Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 739 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

ANKA

piątek, 30 stycznia 2009 22:07

Ankę spotkałem we wrześniu ubiegłego roku przy okazji bernsteinowskiego koncertu w Nowej Hucie. Do udziału w koncercie zaprosił mnie Konrad Imiela, dyrektor wrocławskiego muzycznego teatru „Colargol" (nawiasem mówiąc, w „Polskim Gównie" Imiela gra wokalistę zespołu Zombie, niejakiego Sławę). W doborowym towarzystwie - m.in. z Krystyną Prońko, Justyną Steczkowską, Lorą Szafran, Dorotą Miśkiewcz i Mietkiem Szcześniakiem - śpiewałem piosenkę pt. "My Quiet Girl", frywolnie przyodziany w marynarską czapkę oraz koszulkę w niebiesko-białe paski. Z tyłu akompaniowała mi sprawna orkiestra, która stosowała przeróżne klasyczne „podchujówki" (chwyty poniżej pasa) typu rubato tudzież accelerando. Oj, nie było łatwo. W głowie mielił mi się świeżo wyuczony tekst; odwrócony plecami do orkiestry, musiałem uważać na zmiany tempa i zarazem kontrolować pozycje, które kazano mi przyjmować na scenie.  Jakby tego za mało, tekst utworu wysysała mi z głowy dwudziestka czarujących białogłów, które przemaszerowywały przede mną niczym modelki na wybiegu; każda z nich próbowała nawiązać kontakt wzrokowy i oczarować mnie swoimi niewątpliwymi wdziękami.  Na końcu przyczłapała do mnie mała, ładniutka dziewczynka z kwiatuszkiem - Ania, jak się później dowiedziałem, akrobatka i kaskaderka filmowa. Po chwili pobieżnych oględzin odpychałem Anię do tyłu, podczas gdy ukryta lina silnym szarpnięciem ciskała ją na materac, znajdujący się parę metrów za sceną. Podczas koncertu widownia robiła "oooo", zaskoczona tym nieeleganckim obrotem sprawy. Po pierwszej próbie Anka upadła niefortunnie i kask o mało nie złamał jej nosa. Poszedłem zapytać, czy nic jej się nie stało; machnęła ręką i próbowaliśmy dalej. Kurde, zaimponowała mi - okazała się być chłopcem dzielnym i charakternym; pomimo swych 160 cm wzrostu i 46 kg wagi  była niezłym twardzielem. Wesoła i kontaktowa, nawijała do mnie swym szybkim,  rubasznym rapem, który zdradzał jej męską ekspresję i awuefowską proweniencję. Z drugiej strony - była stuprocentowo kobieca, delikatna i słodka. Zgadaliśmy się na nowo jakoś na początku grudnia. Jej związek rozpadł się w sierpniu, mój - na początku listopada. Przyszła do mnie na koncert w Jadłodalni Filozoficznej; później umówiliśmy się na wódkę w Tygmoncie. Wpierw zawarliśmy pakt o przyjaźni: po prostu kapitalnie nam się gadało i nie tylko. Jednak kiedy zaprosiłem ją na Sylwestra do Trójmiasta, miałem okazję zakumplować się z nią jeszcze bliżej. Nawiązała świetny kontakt z moimi synami. Okazała się być dziewczyną czynu: cholernie aktywną, przytomną, samodzielną, ale też czułą i wrażliwą. „Wiesz, co stara...", powiedziałem Ance, „Chyba szkoda tego na zwykłą przyjaźń. Bądź moją dziewczyną. Choć jesteśmy poranieni, chyba zawsze warto wchodzić w takie rzeczy na nowo". A ona na to: „Jak śmiesz, ty stary, zaniedbany dziadu z nieświeżą plerezą... Ty lubieżny swawolniku, legendo offowej pedofilii...". No dobra, wcale tak nie powiedziała. Powiedziała „tak", tylko - po etrusku. Zrozumiałem - to było zaiste bardzo głębokie. Teraz jesteśmy ze sobą i jest zajebiście. Anka jest fanatyczką pływania. Rano o 6:30 wstajemy, jedziemy na basen i napierdalamy po pięćdziesiąt tegoż długości; nasze dni kipią od uwspólnionego, radosnego ADHD. Czuję, że pożegnałem swą młodość i jestem panem po czterdziestce. Czuję też, że dzięki Ance świadomie wszedłem w poważny, harmonijny i partnerski związek, który codziennie przynosi mi mnóstwo inspiracji. Czuję się kochany. Czuję, że ktoś się mną naprawdę opiekuje. Czuję, że sam mogę dawać jej moje sto procent - zostanie ono w pełni przyjęte i docenione. Co tu więcej dodać? „Yes is the answer and you know that for sure/yes is surrender, you got to let it, you got to let it go"...

 

Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

O PINK FLOYDACH BEZ KISIELU W GACIACH

czwartek, 22 stycznia 2009 15:47
Przede wszystkim chciałbym wyjaśnić, iż nigdy nie byłem fanem zespołu Pink Floyd. Od czwartego roku życia zmuszano mnie do słuchania ambitnej muzyki; mój brat Roman i jego koledzy mieli amatorski zespół „The Question Mark" i prześcigiwali się w wynajdywaniu zespołów o frapującym brzmieniu. Tym samym w mym rodzinnym domu płyta „Dark Side Of The Moon" gościła na równi z albumami Beatlesów, Led Zeppelin, Zappy, King Crimson i (oczywiście wczesnego) Genesis (nawiasem mówiąc, słuchaliśmy też sporo glam rocka: Slade'ów, Mud, czy nawet zboczeńca Gary Glittera). Ceniłem „Dark Side Of The Moon", za wolny, „heroinowy" time, ale nie podobały mi się głosy wokalistów. Pod koniec lat 70-tych skończyło się publiczne zainteresowanie dobrą muzyką; na listach przebojów królowały Abba, Boney'M i Bee Gees, skądinąd kreujące pop na bardzo wysokim poziomie. Na początku lat 80-tych, kiedy odkryłem nową falę i punka, moi koledzy z liceum pałowali się „The Wall", który wydał mi się w owym czasie szczytem grafomanii i pseudo-buntowniczego naciągania. Około roku 1986 po raz pierwszy usłyszałem album „Piper At The Gates Of Dawn". Uznałem, że to najlepszy album Floydów. Dużo później zrozumiałem, w czym rzecz: niezwykłą atmosferę i nowatorski charakter płyta zawdzięczała charyzmie Syda Barretta, który wobec pozostałych Floydów jawił się niczym samotny malarz w kompanii przytępych architektów (tu zasłużę na liczne "faki" ze strony fanów Pink Floydów, ale chuj mi tam). Barrett był proto-punkiem, szamanem, wizjonerem, artystą w pełni tego słowa znaczeniu. Gdy oszalał, zespół stracił na wszystkim: fantazji, intuicji i przede wszystkim wolności. Późniejszy Pink Floyd to egocentryczna projekcja Rogera Watersa, który - przeprowadzając udany zamach na demokrację grupy - nie rozumiał wagi istnienia kolektywu, którego siła zasadza się na trans-subiektywności idei. Jeszcze takie "Dark Side..." czy "Wish You Were Here" to albumy naprawdę udane i istotne; natomiast nie jestem w stanie wysłuchać "The Wall" czy "Animals"... Niestety, trudno mi też nabrać przekonania do onanistycznych, pentatonicznych i nudnych sól Davida Gilmoura. Wybitnych gitarzystów było mniej niż palców dłoni: Jimi Hendrix, Frank Zappa, George Harrison, Jimmy Page, Steve Ray Vaughan. Clapton? Nudzi mnie jak flaki z olejem; ale przynajmniej napisał ciekawą biografię. Wróćmy do Floydów: pieprzyć egola Watersa - niech żyje Syd Barrett i „Piper At The Gates Of Dawn"!


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

O BAJZLU I POLSKIEJ SCENIE MUZYCZNEJ

czwartek, 15 stycznia 2009 13:40
Chciałbym przybliżyć Państwu osobę niejakiego Bajzla, w rzeczywistości Piotrka Piaseckiego - świnoujskiego wokalisty i gitarzysty. Słyszałem o nim sporo od znajomych z grup Pogodno i Pink Freud, które, będąc pod wrażeniem jego tzw. scenicznego wykonu, zapraszały go jako one man show support, czyli - po polsku - jednoosobową przedgrupę, czy jak to się mówi. Po raz pierwszy zobaczyłem go w Kluczborku, gdzie grałem z zespołem Transistors. Bajzel, szczupły chłopak z elektryczną gitarą i podłogą efektów, niebezpiecznie zahipnotyzował naszą publiczność. Śpiewa po angielsku, jego piosenki kojarzą mi się z dobrą tradycją komponowania a la Sid Barrett, Nirvana czy Sonic Youth. Bajzel stopą uruchamia perkusyjne podkłady, przełącza loopy i kontroluje segmenty piosenki, w tym samym czasie koncentrując się na interpretacji, która jest u niego wiarygodna i organiczna. Po koncercie opadli go fani, głównie młode dziewczyny, więc miałem kłopot, żeby się do niego dopchać. Postanowiłem powiedzieć mu, że jest dobry, że naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Artyści polscy i pewnie nie tylko polscy mają spore problemy z wyrażaniem swojego podziwu, myśląc pewnie, że stracą coś ze swojej charyzmy tudzież niedostępności. Pamiętam pewien koncert z grupą NRD w składzie z Trzaską, Mazzollem i Olterem w krakowskim teatrze Bucklein. Grało nam się dobrze, po koncercie podszedł do mnie znany basista i mówi: „Dobrze Ci pali ta basóweczka..." Wyczułem, że to miał być komplement, ale z jakiegoś powodu się nie udał. Czekałem na dalszą część. Ja załatwiam to w ten sposób - daję delikwentowi na tacy cała moją zazdrość. Mówię: „stary, jesteś świetny. Miałem ciary, jak grałeś, to jest naprawdę coś". Rzeczony basista schrzanił sprawę i w drugim jego zdaniu usłyszałem: „To jest Jamaszka 1000 S, prawda? Świetne basidło. Jakbyś chciał kiedyś sprzedać, zadzwoń". Sprzedać - czyli na przykład, gdybym się załamał, postanowił rzucić granie i sprzedać instrument. A to sukinsyn - no ale tak to już jest w tej naszej branży. Nevermind. Wracając do Bajzla, był groźny. Powiedziałem chłopakom, że musimy dać najlepszy show, na jaki nas stać, zionąć energią i charyzmą niczym pamiętna grupa Spinal Tap. Swoją drogą, co za mizeria, rywalizować z jednoosobowym supportem, jakby Bajzel był jakimś Jabberwocky'm czy kimś w tym rodzaju. Bajzel to bardzo utalentowany muzyk; pojawia się ich ostatnio coraz więcej. Szkoda, że oprócz Trójki i Machiny nikt się tym intrygującym boomem nie interesuje. Polska scena zdominowana jest przez pop niskich lotów albo polo-rockową alternatywę - czyli rokpol, jak ten polski ser, chociaż rzeczony ser jest całkiem w pytkę. Nie mam nic do Kazika czy Grabaża, ba, nawet uważam ich za wybitnych tekściarzy i charyzmatycznych gości (i tak dalej); niemniej muzyka, którą grali przez lata 90-te, nie stworzyła precedensu, dzięki któremu młode kapele mogłyby porzucić stylistykę biesiady ogniskowej. Dlatego takim muzycznym bytom jak Bajzel, The Car Is On Fire, Dick For Dick, Mitch and Mitch czy Kawałek Kulki nie jest łatwo - nie było tu wzorców światowego grania, nie było potrzeby ambitnego kreowania muzycznego stylu czy brzmienia. Gdy mój kolega Tony usłyszał gdańską kapelę Homosapiens, był przekonany, że gdyby wydał ich w Anglii, sprzedałby dwadzieścia tysięcy płyt z ich muzyką. No ale nie ma co latać w obłokach, jesteśmy w Polsce i dajemy radę. Bajzel - nie przejmuj się i tak trzymaj. Jeszcze zapierdolimy.

Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 628  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862628
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl