Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 630 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

MOJA KOMISJA WOJSKOWA

niedziela, 05 stycznia 2014 23:25

 

   Szanowny Marassonie, skoro już zapytałeś, opowiem Ci o moim pierwszym spotkaniu z wojskiem. W czerwcu 1986 roku zdałem na anglistykę na UG. Studiowałem w sumie przez trzy lata, ale tak naprawdę - dwa razy powtarzałem drugi rok. Studium wojskowe zaczęło się bodajże na drugim roku studiów, ale przez swoje pacyfistyczne poglądy nie trafiłem tam ani razu. Uznałem, że szkoda mi czasu na głupkowato-zupackie nauki o typach karabinów, czołgów, min tudzież masek przeciwgazowych. W czerwcu 1988 roku poszedłem na swoją pierwszą komisję wojskową, ubrany w czarny garnitur, z książką o Joy Division pod pachą (jakiś drugi obieg). Kiedy zobaczyłem, jak jakiś pierdolnięty major bezpardonowo wysyła w kamasze młodocianego ojca dwójki dzieci, który na kolanach prosił go o odroczenie, ogarnął mnie panika.

 

   Nocowałem wtedy często poza domem. Czasem przygarnęła mnie jakaś panna, innym razem zagadałem się o literaturze ze Zbychem Sajnogiem, guru Totartu, u którego zawsze można było liczyć na kromala z masłem i serem, kubek gorącej herbaty i wolne łożko do spania. Tego feralnego dnia wracałem wlaśnie z Gdańska od Mesjago. Na ramieniu miałem biały, marynarski worek z książkami do szkoły i nie tylko. Wygrzebałem z niego saszetkę, w której trzymałem przybory do porannych ablucji - szczoteczkę, pastę do zębów, nożyczki do paznokci. Za chwilę miała nastąpić moja kolej. Niewiele myśląc, wyciągnąłem nożyczki i wsunąłem je do majtek – reformopodobnych, czarnych wojskowych spodenek w klimacie dzisiejszych bokserek, które ojciec kupił mi pod choinkę (w liczbie pięciu par). Za chwilę zostalem wywołany i wszedłem na salę, w której obradowała komisja.

 

    Członkowie komisji  siedzieli za stołami, ustawionymi w kształcie odwróconej litery „U“. Klapnąłem po prawej stronie, twarzą w twarz z wojskowym lekarzem (pamiętam nawet jego nazwisko: dr Rytlewski). Gdy zaczął zadawać pytania, udałem mocno przymulonego. Spontanicznie włączyła mi się rola aktorska w klimacie lekkiego Aspergera – nie na próźno przez cały ranek czytałem książkę o Ianie Curtisie. Gdy lekarz zapytał mnie o narkotyki, wydukałem: „Nie, nie… Już nie“. Potem wymieniłem leki psychotropowe, z którymi eksperymentowałem w czwartej klasie, między innymi podczas matury: Nootropil, Bimanol, Imipramin, Luminal. To zastanowiło pana Rytlewskiego, który w rozpoznaniu wpisał: „podejrzenie lekomanii“. Zapunktowałem – wszak pamiętałem te wszystkie komisyjne historie o „głuchoniemych“, którzy kończyli w kompanii reprezentacyjnej, ze spektakularnym A1 w papierach. Ale najlepsze miało dopiero nadejść.

 

   Rytlewski kazał mi pójść za parawan i opuścić gacie. Zawahałem się. Doktor ponowił prośbę. „Nie mogę!“, stęknąłem rozpaczliwie. „Mam nożyczki w majtkach, sam nie wiem, dlaczego!“. Lekarz poprosił o pomoc dwóch wojskowych, którzy pomogli mi ściągnąć moje reformy. Wyciągnęli nożyczki i udali się na krótką naradę, zostawiając mnie za parawanem. Po chwili kazano mi usiąść przed główną ławą. Najstarszy stopniem (jakiś jebnięty podpułkownik czy coś w tym stylu) zapytał mnie, po co włożyłem nożyczki do majtek. „Panowie siedzą tu w mundurach, pod bronią“, wydukałem niepewnie, „a ja wchodzę na komisję w samych majtasach. Chciałem też być uzbrojony“. To był dobry strzał – zadziałało. Dostalem B12 (odroczenie na dwanaście miechów). Powód – zaburzenia osobowości. Byłem w siódmym niebie!

 

   Pobiegłem na uczelnię, po drodze spotkawszy Zbyszka Sajnoga, który również zmierzał na zajęcia. Mesjago wyściskał mnie serdecznie i powiedział: „No dobra, zdałeś pierwszy egzamin. Teraz musisz znaleźć lekarza, który wystawi ci żółte papiery“. Wiedziałem, w czym rzecz. Zadzwoniłem do ojca, który polecił mi panią dr B. z przychodni w Oliwie. Dr B. była bardzo kumata – gruntownie przegadaliśmy, co i jak. Wytłumaczyła mi, że tzw. „żółte papiery“ to wielce niewygodna rzecz: nie dość, że trzeba się nasymulować, to jeszcze na zawsze obciążają pracowniczy status delikwenta (nie mówiąc już o tym, że „wariata“ łatwiej ubezwłasnowolnić i tere-fere. „Co pani proponuje?“, zapytałem grzecznie. „Padaczka skroniowa, chłopcze. Tego nie sposób udowodnić“, powiedziała dr B. Chodziłem do pani doktor przez rok. To dzięki niej dostałem kultową naonczas kategorię „E“ – trwale niezdolny do służby wojskowej. Wielkie dzięki, droga pani Doktor! Fakt faktem, że miewałem później drobne kłopoty z powodu tego wpisu w książeczce wojskowej – na przykład przez parę lat nie chciano mnie ubezpieczyć. Czemu nie opisałem tego wszystkiego w książce? Aaa... Jakoś zapomniałem. Kiedy ktoś cię przepytuje, odpowiadasz dość wybiórczo. Myślę, że uzbierałoby się sporo historii, które nie załapały się do "ADHD"... Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, żeby je opowiedzieć. I to było na tyle, szanowny Marassonie.


Podziel się

komentarze (119) | dodaj komentarz

O ROKU 2014, LITERATURZE SCIENCE FICTION I KATHARSIS

czwartek, 02 stycznia 2014 0:47

 

   I oto mamy rok 2014. Musicie przyznać, że brzmi to dość futurystycznie. Pamiętam popularny w latach 70. serial science fiction pt. „Kosmos 1999“.  Hmm, 1999 – gdy miałem dziesięć lat, ta data brzmiała wyjątkowo groźnie. Bohaterowie serialu, komandor Koenig i dr Helena Russell,  razem ze 133 członkami bazy Alfa na Księżycu, zostali wyrzuceni w kosmos wskutek tajemniczej eksplozji radioaktywnych odpadów, składowanych na ziemskim satelicie. Brytyjski serial, który dożył dwóch sezonów, musiał poczynić spore wrażenie na mojej dziecięcej podświadomości: którejś nocy przyśniło mi się, że Orzeł 1, kosmiczny pojazd Alfan, ląduje na naszym podwórku we Wrzeszczu. To zresztą nie koniec moich snów w klimacie science fiction. Niewiele później, zapewne pod wpływem „Wojny światów“ Wellsa, przyśnił mi się długi i szczegółowy sen o zagładzie Ziemi… W jeszcze innym onirycznym widzie odkryłem tajemne, czasoprzestrzenne przejście w mieszkaniu moich rodziców. Wchodziło się do dużego, wiklinowego kosza i wychodziło niewiele dalej – w pokoju Jacka Zalewskiego, mojego kumpla z dzieciństwa. Koniec dygresji. Doczekaliśmy się roku 1999, mało tego - jest już nawet 15 lat później – i co? Żadnych obcych cywilizacji, żadnego wiarygodnego śladu UFO. Nie udało nam się sfotografować czarnej dziury, nie wiemy, czym jest ciemna materia. Nie zbudowaliśmy silnika plazmowego, nie zaobserwowaliśmy przewidzianych przez wujka Einsteina tuneli czasoprzestrzennych. Na otarcie łez mamy teorię strun, teorię supersymetrii oraz supercacko fizyki kwantowej: Wielkiego Zderzacza Hadronów, który symuluje kolizje cząstek elementarnych. Nie za wiele.

 

  Znacznie więcej dzieje się w świecie wyssanym z palca. To trochę jak z Panem Bogiem, jednym z głównych rezydentów naszej wyobraźni. Pod jego nieobecność – czy, jak kto woli, w związku z jego notorycznym milczeniem – wymyśliliśmy go na tysiące sposobów. By the way, od dzieciństwa uwielbiałem fantastykę. Zaczęło się od powieści Julesa Verne’a i Herberta George’a Wellsa, których historie dzisiaj należy uznać za cokolwiek passe (to zresztą zmora pisarzy, uprawiających fantastykę naukową). Większość dzieł o tematyce science fiction i fantasy ociera się o czysty banał i głupotę, ale jest trochę wyjątków – panowie Tolkien, Herbert, Lem, Vonnegut, Orwell, Dick, Sapkowski, Adams, Gaiman czy pani Rowling. Nawiasem mówiąc, najbliższymi z tego zestawu jawią mi się Lem i Vonnegut.  Pana Stanisława Lema, które w okresie późnego dzieciństwa i dojrzewania chłonąłem niczym gąbka, przedstawiać w tym towarzystwie nie trzeba – za tzw. „moich czasów“ zaliczany był nawet do kanonu szkolnych lektur. Zacząłem od opowiadań o Pilocie Pirksie, potem przyszedł czas na kapitalne „Bajki robotów“ i „Cyberiadę“, wreszcie na „Golema XIV“ i „Solaris“. Powieści Kurta Vonneguta zacząłem pożerać niewiele później, począwszy od „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater“. Przez kilka lat rozprawiłem się z całym zbiorem przetłumaczonych wówczas na polski książek Vonneguta – od pierwszych akapitów pokochałem tego gościa za jego genialne poczucie humoru. To ciekawe, że obydwaj panowie nie mieli szczęścia do ekranizacji ich dzieł. Lem był zbyt filozoficzny, żeby jego „Solaris“ fortunnie przełożono na język filmu przygodowego; Vonnegut po prostu za dowcipny, w związku z czym „Rzeźnia numer pięć“ skończyła jako jeden z wielu szeregowych obrazków o drugiej wojnie światowej.  Całkiem przyzwoita była wszak ekranizacja „Matki nocy“, choć moim zdaniem nie jest to najlepsza książka Vonneguta. Ostatnio przeczytałem, że Leonardo DiCaprio zamierza wyprodukować „Kocią kołyskę“. Już się, kuźwa, boję.

 

   Zacząłem pisać o science fiction i fantasy trochę dlatego, iż jestem dość świeżo po seansie „Atlasu chmur“ Davida Mitchela. Obejrzałem ten obrazek z rodziną podczas świąt, dwukrotnie, i pozostaję pod jego sporym wrażeniem. Oczywiście dostrzegam pewne uproszczenia i naiwności tej historii, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Tym bardziej, że zawsze byłem zdania, iż filmy dla dzieci (a przynajmniej te z najwyższej półki), oferują całą prawdę o ludzkiej naturze (choćby „Harry Potter“), podczas gdy tzw. filmy dla dorosłych chętniej operują półprawdami, skrótami i dialogami jak z komiksów. Tej tezy bronić nie zamierzam,  to dictum jak najbardziej prywatne oraz intuicyjne. Niemniej, kontynuując mą myśl, w "dorosłych filmach" częściej słyszysz teksty typu „nie wierzę niczemu, co ma pizdę i zna wartość pieniądza“ (to akurat z „Palcie ryż każdego dnia“ Marka Hłaski, ale Markowi marzyło się przecież, żeby zostać scenarzystą filmowym). Brzmi to nieźle, ale jest równie spektakularne, co dalekie od prawdy. Natomiast filmy dla dzieci – choćby te Pixarowskie – potrafią w genialny i szczerozłocie kawa-na-ławiasty sposób dotknąć kwestii rodzicielskiej miłości, ludzkiej przyjaźni, lojalności, altruizmu. Opowiadają też o ciemnej stronie naszej natury - o toksycznych emocjach, małostkach, głupocie, ignorancji, tych wszystkich mikrokosmicznych przywarach, z których wynikają długofalowe działania na niekorzyść ludzkości - przestrzegając przed naszą globalną arogancją, brakiem troski o ziemską florę i faunę, bezmyślną ingerencją w klimat. I nawet jeśli „Atlas chmur“ to tylko kolejna bajka dla dorosłych, mnie poruszył do głębi. Przede wszystkim – zaoferował mi najczystsze katharsis, a ja wierzę w starą, arystotelejską zasadę oczyszczenia „duszy“ poprzez doznania artystyczne, poprzez obcowanie z wizją charyzmatycznego dzieła. Mało tego – właśnie go doświadczyłem :)

 


Podziel się

komentarze (51) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 681 905  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2681905
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl