Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 738 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

GORTAT TO JEST GOŚĆ!

poniedziałek, 31 stycznia 2011 23:56

 

   Przedwczoraj Marcin Gortat zagrał świetny mecz przeciw New Orleans Hornets, rzucając im aż 25 punktów przy jedenastu zbiórkach! Trwa znakomita passa twardziela z Łodzi. Dzień wcześniej nasz człowiek w NBA zdobył 19 punktów i zebrał tyleż piłek z tablicy przeciwko bostońskim Celtom, dwukrotnym mistrzom poprzedniej dekady i finalistom z zeszłego roku...  Wygląda na to, że Gortat znalazł wspólny język z doświadczonym playmakerem Stevem Nashem i resztą zespołu z Phoenix, któremu nie najlepiej układało się po wymianie graczy z Orlando Magic. Choć Marcin nadal wchodzi z ławki, cieszy się większym zaufaniem trenera niż w Orlando, tym samym spędzając więcej czasu na parkiecie, lepiej broniąc, zbierając więcej piłek i  rzucając więcej punktów. Wielu przemądrzałych komentatorów i geniuszy teorii spisało Gortata na straty, nie wierząc w jego szansę rozwoju w podupadającym Phoenix. Rozpisywali się o wadach młodego Polaka – późnym koszykarskim starcie, kiepskiej koordynacji, braku parkietowego sprytu, słabym rzucie. Ale Gortat to cholernie ambitny gość. Wystarczyło trochę zaufania i przestrzeni do rozwoju, żeby jego talent rozbłysł odpowiednim światłem. Przez dwa mecze z rzędu Marcin był wybierany najlepszym graczem meczu, i to bynajmniej nie przeciwko słabeuszom w rodzaju Cleveland czy Minnesoty! New Orleans to naprawdę mocny zespół – skład z Paulem, Westem, Okaforem i byłym „jeziorowcem“ Arizą pewnie zmierza w kierunku play-offów, plasując się na piątym miejscu Konferencji Zachodniej. Z kolei rozdrażnieni Celtics już w następnym meczu bez ltości rozbili Los Angeles Lakers, aktualnych mistrzów NBA walczących o drugą „dynastię“ (trzy tytuły z rzędu) i dwunasty mistrzowski pierścień dla trenera Phila Jacksona.

 

   W tym roku Lakersom będzie wyjątkowo ciężko wygrać ligę. Nie chodzi tu tylko o faworyzowany zespół Miami czy zawsze groźnych Celtów.  Znakomicie radzą sobie w regularnym sezonie San Antonio Spurs, mający na koncie najmniej porażek w lidze; coraz lepiej grają młode zespoły Oklahomy, Denver, Chicago, New Yorku. Nawet średniej klasy team Los Angeles Clippers z młodą, wschodzącą gwiazdą basketu, Blake'iem Griffinem, jest w stanie zagrać świetny mecz i pokonać faworytów. W tym roku play-offy będą naprawdę ciekawe. Typuję następujące finały konferencji: Boston przeciwko Miami i Lakersów przeciwko San Antonio. Ale to dość oczywiste rozwiązanie, podyktowane przez mój sentyment do Lakersów i Miami – w finałach konferencji mogą równie dobrze spotkać się Boston z Chicago i San Antonio z Denver albo Oklahomą... I cóż z tego, że Kobe Bryant bawi się w playmakera i gra zespołowo, rzucając mało punktów? Cóż z tego, że udaje Jordana, rzucając ich ponad 40? Paul Gasol, Lamar Odom, Andrew Bynum czy Ron Artest nie są gigantami i nie potrafią wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności w ważnych meczach. Dlatego – mimo, iż z całego serca kibicuję Lakersom – mam przeczucie, że w tym roku ktoś inny będzie cieszył się z mistrzowskiego tytułu.

 


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

MOJE PARAPETY

piątek, 21 stycznia 2011 12:18

 

   Ostatnimi czasy zainteresowałem się instrumentami klawiszowymi, jak się ten wspólny zbiór niezgrabnie nazywa. Potocznie mówi się o nich po prostu „klawisze“; złośliwcy nazywają je nawet „parapetami“. Kiedy miałem siedem lat, mama zapisała mnie na lekcje gitary klasycznej. Po dwóch czy trzech latach łażenia z „klasykiem“ na plecach i nieudacznego brzdąkania smętnych wprawek w stylu Carcassiego, Carulliego czy Sora, odechciało mi się gitarowego baroku. Zawsze chciałem grać piosenki: móc pochwycić gitarę, zagrać parę „funtów“, zaśpiewać znajomy szlagwort i podbić serce panny, siedzącej po drugiej stronie ogniska... Miałem w dupie klasykę - interesował mnie rock’n’roll! Gitarę odłożyłem do lamusa, sięgając po nią coraz rzadziej.

 

   W trzeciej klasie przyszedłem po lekcjach ze szkoły do domu i włączyłem telewizor. Emitowali „A Hard Day’s Night“, pierwszy, biało-czarny film Beatlesów z zajebistą, autorską muzyką (pierwsze dwie płyty Bitli opierały się na coverach). To doświadczenie mnie rozwaliło. Przypomniało mi się, że przecież chciałem mieć zespół rokendrolowy. Jak mogłem dać się zmanipulować i znielubić gitarę tylko dlatego, że kazali mi na niej brzdąkać staroświecki szajs? Na drugi dzień (a było to w czwartej klasie, pamiętam jak dziś) poszedłem do szkoły i wybrałem chłopaków do zespołu. „Ty będziesz John Lennon“, powiedziałem do jednego kolegi. „Ty będziesz George Harrison, a ty Ringo Starr i będziesz grał na perkusji“, oznajmiłem dwóm innym klasowym przystojniakom. Sam oczywiście byłem Paulem McCartney’em (do czasu, kiedy mój starszy brat nie udowodnił mi, że większość moich ulubionych piosenek śpiewa właśnie Lennon). Podczas selekcji kierowałem się estetyką – rokendrolowy zespól musi dobrze wyglądać! Przez pierwsze dwa lata nie wyszliśmy z etapu gadanych prób i zbierania pieniędzy na werbel ze składnicy harcerskiej, ale wreszcie miałem zespół i czułem się królem dżungli.

 

 

   Mama chciała, żebym grał na pianinie. Rodziców nie było stać na tego pokaźnego grata, którego zresztą nie byłoby gdzie wstawić, więc skończyło się na małej gitarce klasycznej. W sumie bardzo dobrze, bo jako zbuntowany pianista nigdy nie założyłbym zespołu rokendrolowego – nie znałem wtedy Doorsów. Brzmienia muzyki z lat 60-tych i 70-tych zdominowały gitary. Beatlesi, Stonesi, Led Zeppelini współtworzyli espoły o zdecydowanie gitarowym charakterze i nawet jeśli tu i ówdzie pobrzmiewały ślady partii fortepianów, Fenderów Rhodesów, Wurlitzerów, Mellotronów czy Moogów, to głównie gitary grały rzeczy pierwszoplanowe i łatwe to zapamiętania: riffy. Rokendrolowcy grali na klawiszach zaledwie poprawnie i rzadko pchali się przed pierwszy szereg. Kapela musiała mieć szczęście znalezienia pianisty „wirtuoza“: chłopaka, który uciekł z konserwatorium i postanowił zostać muzycznym dzikusem. Takie przypadki się zdarzały, i owszem (casus Raya Manzarka z Doorsów czy Mike’a Ratledge’a z Soft Machine). Częściej jednak to gitarzyści postanawiali „przeprosić się“ z fortepianem i uczyli się grać podstawowy akompaniament (przykład Paula McCartneya). Wszystko po, to, żeby nie musieć wynajmować do kapeli darmozjada pianisty, który na koncercie grałby w dwóch numerach, a w trzecim zmykał do baru podrywać dupy. Nasze dupy, do cholery...

 

   Parę lat temu postanowiłem kupić mój pierwszy "parapet“. Zacząłem od Novationa, bo był mały i miał śmieszne, zabawkowe brzmienia, których na naszej płycie z soundtrackiem do „Wesela“ używał zresztą Jacek Lachowicz. Później dokupiłem Norda Electro (świetne, zsamplowane brzmienia charyzmatycznego Mellotronu) i Korga SV-1 – instrument, który ma wiarygodną klawiaturę i na którym wygodnie się ćwiczy. Ostatnio myślałem o jakichś nowych brzmieniach i wpadł mi w ucho zestaw Native Instruments. Po paru tygodniakch dywagacji upiłem Komplete 7 z totalnie odjechanymi wirtualnymi programami w rodzaju Absyntha, Massive’a czy FM 8. Do tego parę znakomitych samplerów, w których można skonfigurować dosłownie wszystko – od brzmień orkiestrowych czy perkusyjnych aż po kosmiczne, sonorystyczne pejzaże, zbudowane z dźwięków, które wygenerowało się praktycznie od zera. Teraz siedzę i dłubię przy klawiaturze, gorzko żałując, że zabrałem się za to tak późno. I naprawdę nie planuję zostać wirtuozem muzyki progresywnej! Po prostu dla kogoś, kto bawi się w muzyczną produkcję, budując misterne, komputerowe aranże, kto pisuje soundtracki do filmu i teatru - praca z instrumentami klawiszowymi, wirtualnymi programami i samplerami to doświadczenie absolutnie niezbędne.


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

MÓJ PRZYJACIEL OLTER

środa, 05 stycznia 2011 23:06

 

   Dzisiaj mija dziesiąta rocznica śmierci Jacka Oltera. To niebywałe, jak szybko upływa czas. Gdyby żył, 19-tego stycznia Jacek obchodziłby swoje 39-te urodziny. Poznałem go na wiosnę 1990 roku. Razem z pianistą Cezarym Paciorkiem postanowiliśmy pograć jazzowe standardy jako trio. Wcześniej przed dwa lata prowadziłem free jazzową Miłość z Mikołajem Trzaską na saksofonie, Jerzym Mazzollem na klarnecie i Bartkiem Szmitem na perkusji. We wczesnej Miłości zgrywałem głównego ideologa i mądralę, czując się zresztą w tej roli dość niewygodnie. Miałem nikłe pojęcie o harmonii funkcyjnej, której znajomość w przypadku kontrabasu – instrumentu stanowiącego filar jazzowej improwizacji, swingu, walkingu, tych wszystkich tajemniczo brzmiących haseł -  jest wręcz nieodzowna. Paciorek zaproponował młodego perkusistę z Piły, który mieszkał w akademiku przy ulicy Gnilnej. Byłem sceptyczny – sam zasugerowałem niejakiego Jasia Janowskiego, dobrego technicznie perkusistę i malarza z ASP. Za parę dni Cezary przyprowadził na próbę do gdańskiego Żaka Jacka Oltera: wysokiego, cichego chłopaka z długimi włosami w kolorze ciemnego blondu, ubranego w dżinsy i brązową, quasi-skórzaną kurteczkę z frędzelkami. Już po paru minutach zorientowałem się, że kolega Jacek ma to coś. Nie zagrał na tej próbie niczego wyjątkowego, po prostu – skromnie akompaniował, wykazując się bardzo dobrym timem, ekscytującym swingiem, ciekawymi breakami. Grał cicho i dość zachowawczo – dopiero granie z grupą Miłość pozwoliło w pełni zabłysnąć jego wielkiemu talentowi. W przerwie zorientowałem się, że pali fajki. Poszliśmy na szybkiego szluga, nic nie robiąc sobie z gorszących uwag Cezarego Paciorka, który – choć sam obdarzony sporym talentem muzycznym - miał opinię pozbawionego poczucia humoru, zdewociałego sztywniaka. Bez chwili namysłu zaprosiłem Jacka do Miłości, w której tymczasowo ostało się tylko dwóch członków – ja i Mikołaj. Olter chętnie przystał na moją propozycję: oprócz ćwiczenia klasycznych wprawek nie miał nic innego do roboty, najwyraźniej mu się nudziło. Miał niecale dziewiętnaście lat; musiał mocno tęsknić za mamą, przyrodnią siostrą i rodzinną Piłą. Od tej pory, przez ponad dziesięć lat, jego rodzinę stanowiliśmy my – kolorowa, yassowa zgraja.

 

   Trudno w paru zdaniach opowiedzieć o naszej młodzieńczej przyjaźni. Razem z Jackiem nagrałem szesnaście płyt, większość naszego muzycznego dorobku: pamiętne albumy Miłości, Kur, Trupów, NRD, Users. Dziesięć lat to szmat czasu. Choć Jacek był zupełnie inny niż ja, choć sporo rywalizowaliśmy, byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi. Przegadaliśmy mnóstwo nocy; setki razy jechaliśmy na koncerty przez całą Polskę, rozmawiając o muzyce, dziewczynach, buddyzmie, dziecinnych wspomnieniach. Pamiętam wszystko - chwile rubaszne i nostalgiczne.  Po koncercie w białostockim klubie Gwint w 1991 roku nasze wędrujące dłonie niechcąco odnalazły się na łonie pewnej sympatycznej acz niemądrej dziewoi... W 1992 jechaliśmy pociągiem na koncert do Berlina. Tuż przed granicą pokłóciliśmy się o jakąś duperelę. W rezultacie podarłem na Jacku koszulkę, a on wyrzucił przez okno moje skarpetki (a może było odwrotnie?). W 1994 podczas próby Kur w klubie Trops dyskutowaliśmy tak zażarcie, iż w pewnym momencie poniosła nas ułańska fantazja: po  krótkiej wymianie ostatecznych uprzejmości wyskoczyliśmy na dwór, żeby strzelić sobie po ryju. W 1998 próbowaliśmy materiał do płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.|“. Jacek był w kiepskim stanie i nie bardzo wiedział, co nagrywa. Po trzech dniach w studiu zapytał, czy zarejestrowaliśmy już wszystko, podziękował i poszedł do domu. Parę miesięcy później „P.O.L.O.V.R.U.S.“ stał się jego ulubioną płytą. Polewał z tekstów i muzyki, nie mogąc uwierzyć, iż podczas sesji nie był w stanie skupić się na treści nagrania. W roku 2001 we dwójkę wracaliśmy z koncertu we Wrocławiu. Byłem chory, Jacek miał atak lęku. Pamiętam, że przez dobre parę minut głaskałem go po głowie. Po chwili Jacek poczuł się lepiej i zaczął opowiadać mi o swych paranojach. Mówił, że powoli uczy się dystansu do fabrykacji własnej głowy – było to trudne, ale w jego przypadku konieczne. Pamiętam wreszcie, jak wracałem z Olterem i Tomkiem "Świętym" Hessem z naszego ostatniego koncertu w Gliwicach, na dwadzieścia dni przed niefortunnym 6-tym stycznia 2001. Był słoneczny dzień; zjedliśmy obiad na stacji w Ostródzie, gdzie Jackowi przypadkowo wypadł but z auta na bruk parkingu. Za kilka minut Olter zorientował się a propos zguby i poprosił, żebyśmy zawrócili. Hesse i ja popłakaliśmy się ze śmiechu. Powiedzieliśmy, że piraci szos nie zawracają i że musi zrobić sobie prowizoryczne obuwie z torby „reklamówki“ (oczywiście, za chwilę, śmiejąc się i przekomarzając, wrócilismy po Jackowego buta).  

 

   Takich wspomnień związanych z Jackiem mam tysiące. Zdecydowana większość z nich to wspomnienia dobre, ekscytujące, radosne. Gdy na scenie odwracałem się w bok albo do tyłu, zawsze widziałem Oltera – uśmiechniętego lub skrzywionego z wysiłku, z charakterystycznie zagryzionymi wargami, maksymalnie skupionego na muzyce. Był wspaniały, nieoceniony – zarówno przez pierwsze lata naszej współpracy, gdy w przypływie cudownego egotyzmu kradł nam show swymi kilkunastominutowymi solami, jak w ostatnim okresie, kiedy zdarzały się momenty, iż nie miał siły grać. Uprawianie muzyki z Jackiem było doświadczeniem jazdy ekskluzywnym modelem auta w Formule 1. Choć niekiedy zawodny i kapryśny, był po prostu najlepszy – dopóki chciał grać, a tak naprawdę chciał grać zawsze. Tylko dwa razy w życiu zdarzyło mu się nie przyjechać na koncert, zresztą w związku z jakimś kolejnym odlotem. Niestety - ostatni z tych odlotów okazał się feralny.

 


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 635  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862635
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl