowie; a jednak trener to ktoś, kto ma charyzmę i swoje idee umie przekazać prostym ludziom, jakimi niewątpliwie są piłkarze (oczywiście z pewnymi wyjątkami). Jeśli ktoś na siłę obstaje przy obrońcach Polczaku tudzież Bieniuku (zapina ich czy co?), jeśłi nie jest w stanie dokonać adekwatnych zmian w odpowiednim czasie, po prostu musi jak najszybciej odejść. Np. jaki sens ma pamiętna zmiana trenera Janasa z roku 2006 (mecz Niemcy – Polska), wprowadzająca Pawła Brożka w 87 minucie gry? Przy niekorzystnym wyniku nowego napastnika można wprowadzić w 65, 70, nawet 80 minucie. W 87 można jedynie dyskretnie napić się wódki z bidonu tudzież wprowadzić obrońcę – wygrywając lub remisując, założywszy, iż jesteśmy zadowoleni z wyniku. Nawet nie chce mi się analizować zmian Stefana Majewskigo w meczu z Czechami. Fakt, że były ch... Czemu zdjął Jelenia, a nie Grosickiego? Czemu nie wprowadził Rogera za nieudolnego Iwańskiego? Itd, itp.  Reasumując – dzisiaj cała Polska kibicuje za Słowacją. I wiedźcie, panowie Mafia, panowie Lato i Piechniczek – że my, kibice, czynimy tak z czystego patriotyzmu.

komentarze (141) | dodaj komentarz

MY GOAL'S BEYOND

piątek, 02 października 2009 13:36

   Przedwczoraj obchodziłem 41-sze urodziny. Czy to jakaś specjalna okazja? Urodziny -tak; natomiast to, że 41-sze - bez znaczenia. Lubię okrągłe daty - wszak myśli się o nich symbolicznie. Ciekawe jest to, że właśnie przedwczoraj, około 15-tej, skończyłem wbijać ostatnie partie wokali do płyty „Bigos Heart".  Męczyłem się z wokalami przez ostatnie dziesięć dni. Właściwie „męczyć się" nie jest odpowiednim słowem; raczej świadomie wszedłem w forsowny trening, walcząc o jakość i śpiewając po kilkanaście godzin dziennie. Oczywiście trudno było po raz kolejny nie skonstatować, iż nie umiem śpiewać. Tzn. umiem, daję sobie radę - nie jest to jednak rodzaj talentu „danego od Boga". Jeśli mam taki talent, jest to talent kompozytorski. Coś, co przychodzi do mnie samo, bez pytania, bierze we władanie mój umysł, zostawiając z garścią nowych tekstów i piosenek. Natomiast śpiewanie to dla mnie zmaganie z ograniczeniami głosu. Wiem, jak ma brzmieć muzyka, planuję swoje płyty na wiele lat do przodu. Wiem, co chcę zaśpiewać. Wychodzi nieźle; nie jest to jednak ten Ronaldo, jak to się mówi. Nieco pociesza mnie fakt, że podobnej frustracji doznało wielu desperado, zdzierających swe gardła przed mikrofonowym sitkiem.


   Podoba mi się ta płyta. To chyba najważniejszy album, jaki nagrałem w tej dekadzie. Bez gorączki i szarpaniny, bez złych emocji; w zgodzie z prawami Ziemi i Nieba, w zgodzie z Wielkim Tao. Specjalnie nie liczę na to, że płyta będzie grana w radiu itp. Wczoraj był u mnie stary kumpel Bartek Szmit ze Sni Sredstvom Za Uklanianie i powiedział: „Bardzo fajna muzyka, nie brzmi po polsku. Chyba jednak nie będzie grana w radiu - jestem przekonany, że w radiu grają tylko to, co jest posmarowane". Masz rację, Bartku, coś w tym jest. Zapomniałeś jeszcze tylko o polerce... To też działa. Nie przejmuję się takimi rzeczami. Ważniejsze są dla mnie koncerty i ludzie, którzy na nie przychodzą. Robię to wszystko już tyle lat, że czuję się jak karaluch na Słońcu. Nie zniszczyło mnie nic, przeżyję wszystko, bowiem moim celem nie jest lista przebojów czy dom z basenem. My goal's beyond. Tak naprawdę robię muzykę bez żadnego celu. Robię ją, bo muszę. Będę ją robił do samego końca - bez względu na to, co powiedzą, czy będą ją lekceważyć, czy się obrażać.  Jak powiedział Eric Dolphy: „Choćby wszyscy uciekali na dźwięk moich improwizacji, tak czy owak będę robił to, co robię. To jedyny sposób, żeby osiągnąć muzyczną dojrzałość i duchowe spełnienie".


komentarze (25) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin: 301238

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider legendarnych formacji Miłość (1988-2002) i Kury (1992-2003). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. A...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider legendarnych formacji Miłość (1988-2002) i Kury (1992-2003). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in."Sztos", "Wesele"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1.

schowaj...

Wizytówka


Tymon Tymański

wirtualni.wp.pl

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 10.11.2009 0:22:11
  • autor: Jelapeno
  • treść: Muszę przyznac, że t...

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 301238
Wpisy
  • liczba: 92