Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 138 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DO WŁODARZY LECHII GDAŃSK

poniedziałek, 18 września 2017 11:47

   Drodzy Panowie! 

 

   Zwracam się do Was z szacunkiem jako stary fan Lechii Gdańsk. Może zacznijmy od kilku słów wyjaśnienia. Jestem muzykiem, kompozytorem, tekściarzem i scenarzystą, niekiedy też grywam w filmach. Złośliwcy uważają mnie za półcelebrytę, ale tak chyba nie jest - nigdy nie dostałem od Was nawet pół spalonego karnetu na Lechię, w przeciwieństwie od prezydenta Pawła Adamowicza, który nie odróżnia piłki nożnej od krążka hokejowego. Uwielbiam piłkę nożną, w którą gram i którą oglądam od dziecka. Mój ojciec Stanisław był siatkarzem pierwszej i drugiej ligi (Wybrzeże, Stoczniowiec, Pomowiec, Spójnia), starszy brat Roman, dziś wykładowca koszykówki na AWF-ie oraz trener klasy A, wieloletni skaut klubu Asseco Gdynia, grał w pierwszej i drugiej lidze w Wybrzeżu i Spójni. Można powiedzieć, że sport jest moją tradycją rodzinną: sam całe życie grywałem amatorsko w piłkę nożną oraz trenowałem tenis stołowy, judo oraz karate shotokan, Karate zresztą trenuję od 1983  roku z przerwami aż teraz, to moja druga po muzyce pasja życiowa. Od ponad 30 lat prowadzę muzyczne zespoły i chociaż jeszcze nie zostałem instruktorem karate, muzycznie jestem kimś w rodzaju polskiego Bruce’a Lee, he-he: ikonoklastą, liderem kilku formacji, trenerem motywacyjnym itd. Sport (chociaż karate do to bardziej ścieżka życia i filozofia, jeśli spojrzeć na to z perspektywy prawie 25 lat treningów) to bardzo ważna część mojego życia i widzę w nim oraz w sztuce scenicznej wiele elementów zbieżnych. To samo dotyczy zresztą prowadzenia zespołów muzycznych i piłkarskich, jak mniemam. 

 

   Zacząłem chodzić na mecze Lechii w wieku lat 10, kiedy gdański zespół bił się o ekstraklasę (zwaną jeszcze wtedy pierwszą ligą). Z tych czasów pamiętam mecz z Zagłębiem Wałbrzych, z krytej trybuny spadła litera z napisu BKS (wynik meczu bodajże 5:1). Pamiętam w składzie m.in Puszkarza, Głownię, Kwaśniewskiego, Słabika, Matuszewskiego, Ehrilicha, Studzizbę. Poźniej Fajfera, Klińskiego, Salacha, Kowalczyka, Grembockiego i Kruszczyńskiego oraz większość meczów w drugiej lidze (łącznie z wyjazdami), kiedy zespół z Traugutta wchodził do ekstraklasy. Wbiły mi się w pamięć wyjazdowe mecze z Olimpią Poznań (0:0) i ostre rozróby po meczu oraz z Olimpią Elbląg (3:1, bodajże hat trick Kruszczyńskiego), kiedy milicja zatrzymała nas w Gronowie Elbląskim i urządziła nam pamiętne “ścieżki zdrowia”. Taka prawda - jeśli chodzi o moje chlubne i bolesne szlify z prymitywami z ZOMO, zdobyłem je na wyjazdach, a nie politycznych ruchawkach. Oczywiście pamiętam też obydwa ówczesne mecze z Arką Gdynia (3:0, 4:1) incydent z arkowską “górką”. Na meczu z Juventusem siedziałem na trybunach już od 10 rano, położywszy na goły beton stertę gazet, żeby nie odmrozić dupy. I tak dalej, i tak dalej. Generalnie, drodzy panowie - działo się. Dziś na trybunie VIP-owskiej takich historii nie doświadczycie.

 

  

   Do rzeczy. Od lat jestem fanem talentu, pracy, uporu oraz doświadczenia pana Piotra Nowaka, trenera naszej Lechii. Liczyłem na to, że zostanie coachem polskiej reprezentacji przed Euro 2012 zamiast trenera Smudy. Niestety tak się nie stało - jak pamiętamy, pan Franek walczył o remisy i o ponad czterysta tysięcy złotych za każdy z nich, co skończyło się dla nas bardzo marnie (żenującą porażką z Czechami, po której rzuciła mnie pewna ładna, młoda dziewczyna o strasznym charakterze, bo się wkurwiłem meczem i nie chciałem z nią iść na miasto, a akurat miała urodziny). Jak widzicie - korba była i jest :) Piszę to wszystko z zamiarem odwiedzenia Was od robienia głupot typu rychłe wyrzucenie pana Nowaka z pracy za słabe wyniki w tym sezonie... Pan Mioduski zrobił ten głupkowaty ruch z trenerem Magierą i naraził się na sporą krytykę fanów Legii i specjalistów. Jak to możliwe, że taki Arsene Wenger może trwać na stanowisku trenera Arsenalu przez całe lata, a u nas w lidze zmienia się trenerów co parę miesięcy?… To bardzo słaba polityka i filozofia. Ok, wg mnie Wenger już się wypalił i w Arsenalu czas na zmiany, ale dano przez te kilkanaście lat dano sporo szans na zdobycie dla klubu kilkunastu trofeów i wyciśnięcie z londyńskiego klubu (który nigdy nie szastał kasą) jeśłi nie maksimum, to przynajmniej jakichś 85%... Wieoie, jak długo rośnie las? Wiecie, jak długo się buduje markę i dobrą drużynę? Wiecie, jak trudno jest prowadzić młodych, wyżelowanych najmitów z różnych krajów, jeśli w Polsce nie ma tradycji dwóch-trzech treningów dziennie i pomysłu na podniesienie wydolności zawodników i tempa gry? Pan Piotr Nowak ma spore osiągnięcia jako trener i piłkarz. Wymaga od swoich młodych kopaczy ciężkiej pracy i gry na poziomie, natomiast stres, wizja szybkiego kopa i przedwczesnego wywalenia z roboty tudzież bezpodstawne oczekiwanie niesamowitych osiągów w ciągu roku pracy... Taka postawa nie sprzyja budowaniu komfortu ani jego, ani innych fachowców w naszej Ekstraklasie, której jestem umiarkowanym fanem i którą dalej chcę oglądać, pod warunkiem, że się będzie rozwijać. Nie mam czasu na gówniany, ślamazarny futbol - interesuje mnie klasa, jakość i wysoki poziom. Reasumując, drodzy Panowie - zanim zwolnicie pana Piotra Nowaka i sprowadzicie na jego miejsce jakiegoś kolejnego “no name’a”, “dziwoka” czy zwykłą łajzę z Portugalii, Niemiec (Lechia), Albanii czy Chorwacji (Legia), pójdźcie po rozum do głów i zastanówcie się sto razy. Lechia gra przede wszystkim dla nas, fanów, a nie tylko dla Was, podobnie jak zresztą cała Ekstraklasa. Proszę - potraktujcie ten mój pojedynczy głos jako wyważone zdanie całej rzeszy fanów polskiej piłki nożnej. Jestem całkowicie pewien, że bardzo podobnie myśli wielu. Dziękuję za przeczytanie i analizę, namawiając Was do refleksji oraz głębokiej rozwagi. 

 

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

TRZY MYŚLI NA TEMAT EURO

wtorek, 12 lipca 2016 1:41

 

   Moiściewy! Postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma refleksjami na temat mistrzostw Europy, który skończyły się niedzielnym zwycięstwem Portugalii. Zastanawiałem się chwilę, czy pisać, czy nie pisać, ale mam na ten temat parę intensywnych przemyśleń, które nie chcą mnie opuścić, są najzupełniej prywatne i bynajmniej nie roszczą sobie pretensji do bycia prawdą objawioną i ostateczną. Myśli są głównie trzy, z kilkoma podpunktami. Oto i one.

 

   Myśl pierwsza. Coraz bardziej nudzi mnie futbol. Wiem, że część z Was zaraz na mnie naskoczy, ale pal to licho. Oglądam te nudy na pudy z przyzwyczajenia i tyle. Pierwsze mistrzostwa świata pamiętam jak przez mgłę – miałem sześć lat i zdaje się, że oglądaliśmy mecz Polska – Haiti. 1974 rok, siedem bramek reprezentacji Polski, w tym piękny gol Gorgonia z ponad 30 metrów. 1978 rok pamiętam już dobrze. Wszyscy byli rozczarowani, że zajęliśmy tylko 5-8 miejsce, ale przecież nie graliśmy źle. Mówi się o tym, że Gmoch był za ambitny, że reprezentacja była podzielona na starych i młodych, czego efektem było spięcie między Deyną a Bońkiem przed feralnym karnym w meczu z Argentyną. Pamiętam też, że mieliśmy spory potencjał na ławce rezerwowych (czego nie można powiedzieć o teraźniejszej drużynie Nawałki). Cztery lata później była Hiszpania i drugi w historii brązowy medal dla Polski. Te mistrzostwa pamiętam już doskonale: miałem wtedy 14 lat i rozgrywałem wszystkie mecze powtórnie... kapslami. Potyczki z Peru (5:1), Belgią (3:0) i ZSRR (0:0) oraz zwycięstwo w meczu o 3. miejsce przeciwko Francji – to było coś! Ostatnie podrygi polskiej świetności to lata 1986 oraz pamiętny 1992 – srebny medal chłopaków Wójcika na igrzyskach w Barcelonie. I potem długo, długo nic. Bezhołowie, bezrybie, totalna posucha. Aż do czasu kadry Nawałki, który zrobił z naszą kadrą parę dobrych i mądrych ruchów, zanim - tradycyjnie - poległ. Bo taka jest właśnie polska tradycja: huczne śpiewanie peanów na cześć pięknej, polskiej śmierci, po której zostaje poetycki mit.

 

   No i git. Zaraz wrócimy do tej pięknej polskiej śmierci, ale czemu nudzi mnie futbol? Bo stał się kunktatorski i wyrachowany. Bo mam dość wyników typu 1:0 i 1:1, wiecznych dogrywek i karnych. Bo futbolowa władza jest niezmienna i niereformowalna jak kościól katolicki. Ba, nawet gorzej – bo kościól ma swojego zapewne oświeconego papieża Franciszka, A piłka nożna ma Blattera, Platiniego, ciągle machloje i kłopot z Katarem (katarem?). Sędziego, który jest w stanie wypaczyć wynik kążdego meczu, skoro rywalizacja jest tak wyrównana i decydują detale. Wypaczyć wynik z powodu ludzkiego błędu, stronniczości, niegodziwości i chuj wie czego jeszcze. I w związku z tym 50 tysięcy ludzi na stadionie oraz kilkaset milionów przed telewizorami ma prawo czuć się wyruchanymi, odartymi z wiary, marzeń i cennego czasu. Dlatego coraz bardziej wolę NBA, gdzie może i hula kosmiczny doping, ale mamy a) salary cap, które ucina temat zakupów ponad stan; b) pierwsze numery w drafcie dla ligowych słabeuszy: c) podgląd wideo, który rozstrzyga większość punktów spornych; d) setki punktów, których zdobywanie ogląda aię z niekłamaną przyjemnością. Weźmy sobie choćby kapitalną, niezapomnianą rywalizację Cleveland z Warriorsami z czerwca tegoż roku: po sześciu meczach był remis w małych punktach, a ostatnią potyczkę Cleveland z genialnymi LeBronem i Irvingiem wygrało w ostatnich dwóch minutach, czterema punktami! Do tego mamy cały ten amerykański festyn, pieprzone wesołe miasteczko: Flea z Red Hotów grający hymn na basie, ponętne cheerleaderki wszystkich ras, jacyś cyrkowcy, tańczące tłuściochy, armie perkusistów, konkursy min, buziaków, wsadów itd. To się ogląda! A tu, na naszym jałowym piłkarskim gruncie – smętne, wymęczone, wyduszone 1:1. Dogrywki, karne i błędy sędziowskie. I wkurwiony tłum, i wynikająca z tego nieutulonego wkurwienia wieczna wojna futbolowa. No ok, akurat w przypadku minionego Euro sędziowanie nie było najgorsze, ale przypomnijmy sobie choćby brazylijski mundial sprzed dwóch lat! Masakra.

 

   Myśl druga. Nie będę się bardzo czepiać trenera Nawałki, bo po Smudzie i całej reszcie nierozgarniętych nieszczęśników to jest ktoś. Facet ma klasę i się nie obija. Kibicowałem mu od początku i kibicuję mu dalej, chociaż parę błędów zdarzyło mu się popełnić i na pewno o tym wie, bo to mądry jegomość. Nie będę udawał trenera, ten jest optymalny i najlepszy, ale pozwolicie, że napiszę kilka uwag, które nasuwają mi się w związku z występem Polaków na mistrzostwach. Primo. Było naprawdę nieźle i całkiem blisko półfinalu, ale koniec końców nie wyszło. I teraz nie róbmy wiochy i nie odtrąbiajmy wielkiego sukcesu, jakim dla 38-mio milionowej Polski, uważającej piłkę nożną za sport narodowy, jest zakwalikowanie się do ćwierćfinału Euro w najłatwiejszym tegoż Euro wydaniu. Niemcy zwiesiliby głowę i powiedzieliby, że to bolesna porażka, To samo powiedziałoby trzy czwarte ekspertów i fanów Portugalii, Anglii czy choćby Rosji. Owszem, ich akcje stoją trochę wyżej niż, nasze, ale... Porównajmy osiągnięcia: podczas mundialu piłkarze Portugalii tylko raz stanęli na najniższym podium, w Europie byli pierwsi i raz drudzy. Anglicy? Raz wygrali mundial i tyle: w 1966, u siebie i po oszukańczym golu w finale. Rosja? Była mistrzem Europy w dziwnych mistrzostwach z 1960 roku, była też dwa razy trzecia. Ale w klasyfikacji medali i zwycięstw w mistrzostwach świata to my zajmujemy odpowiednio 13 i 15 miejsce: owszem, za Anglią, ale wyprzedzając zarówno Rosję, jak i Portugalię. To oczywiście dzięki naszym dwóm brązowym medalom z 1974 i 1978 roku. Są jeszcze trzy polskie medale olimpijskie – jeden złoty i dwa srebrny. Sami widzicie, że kozie-śmy z dupy nie wypadli!.. Półfinał mistrzostw Europy mógł zdarzyć się teraz, ale nie zdarzył się z powodu braku ułańskiej fantazji. Zatem – reasumując - rzeczony ćwierćfinał nie jest dla nas porażką, ale nie jest też żadnym sukcesem. Nasi piłkarze grają w czołowych klubach Europy – Bayernie, Borussii. Sevilli, Romie itd. - i wyjście z grupy, przy ciężkiej kasie, jaką zarabiają, przy ekspozycji, promocji i ludzkim wsparciu, jakie otrzymują, było wręcz profesjonalnym obowiązkiem. Secundo. Czytałem jakiś wywiad z Lewandowskim, który po meczu ze Szwajcarią powiedział, że błędem było granie do tyłu po strzelonej Szwajcarom bramce. Że na takich turniejach trzeba iść po swoje i starać się strzelić drugą bramkę, żeby dobić przeciwnika. Na pewno tak myśleli i grali Walijczycy, którzy pięknie wykończyli przemądrzałych i butnych Belgów. Może tak myślał sam Lewy, może tak myślała reszta jego zespołu, ale czy tak myślał Nawałka? Chyba nie, skoro po bramce ultra-szybko strzelonej Portugalii Polacy zagrali taki sam schemat, który nie sprawdził się w meczu z Szwajcarią. Jak można próbować dowieźć do końca meczu wynik 1:0 z drugiej minuty gry? I czemu Polacy nie atakowali w dogrywce? Bo już nie mieli sił. A czemu nie mieli sił? Bo trener Nawałka miał ograniczone zaufanie do ławki rezerwowych. Ale jeśli miał ograniczone zaufanie do ławki, jeśłi ufał tylko małoletniemu Kapustce, topornemu Jodłowcowi i (w ograniczonym stopniu) Peszce, naszemu aktualnie gdańskiemu jeźdźcowi bez głowy, to po kiego grzyba brał na mistrzostwa dziewięciu dodatkowych graczy, którzy nawet nie powąchali murawy? Ja rozumiem, że odpadli mocni Wszołek i Rybus, ale... Czy na przykład taki Mila w meczu z Portugalią, wchodząc z ławki w dogrywce, nie zrobiłby róźnicy w grze do przodu, skoro trener zawiódł się na Zielińskim? I tertio, ostatni mini-zarzut. Prezes Boniek powiedział gdzieś, że temu zespołowi przydałby się jakiś odpał, jakieś szaleństwo. Miał rację – on sam zaszalał w meczu z Belgią z 1982 roku, w którym to meczu pierdyknął trzy śliczne bramki. W minionym Euro nie zaszalał nikt – a mógl choćby trener Nawałka, zmieniając podczas wykonywania karnych Fabiańskiego (który nie wybronił żadnej jedenastki w meczu ze Szwajcarią... Łukasz, to nie jest zresztą żaden zarzut do Ciebie; taki Oblak z Atletico nawet nie próbował się rzucać w finale Ligi Mistrzów z Realem) na pozytywnego wariata Boruca. Jakby Boruc niczego nie wybronił, przecież nikt nie miałby do niego pretensji, bo w karnych nikt nigdy nie ma pretensji do bramkarza. A jakby wybronił, zostałby istnym bohaterem narodowym, a razem z nim pan Nawałka. Niestety, bohaterem narodowym nie został nikt. Polacy przegrali z przeciętną Portugalią, która, owszem, rozkręcała się z meczu na mecz, ale przeciwko Polakom zagrała słabiej niż Niemcy czy Szwajcarzy. I pozostał niedosyt, chociaż faktycznie, możemy się teraz tłumaczyć, że przegraliśmy z przyszłymi mistrzami Europy. I to w karnych.

 

   Myśl trzecia i ostatnia. Kibicowałem Portugalii i cieszę się, że wygrała. Nie jestem fanem Krystyny R., ale doceniam klasę i ciężką pracę tego chłopaka. Było mi bardzo żal Portugalczyków, kiedy przegrali u siebie z dziadowską Grecją 12 lat temu. W półfinale Grecy fuksem pokonali faworyzowanych Czechów, za co ich znielubiłem (mówię oczywiście tylko o ówczesnej reprezentacji). Po ośmiu latach Ronaldo wraz ze swoim zespołem ponownie trafił do finału i znów przytrafił się pech: kontuzja na początku meczu! Od tej pory miałem nadzieję, że Portugalczycy wygrają choćby w kokursie jedenastek. Wygrali w dogrywce i ogółem rzecz ujmując, zagrali naprawdę niezły futbol. Należało im się złoto – może nie za tegoroczny występ, ale za tzw. całokształt. Dla Ronaldo to wspaniałe zwieńczenie kapitalnej kariery – bo ten wyżelowany bubek, ten narcyzik, ten obrażalski aktorzyna piłkarski, jest też przy okazji jednym z najwybitniejszych i najciężej pracujących kopaczy naszych czasów. Szacunek dla Kryśki i jego Portugalii, niech się nacieszą złotem! Fajnie by jeszcze było, żeby Messi dał się uprosić, wrócił do kadry Argentyny i wygrał z nią przyszłe mistrzostwa świata. Ale o to będzie już zdecydowanie trudniej. 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

HALO, TU PLANETA TYMAŃSKI!

poniedziałek, 31 sierpnia 2015 9:21

 

 Po 14 latach powrócił sygnał, wysłany przez sympatycznych i towarzyskich Terrestian w zimny kosmos. Sygnał wędrował gdzieś na rubieże Wszechświata, do nieskończenie odległej Konstelacji Drewutni, pośród której rozpościerała się niewidzialna z Ziemi galaktyka Świekry z Ciosłą. Niedaleko centrum owej galaktyki, jakieś dwie, trzy planety od małego, złośliwego słońca, po nietypowej orbicie w kształcie ósemki, wirowała głupkowata planeta Tymański - żyjący, oddychający glob, przewidziany przez Stanisława Lema w jego ostatniej, planowanej acz nie napisanej książce pt. "Planetolud". Ta planeta to ja. Znaczy, to chyba ja - kimkolwiek jestem. A zatem ponownie Was witam, drogie istoty ludzkie! Dziękuję Wam bardzo za Waszą słodką pamięć. Parę miesięcy temu rozpadłem się na  miriady elementarnych partykuł - jakichś zagadkowych pionów, meonów, mezonów, meandrów i innych bozonów. Ale oto zlepiłem się na nowo w niedorzeczną całość - z woli, intencji, determinacji, ale też przypadku, wielu przypadków, z obłoków gazu, okruszyn komet i asteroid, kosmicznego pyłu i wszelkiego śmiecia, piany kwantowej, niczym reinkarnacja Plutona - i oto znów jestem. Niby ten sam, ale inny. Niby inny, ale ten sam. Eadem mutata resurgo, jak mawiali legendarni patafizycy... Wkrótce napiszę więcej, bo jeszcze ledwie łapię oddech po tej zadziwiającej reintegracji. Stay in touch... 


Podziel się

komentarze (131) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 875 366  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2875366
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Pytamy.pl