Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 630 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLSKIE GÓWNO TO NIE RZECZ O DODZIE, KOMBII CZY FEELU

środa, 29 października 2008 9:48

W końcu trafiłem na wirtualne łamy sławetnego „Pudelka". Długo czasu i wysiłku zajęło mi to godne chwały osiągnięcie; w tym celu musiałem zacząć pracować nad musicalem pod dosadnie brzmiącym tytułem „Polskie Gówno". W „Pudelku" napisali, że w swoim filmie wytaczam działa przeciwko polskiemu szołbizowi, naśmiewając się z artystów estrady, których muzyką gardzę: Kombii, Dody i Feela. No i tak to już jest, kiedy twoje wieloznaczne tezy zinterpretuje głupi. Zinterpretuje je z chamska, po prostacku, bez zbędnej subtelności. Przede wszystkim: niczyją muzyką nie gardzę. Gdyby nie Kombii, Doda czy Feel, polska scena muzyczna byłaby znacznie uboższa; nie byłoby z kim rywalizować, a ja nie miałbym scenariuszowego pomysłu na muzykę popowego tła. Innymi słowy, wymienionym artystom powinienem postawić po wódce i podziękować za ich kreatywny trud. O ile smutniejszy byłby świat polskiej muzyki bez szlagwortów Kombii tudzież Kombi (np. „Inwazji Śmierci z Plutona" czy „Nie Ma Zysku"), bez imponujących cycków Dody czy grandżowego growlu kolegi Kupichy. Ale przede wszystkim tej sprawie należy się jasne dementi: casus PG (czyli polskiego gówna) w tym samym stopniu dotyczy wymienionych artystów, co mojej skromnej osoby - w filmie reprezentowanej przez nieudacznika Jerzego Bydgoszcza (bez związku z urokliwym miastem o tej samej nazwie)... Jego rokendrolowego zespołu Tranzystory oraz menadżera-oszusta, Czesława Skandala... Dotyczy szołbizu w postaci zarówno konkursu piosenki futbolowej w telewizji Polwsad, jak i telewizyjnego oraz radiowego chłamu, który Tranzystorom przyszło kontemplować w garberobach klubów i na stacjach benzynowych... Dotyczy diabolicznie niemoralnych działań mediów, które, bez ustanku i na wyścigi mnożąc idiotyczne seriale, live showy i ogólnogazetowy brandzel, decydują o tym, co będzie miał w głowie polski widz, słuchacz i czytelnik... Dotyczy wreszcie nieudolnych rządów polityków, którym przez dwadzieścia lat wolności nie udało się zbyt wiele zbudować: udało się za to mnóstwo spierdolić. Oto właściwy kontekst, w którym powstał pomysł scenariusza „Polskiego Gówna". Filmu, który w sposób rubaszny i sowizdrzalski bierze się za bary z polską stajnią Augiasza - jakby nie patrzeć, spuścizną 130 lat rozbiorów i 44 lat ruskiej okupacji... Polskie gówno to moje doświadczenie obijania się po krajowych drogach, pełnych dziur i niebezpiecznych niczym gościniec w Sierra Leone... Nieustanne życie w podróży, dwukrotnie za długiej, nużącej się niczym socjalistyczne warty w kolejkach... Borykanie się z klubami bez garderób, pijanymi studentami bez mózgów i monitorami bez „gwizdków", w których nie słychać nic oprócz ogólnego rzęchu... Nie twierdzę, że tego wszystkiego gremialnie nienawidzę, że mnie ta codzienna skatosfera w jakimś sensie nie pociąga. Opisuję tylko rzeczywistość rzeźbienia w materiale, który do złudzenia przypomina znajomo wyglądającą, pogardzaną materię - bez względu na nasze pojedyncze stanowiska, tak nam intymnie bliską. „Polskie Gówno" to przekorny rachunek sumienia, rubaszna spowiedź i cichutka modlitwa o to, żeby kiedyś było lepiej. Dlatego jeśli chcecie, drogie Głąby, jeśli na ekranie Waszych ograniczonych umysłów zabrakło bogactwa rozdzielczości, interpretujcie tę historię po prostacku - w bieli i czerni. Nie każdemu dane są skłonności do wyważania racji, dyskursywne talenty czy umiejętności zdroworozsądkowego myślenia... Piszcie i mówcie, co Wam ślina na język przyniesie. Jednakowoż „Polskie Gówno" to nie rzecz o Dodzie, Kombii czy Feelu; to coś znacznie więcej niż wesołkowaty musical o polskim szołbiznesie. Dlatego, zanim otworzycie usta celem bezmyślnego paplania, proszę - obejrzyjcie, zastanówcie się, oceńcie. Zapracujcie na szlachetne miano homo sapiens - racjonalne myślenie to coś więcej niż kołatanie się zasłyszanych bzdur w pustej przestrzeni między uszami.



Podziel się

komentarze (70) | dodaj komentarz

SONGWRITERS

środa, 15 października 2008 13:46


Siedzę przed kompem w hotelu w Krakowie; za chwilę zacznę przemieszczać się w kierunku stolycy, gdzie będziemy kręcili kolejne sceny „Polskiego Gówna". Wczoraj uczestniczyłem w zbiorowym koncercie w ramach 44. Festiwalu Piosenki Studenckiej. My, songwriterzy - jak nas fachowo nazwano - graliśmy piosenki niejakiego Boba Dylana. Wystąpiliśmy w następującej konfiguracji: Iowa Super Soccer, Lonely Drifter Karen, Bajzel, Janek Samolyk, Von Zeit, Jacek Lachowicz, Graftmann, Selfbrush, Jacek Kulesza, Romek Puchowski oraz ego. Miałem szczęście załapać się na Dylana dzięki moim uczonym kolegom z osiedla nauczycielskiego we Wrzeszczu. Wiedziałem też, że Dylan, nauczyciel muzycznego Zenu z linii od Woody'ego Guthriego i mistrzów Beat Generation, w pierwszej połowie lat 60-tych stał się nieomal guru dla Lennona i Harrisona. Słynne zdanie, którego powiedział do tego pierwszego („Listen to the words, man"), miało obudzić w Lennonie wybitnego songwritera, który później wielokrotnie mierzył się z Dylanem w genialnych „Girl", „You've Got To Hide Your Love Away" czy „Working Class Hero", a pewnie i w „I Am The Walrus". No tak - jeśli nasłuchasz się hipnotycznych numerów Presley'a (czytaj: wykonywanych przez Presleya) i Chucka Berry'ego, dołożysz do tego piękną melodykę i błyskotliwe, potoczyste teksty Dylana, powinieneś szybko wpaść na pomysł autorskiego rokendrola. Boże, jak ja żałuję, że dzisiejsza muzyka nie ma takich bohaterów; nie ma tej głębi, metafizyki i mocy, nie znaczy zbyt wiele. Mali, trzęsący się chłopcy z gitarami naśladują swoich bohaterów: Beatlesów, Davida Bowiego, Sex Pistols, the Clash czy Nirvanę - ale który z nich nagrał więcej niż jedną niezłą płytę? Gdy widziałem film Scorsese'go o Dylanie, uderzyła mnie zwykłość i zarazem tajemniczość tego ostatniego. Brzmiał niczym Roshi Yasutani, odpowiadający na pytania adeptów Zenu. Dla mnie Robert Zimmerman to postać edenicznego efeba, który zszedł do nas, udręczonych ziemskich istot, zaledwie na sezon. Utytłał się w ziemskim kurzu, stracił część ze swego celestialnego blasku, spowszedniał - żeby ów blask, światło swoich niezwykłych piosenek, oferować nam, zwykłym zjadaczom chleba (i żeby nas w aniołów przerobić).  To dzięki Dylanowi zrozumiałem, że na dobrego rokendrola składa się mocny tekst i mocna muzyka; mało komu się to zresztą udaje. Nawiasem mówiąc, zainteresowanie słuchaczy naszym dylanowskim koncertem było spore: impreza bezsprzecznie ciekawa i udana. Zastanawiałem się tylko, czemu nie chciała tego koncertu transmitować publiczna telewizja, skoro firmowała inne koncerty w ramach omawianego festiwalu. Nie znają Dylana? A może nazwiska wykonawców za mało głośne? Czasem zachodzę w głowę, czego trzeba, żeby uznali cię za głośnego artystę w Polsce. Pokazać dupę, chuja? Dorobić sobie cyce? Naubliżać, naobrażać? Ćpać herę? Wystąpić w serialu albo reklamie banku? Współczuję moim alternatywnym kolegom, ale współczuję też sobie - bo tu mieszkam. Bo medialny tort nie jest dzielony sprawiedliwie, mimo że sporo ludzi kupuje nasze płyty. No cóż, wiocha jest wiochą - ale nie gniewamy się i walczymy dalej. Do końca.



Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

POLAK POTRAFI

środa, 15 października 2008 13:44


Wracając z weekendowej trasy w poniedziałek rano, kupiłem Przegląd Sportowy i Wyborczą. Na obydwu frontach gazet wielkie zdjęcia Kuby Błaszczykowskiego, który - niczym wojownik Muay Thai, triumfujący w ringu po znokautowaniu przeciwnika - cieszy się ze strzelenia bramki. Bo też zagrał Kuba tak, że urosły nasze polskie serca. Walczył o piłkę, wyrywał ją przeciwnikom wraz z kawałkami murawy, wkręcał ich w ziemię, pędził prawą flanką jak struś. Kapitalna asysta, piękna bramka - okazuje się, że można, jeśli zapomni się o lęku i wykona gigantyczną harówę na boisku. Brawo, stary! Mój wielki szacunek. Przyjemnie było oglądać ten mecz. Dla takiego widowiska człowiek jest w stanie się poświęcić i cierpliwie ślęczeć nad gniotami typu Polska - Słowenia (1:1) czy San Marino - Polska (0:2). Zresztą cały zespół zagrał walecznie, mądrze i odpowiedzialnie. Nie tylko nasi dwaj piłkarze światowego formatu, Boruc i Błaszczykowski, ale i Roger, Smolarek, Murawski, bracia (he-he) Lewandowscy, Dudka, Żewłakow czy Wasilewski - wszyscy ciężko tyrali na wynik, który poszedł w świat i w żadnym stopniu nie był wynikiem przypadku. Patrząc na składne akcje polskiej drużyny - na grożne kontrataki, świetną grę w środku pola, mądre przetrzymywanie piłki - miało się wrażenie, że przeciwko sobie grają dwa równorzędne zespoły, a nie 8-my i 30-ty zespół w światowym rankingu. Oto, ile daje determinacja, waleczność i myślenie w kategoriach kolektywu. Polska potrafi objawić się dobrym, europejskim zespołem, który jak taran prze przez eliminacje - tak się dzieje od kilkunastu lat - żeby potem, w niemocy i malignie, z kretesem przegrać na dużej imprezie. Jeszcze więcej wiary we własne umiejętności i pracy nad ustabilizowaniem formy, powtarzalnością  dobrych wyników - tu jeszcze raz dziękujemy, panie Beenhaakker - i będziemy w Europie pełną gębą. Oczywiście nie jest tak, że w Polsce nie ma szkoleniowców klasy Leo. Otóż są. Kto? Chociażby Henryk Kasperczak i Franciszek Smuda. To ambitni, uparci, pracowici ludzie, którzy nie lubią przegrywać. Ale Leo jest pierwszym trenerem reprezentacji Polski, który w pełni uświadomił nam przepaść, jaka dzieli polską ligę od tzw. international level, który nie jest jakością stałą, ale niestety wciąż się podnosi. Mało tego - obiecał, że zrobi wszystko, żeby tę przepaść w ciągu kilku lat przeskoczyć. Pozostaje nam trzymać kciuki za tę misję -  bo, jak widać, Polak, jak bardzo chce, to potrafi. Jeśli ma mu w tym pomóc Latający Holender - skorzystajmy z doświadczenia tego drugiego.



Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 681 902  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2681902
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl