Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

KARATE - POST SCRIPTUM

wtorek, 09 lutego 2010 15:10

No i tak to się dzieje. Człowiek kreśli parę ciepłych słów o sztuce walki, której praktykowanie podnosi go na duchu, a tu… Zaczyna się werbalne kumite. Napierdalanka pt. „Która Sztuka Walki Jest Skuteczniejsza“ albo jeszcze gorzej. Innymi słowy: „si vis pacem, para bellum“. Drodzy koledzy i koleżanki… Powiem Wam szczerze, iż po kilkunastu latach praktykowania karate shotokan nie wiem, która szkoła jest lepsza. Wiedziałem to na początku, kiedy byłem szczawikiem – oczywiście, że moja… Ale to było dawno temu i nieprawda.

 

   Jeśli chcecie wiedzieć, jakie jest moje zdanie na temat skuteczności poszczególnych sztuk walki, odpowiem wymijająco: to bardzo zależy. Przede wszystkim – o czym rozmawiamy? O walce ulicznej, walce sportowej czy pokazach tzw. kata? Jeśli chodzi o te ostatnie, zapewne najbardziej estetyczne formy walki z wyimaginowanym przeciwnikiem oferują szkoły kung fu. „Opływowe“ ruchy, niskie pozycje, genialny balans ciałem – kung fu wygląda jak czysta poezja sztuk walki… Co do walk sportowych, odpowiedzią jest K1 oraz MMA. K1 to kombinacja karate, boksu, kick boxingu oraz muay thai; w MMA dochodzą brazylijskie ju-jitsu, zapasy, judo, sambo, pankration i parę innych. K1 wygrywają zawodnicy, którzy specjalizują się w karate, boksie, kick boxingu i muay thai, przygotowując się po troszę ze wszystkiego (tzw. cross training)… To samo tyczy się MMA, ale jeszcze w szerszym zakresie: do technik w „stójce“ dochodzą techniki w „parterze“ (rzuty, chwyty, dźwignie, duszenia). Innymi słowy – nie istnieje zasada, że w walce skuteczniejsze jest albo karate, albo boks, albo zapasy. Mało tego; ktoś, kto ma pojęcie tylko o jednym stylu walki, będzie miał w K1 i MMA spore problemy… Walkę w K1 czy w MMA wygra zawodnik najwszechstronniejszy. W K1 – szybki, silny, odporny na ciosy, z nokautującym uderzeniem i mocnymi kopnięciami. W MMA – ktoś, kto świetnie radzi sobie w „stójce“, ale kto w znakomitym stopniu opanował również technikę walki w „parterze“ (chociażby słynny karateka shotokan Lyoto Machida, który kapitalnie operuje technikami brazylijskiego ju-jitsu).


   Czy powyższe umiejętności pomogą nam w ulicznej walce? W dużej mierze tak, choć nie zawsze. Taka walka to jeszcze większy kosmos, nie mający wiele wspólnego z ringiem czy matą. Na ulicy wygra po prostu bardziej zdeterminowany… Twoje umiejętności karate, ju-jitsu czy sambo powodują, że masz pojęcie o walce… A jednak nie wiesz, na kogo trafiłeś. Ktoś, z kimś się bijesz, może użyć noża lub śmietnika… Może chcieć cię zagryzć za coś, czego wcale nie zrobiłeś. Może mieć poważniejsze motywacje (np. może być wkurwiony na cały świat za brak ojca, za bicie i poniżanie w dzieciństwie), może chcieć wyładować całą agresję życia właśnie na tobie. A wtedy mogą nie wystarczyć karate, judo, muay thai czy ju-jitsu… Może wtedy – zamiast się od razu tłuc – lepiej wysłuchać gościa i kupić mu piwo? Sztuki walki nie uprawia się po to, żeby komuś dokopać. Uprawia się ją po to, by kształtować charakter, by stawić czoła własnej słabości i przeciwnościom losu. Ale sens tej praktyki wychodzi po latach… Kiedy już nie mamy ochoty nikomu dokopać i nie winimy nikogo za swoje nieszczęścia. Dlatego karate, kung fu, judo, muay thai czy ju-jitsu to skarbce bez dna – każdy dostanie to, o czym marzy. Warto też przytoczyć mądre słowa mistrza Bruce’a Lee, luminarza chińskiego stylu Wing Tsun: „Dopóki się nie skończyła – nigdy nie przesądzaj o wyniku walki. Jeśli wygrywasz, nie myśl, że już wygrałeś, jeśłi przegrywasz, nie myśl, że przegrałeś. Po prostu walcz do końca“.

komentarze (4) | dodaj komentarz

KARATE

czwartek, 28 stycznia 2010 11:09

    Karate nieraz ratowało mi dupę. I to bynajmniej nie w sytuacjach klubowych bójek - bo prawie ich nie było. Jak się mierzy 194 cm i waży ponad sto kilo, mało kto cię zaczepia. Powstaje pytanie - po co trenować, jak się jest dużym i silnym. No cóż - nie zawsze byłem duży i silny... I pewnie nie zawsze będę. Ale karate ukształtowało mój charakter. Nauczyło mnie cierpliwości iwytrwałości. Nie odpuszczania. Nauczyło mnie miłości do tego, co powtarzalne i pozornie nudne.


   Zacząłem trenować karate shotokan na jesieni 1983 roku pod wpływem filmu „Wejście smoka" z pamiętnym Brucem Lee. W grupie trenował mój kumpel Piotrek Pawlak, z którym nieco wcześniej grałem w kapeli The Howling Dogs. Zaliczyłem prawie dwa lata ćwiczeń, żółty pas... I odechciało mi się. Dwa lata później zdałem na studia; zamiast zajęć z WF-u mogłem wybrać sobie sekcję. Wybrałem karate. Pochodziłem rok czasu i znowu dałem sobie spokój. W tym okresie zaczynałem grać na kontrabasie i co chwila miałem wybite palce albo poranione kostki. Poza tym karate, które uprawiałem, było wykładane na sposób nazbyt europejski, sportowy, a mnie równie mocno interesowała jego strona filozoficzna i historyczna.


   Na sekcyjnych zajęciach poznałem senseia Artura. Artur miał inne podejście do karate: interesowały go medytacja oraz przeróżne pozasportowe aspekty sztuk walki. Pamiętajmy o tym, że sportowe karate to jedynie ostatnie 50 lat ubiegłego wieku i dekada bieżącego. Wcześniej okinawskie karate oparte było na tradycji ćwiczeń w małych, „rodzinnych" grupach. Jego najsłynniejszy propagator Gichin Funakoshi na początku XX wieku wyemigrował do Japonii i przez pół stulecia nauczał Japończyków, upraszczając okinawskie karate, zarazem jednak kładąc nacisk na jego aspekty etyczne i duchowe. Gorąco nie życzył sobie komercjalizacji oraz atomizacji karate na sto nowych (prawie niczym się od siebie nie różniących) stylów. Jednak już zaraz po jego śmierci psy komercji i egocentryzmu rozwłóczyły karate po polach świata...


   Z drugiej strona owa atomizacja była nieunikniona; wynikły z niej też pewne awantaże. Weźmy na przyklad takiego Dana Djurdjevica z australijskiej Academy Of Traditional Fighting Arts. Od pewnego czasu śledzę jego frapujący blog p.t. „The Way Of Least Resistance". Facet trenował głównie karate (goju ryu i shotokan) oraz kobudo, ale w pewnym momencie - wskutek problemów zdrowotnych - zabrał się za chińskie qin-na, shaolińskie formy Hong Yi Xiang oraz tzw. sztuki wewnętrzne (taichi, bagua i xing yi). W swym blogu omawia różne istotne sprawy wspólne dla wszystkich stylów walki: „zakorzenienie", utrzymanie równowagi, pracę bioder, timing, flow. Bardzo przekonujące jest jego doświadczenie z wyśmiewanymi przez karateków wewnętrznymi sztukami walki. Karate stawia na szybkość i brutalną siłę, wewnętrzne style - na moc umysłu, technikę i spryt. Od paru lat ćwiczę Qi Gong i mam ochotę podjąć kolejne wyzwanie - zabrać się za praktykę czegoś w rodzaju taichi, qin-na lub xing-yi. Moim zdaniem karate wymieszane (przykładowo) z aiki jutsu oraz qin-na to po prostu bardziej gruntowna, całościowa wiedza na temat filozofii i pratyki walki.


   Do dojo wróciłem w 1995 roku. Dowiedziałem się, że mój dawny kolega z sekcji, Józek Pachur, ma swoją małą szkołę shotokanu. U Józka przetrenowałem ponad dziesięć lat. Nie zawsze miałem czas i siłę ćwiczyć; wiadomo, jak bujne jest życie muzyka... A jednak wiedziałem, że zawsze - niezależnie od formy - mogę przyjść do dojo Józka. W międzyczasie Józek dorobił się 3 dan; ja po latach męki zdałem na pasek brązowy. Mój trener to zacne chłopisko: dobry i cierpliwy nauczyciel, który wygląda niczym polskie wcielenie okinawskiego mistrza Anko Asato. Nie przyciąga tłumów, bo nie ma serca do auto-promocji, która stała się istotniejsza niż jakość kultury, sztuki, sportu czy nawet religii... Z drugiej strony jest w treningach naszej małej sekcji coś zajebistego - pierwotnego, kameralnego, rodzinnego. Uwielbiam tam wracać i będę tam wracać zawsze. Yo.


   Przez ostatnie trzy lata współprowadzenia „Łossskotu" byłem na zaledwie kilku zajęciach karate  Zapuściłem się jak polski polityk. Pojawiło się brzucho, zesztywniały mi ścięgna i stawy. Wróciłem do dojo w tym sezonie. Nie jest łatwo, ale kto mówił, że będzie łatwo? Czas przyłożyć i zabrać się za następne egzaminy; przecież nie wypada mi zakończyć karateckiej kariery na gównianym pasie...


komentarze (67) | dodaj komentarz

PRAKTYKA ZMYWANIA NACZYŃ

piątek, 22 stycznia 2010 10:30

praktyka zmywania naczyń

to piękna medytacja

dla kogoś, kto myśli o sobie

iż jest kimś ważnym

a jego czas jawi się

najbardziej drogocennym na świecie

 

to praktyka wyjątkowo skuteczna

będąca w stanie odmienić

wybujałe ego

artystów, dziennikarzy i ludzi telewizji

pokroju nudziarza Tomasza Lisa

niemądrej Steczkowskiej

oszołoma Tymańskiego

strojącego minki McCartneya

a nawet wielce wkurwiającego Bono

 

rzeczona praktyka

w zaledwie pięć minut uczyni cię

zenistycznym zerem i szczęśliwym workiem trocin

atentywnym robotem

kimś mniej istotnym od gżegżółki

i pośledniejszym niżeli zepsuty, emaliowany czajnik

 

tym samym fortunnie zapomnisz

o wikipedii i czczych rankingach

wywiadach, intrygach i wszelkiej obmowie

wreszcie o ambitnych planach

inwestycjach, kredytach, zadłużeniu telefonicznym

przez długą chwilę będąc jeno

subtelnym połyskiem naczyń,

mistycznie ciurkającą wodą,

mydlaną pianą,

magicznie rosnącą

na dnie tłustego zlewozmywaka

 

komentarze (25) | dodaj komentarz

SLADE - MISTRZOWIE GLAM ROCKA

środa, 13 stycznia 2010 16:53

Kiedy miałem 5-7 lat, w radiu królował bezwstydny glam rock. Pamiętam, że mój starszy brat Roman usiłował nagrywać ambitniejszą muzykę na swoim magnetofonie typu Tonette (stary szpulowiec z charakterystycznym, zielonym i mrugającym „okiem“) – Beatlesów, Stonesów, Led Zeppelinów, Deep Purple, Genesis czy Yes. Tak czy owak, pomiędzy Bitlami, Zeppelinami czy Zappą (tak, tak: pamiętam z dzieciństwa fragmenty „Overnite Sensation“ – „ Dirty Love“ oraz „I Am The Slime“), tu i ówdzie pałętały się numery Slade‘ów, Mudów, Gary Glittera tudzież Suzi Quatro… Braciak przegrywał pojedyncze numery z radia lub od kumpli, którzy słuchali dobrego „stuffu“. Pewnie już nie raz wspominałem, że gdyby nie koledzy Romana, moi starsi współbratymcy z nauczycielskiego osiedla w Gdańsku Wrzeszczu, nie miałbym większego pojęcia o dobrej muzyce… Kilku z nich zawdzięczam solidną edukację: począwszy od Beatlesów oraz Dylana, a skończywszy na Coltrane’ie i Mahlerze. Najważniejsze numery mojego dzieciństwa to „Hey, Jude“ i „Come Together“ Beatli, „Want On Song“ i „Kashmir“ Zeppelinów, „Talked To The Wind“ Krimsonów i „Carpet Crawlers“ Genesis, ale też i… „Everyday“ czy „Merry Christmas“ Slade’ów. Może stąd bierze się moje przekleństwo głębokiego zasiedzenia w dobrej, anglosasko-amerykańskiej muzie przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: moi koledzy, Kazik, Muniek, Brylu, nie mieli starszych braci i ich kumpli… Owszem, podobnie jak ja, słuchali Slade‘ów, Mudów, Nazareth i Budgie, nie załapując się jednak na wczesnego Dylana , Zappę, Crimsonów czy Genesis. A ja będę bronił starego Genesis – wychowałem się, słuchając przejmującego głosu Petera Gabriela… W mych żyłach wciąź płynie muzyka z „The Lamb Lies Down On Broadway“ oraz z „Foxtrota“… I nie jest to dla mnie bynajmniej powód do wstydu.

        A jednak dzisiaj zdecydowałem się napisać o zespole Slade. Od paru dni przeglądam Youtube’a w poszukiwaniu starych nagrań z koncertów i występów telewizyjnych. Swoją drogą, polecam wczesne Deep Purple jeszcze z Gillanem i Blackmorem (później skład DP ulegał przetasowywaniu niczym talia kart) – koncertowo to absolutna miazga! Przez jeden wieczór słuchałem tylko Slade’ów, zastanawiając się, na czym polegał fenomen tej kapeli, która jako jedyna po Beatlesach, umieściła aż sześć numerów na pierwszym miejscu brytyjskich list przebojów (i aż siedemnaście w Top 20)… Przede wszystkim spółka Holder/Lea – w odróżnieniu od słynnego tandemu Chinn/Chapman, który zaopatrywał w hity panią Quatro oraz zespoły Mud i Sweet – pisała oryginalne, autorskie numery. Piosenki Slade’ów nie odbiegają od glamowego standardu: proste, radosne i zaraźliwe, opierają się na trzech podstawach: beatlesowskiej harmonii i melodyce, rokendrolowych riffach oraz rytmice boogie. Ich struktura jest jasna i przejrzysta; nieustannie żujący gumę bębniarz Don Powell nie gra w nich nawet „przejść“ (może nie umiał?). Refreny i sola uderzają swą chwytliwością; większość członków zespołu śpiewa chórki. Stroje chłopaków z Wolverhampton to kolejny znak ich czasów; warto się dokładniej przyjrzeć, w jakie ciuszki stroił się najbardziej ekscentryczny członek zespołu, gitarzysta Dave Hill… Masakra. Wreszcie zjawiskowy głos wokalisty Noddy’ego Holdera: mocny tenor, zmieszany z charakterystycznym, skrzeczącym falsetem… Te wszystkie atuty uczyniły Slade najpopularniejszym zespołem angielskiego glamu, chociaż konkurencja była naprawdę mocna: nie zapominajmy o przebojowych piosenkach Bowiego i Wingsów, nie przeoczmy ambitnego Roxy Music (na dwóch pierwszych płytach jeszcze z legendarnym klawiszowcem i producentem, Brianem Eno). Slejdzi, będąc bezpretensjonalną wersją rokendrolowego bandu pośrodku hedonistycznych i koturnowych lat 70-tych, wpłynęli na brzmienie dwóch ważnych kapel – Kissów i AC/DC (słyszę ich echa nawet w punk rocku,  chociażby w numerach The Clash). Mało tego: wokalista Noddy (przezwisko, na które Holder zapracował, nagminnie zasypiając na szkolnych zajęciach – „nod off“) odmówił AC/DC zastąpienia legendarnego Bona Scotta po jego pijackiej śmierci… Nie jestem fanem AC/DC, choć bardzo podobał mi się ich pierwszy album „High Voltage“; zdecydowanie wolę wczesnych Kissów. Niemniej wydaje mi się, że Noddy popełnił życiowy błąd. Koniec końców Youngowie zastąpili świetnego Scotta manierycznym Brianem Johnsonem, czyniąc AC/DC mistrzami rokendrolowej kalki, natomiast sława zespołu Slade – oprócz krótkich chwil efemerycznego powodzenia, związanego z ich comebackiem w połowie lat 80-tych – bezpowrotnie sczezła i przygasła… Widocznie tak było im pisane.


komentarze (15) | dodaj komentarz

ŚWIĘTA, SYLWESTER I HARRY POTTER

środa, 06 stycznia 2010 16:49

   Trudno zebrać się do kupy po tych tłustych świętach. Owszem, było sympatycznie: dziecięcą ręką przystrojona choinka, mnóstwo kolorowych prezentów (znaczy głównie kupiłem, ale to już ta faza życia, he-he), rodzinne klimaty, wreszcie zacne, domowe żarcie. Na Sylwestra podobnież - razem z dziewczyną i młodszym synem nabyliśmy parę filmów, składniki do sushi, wino i szampana... i zasiedliśmy przed telewizorem. O północy wyszliśmy przed kamienicę, żeby popatrzeć na fajerwerki, ale jakoś nie chciało nam się iść między ludzi - petardy napierdalały jak oszalałe węże, a ja nigdy nie byłem admiratorem pirotechniki. Po prostu nie lubię dostawać po głowie jakimiś racami czy chuj wie czym, a palce również się jeszcze przydadzą. Zatem było domowo, słodko, bezpiecznie i przytulnie - bez żadnych ekscesów. Bo po cóż mi łazić po sopockich Spatifach i Sfinksach, skoro spędzam w klubach pół życia?... Moja dziewczyna również nie jest fanką dzikich tłumów, a Kosma chciał po prostu, żeby było wesoło i fajnie. I było.


   Wśród zakupionych DVD znalazł się sześciopak wszystkich dotychczasowych części Pottera: obejrzeliśmy je sobie po kolei na nowo. Amaka nie widziała ani jednego epizodu Pottera. Nasze domowe seanse nie zrobiły na niej oczekiwanego wrażenia, ale można to zrozumieć. Potterowskie filmy oglądaliśmy z Kosmą co roku w kinie, w napięciu czekając na kolejny epizod przygód młodocianego czarodzieja. Pamiętam seans „Więźnia Azkabanu", który z głupia frant odbył się w gdańskim Multikinie... o północy. Kosma miał 6 lat i był najmłodszym gostkiem w kinie; kazałem mu pić coca-colę, żeby nie zasnął. Mniej więcej o w pół do trzeciej Kosma jęknął: „O ja, tata... Ale super... A teraz dzwoń po taksówkę, bo padam na twarz". Bardzo wychowawcze z mojej strony, prawda? I trudno, i basta. Razem z Kosmą zgodnie twierdzimy, że najlepsze są części trzecia i czwarta (pierwsza w reżyserii Alfonso Cuarona od „I twoją matkę też", druga nakręcona przez Mike'a Newella od „Czterech wesel i pogrzebu"). Ostatnie dwie, wyreżyserowane przez niejakiego Davida Yatesa, są naprawdę niezłe, ale... Czegoś w nich brak. Może dlatego, że niewinna magia, widziana oczyma dojrzewających dzieciaków, ustępuje w filmie (i oczywiście w książce) nastrojowi smutku i mroku, który nieodwracalnie przenika świat dorosłych czarodziejów.


   O filmowym Potterze można by napisać sporo: jest to prostu znakomita współczesna bajka. Rowling w genialny sposób połączyła przeróżne mity i legendy (czarnoksiężnicy i czarownice, ich różdżki oraz miotły, przeróżne smoki, bazyliszki, feniksy, gryfy tudzież wilkołaki) z naszymi dziecięcymi marzeniami o czarowaniu, lataniu czy niewidzialności. Jako wielki fan „Gwiezdnych wojen" muszę z bólem wyznać, iż „Harry Potter" jest bardziej współczesny, krwisty i wielowymiarowy niż dość tekturowi herosi osławionej, amerykańskiej sagi. Wskutek (niechcianej) potyczki z Voldemortem Potter przejmuje część jego cech. Jest zdecydowany, stanowczy, ciekawski, w realizowaniu swoich celów nieustępliwy i wręcz zatwardziały... Ewolucja jego postaci jest procesem niezwykle frapującym, bo wydarza się niejako na naszych oczach: nasz bohater dojrzewa, krzepnie, odkrywa w sobie emocjonalną dwu- i wieloznaczność; uczy się rozumieć zimną bezwględność świata dorosłych, nie przestając być przy tym postacią na wskroś szlachetną i empatyczną. Harry Potter rulez!!!


komentarze (12) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin: 344661

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider legendarnych formacji Miłość (1988-2002) i Kury (1992-2003). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. A...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider legendarnych formacji Miłość (1988-2002) i Kury (1992-2003). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in."Sztos", "Wesele"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1.

schowaj...

Wizytówka


Tymon Tymański

wirtualni.wp.pl

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 09.02.2010 23:32:55
  • autor: mania666
  • treść: Grubo... ;)...

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 344853
Wpisy
  • liczba: 100