Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 738 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A FEW WORDS FOR LOU

środa, 30 października 2013 21:41

 

   Wiadomość o śmierci Lou Reeda dotarła do mnie w taksówce, pomiędzy klubem Niebo a wrocławskim dworcem. Natychmiast pożałowałem, iż dwie godziny wcześniej nie zadedykowałem Lou „Venus In Furs“ – jednego z moich ulubionych coverów, który wykonuję prawie od dwudziestu lat. Z Miłością nagraliśmy go na płycie „Talkin‘ About Life & Death“ w wersji dość subtelnej i pseudo-popowej; z Tranzystorami gramy ten numer mocniej, hałaśliwiej, z kolektywnym solem gitar w środku. Ach, drogi Lou, więc przyszedł czas na Ciebie... . Gdyby nie Ty i Twoja muzyka, nie byłbym kimś, kim jestem dzisiaj.

 

   Po raz pierwszy usłyszałem The Velvet Underground w 1985 roku, miałem wtedy trochę ponad 16 lat. Nawet nie pamiętam, od kogo przegrałem kasetę z zawartością słynnej płyty z bananem na okładce. Katowałem ten album miesiącami. Zafascynowało mnie minorowe, burdonowe, monotonne brzmienie „Venus In Furs“. Co ciekawsze - przez wiele lat nie miałem pojęcia, o czym jest ta piosenka. Uwielbiałem bajkowe dźwięki „Sunday Morning“, „All Tomorrow’s Parties“, „Femme Fatale“ i „I’ll Be Your Mirror“, ale kręciły mnie też transowe numery „I’m Waiting For The Man“ oraz „European Son“. W najdrobniejszy mak rozpierdolił mnie arytmiczny, minimalistyczny kawałek „Heroin“, którego ekscytujące dysonanse miały już wkrótce pchnąć mnie w kierunku free jazzu.

 

   Parę miesięcy później moja ówczesna dziewczyna, Finka Anna-Maija, przegrała mi drugą, solową płytę Lou Reeda - „Transformer“. W kółko słuchaliśmy piosenki „Perfect Day“, która długo kojarzyła mi się z naszymi nielicznymi momentami młodzieńczej intymności. „Transformer“ to glamrockowe cacko, eleganckie pudełko czekoladek o nietypowych smakach – od czystej słodyczy po wyrafinowaną gorycz i perwersyjny cayenne. „Vicious“, „Hanging Around“, „Satellite Of Love“, „Take A Walk On a Wild Side“, „New York Conversation“ - cudowna garść piosenek o ulicznicach, alfonsach, ćpunach i transwestytach w najbardziej urokliwym wydaniu!  Swój popowy sukces „Transformer“ zawdzięcza zarówno kapitalnemu zestawowi piosenek, jak i lukrowanej, anglosaskiej produkcji Davida Bowiego i Micka Ronsona, którzy zmusili Reeda do wyjątkowej dbałości o aranże i interpretacje.

 

   W czasach Totartu mój kumpel Artur „Kudłaty“ Kozdrowski przegrywał płyty od niejakiego Heńka Palczewskiego, postrzelonego melomana, który był w posiadaniu kolekcji najdziwniejszych albumów świata: od Captaina Beefhearta, Hampton Grease Bandu i Residentsów po Art Bears, Pere Ubu i Ground Zero. Któregoś razu Kudeł przegrał sobie płytę VU pt. „White Light/White Heat“. Ten album podziałał na mnie jak terapia elektrowstrząsami. Co za mocarne brzmienie: jazgotliwe, rzęchliwe przestery, transowe bębny, monotonne recytacje na tle cudownego zgiełku i chaosu gitar! „White Light/White Heat“ jest mniej znana niż  albumy „Velvet Underground“ oraz „Loaded“, które, po odejściu Johna Cale’a, ukazują jaśniejszą i bardziej stonowaną stronę grupy – tę od „Sunday Morning“ i „I’ll Be Your Mirror“ z pierwszej płyty. A przecież bez tego albumu nie powstałby cały nurt noise’u i eksperymentalnego rocka spod znaku Sonic Youth i pokrewnych im kapel.

 

   „Berlin“, trzeci solowy album Reeda, nazywany jest tragiczną rock operą i opowiada o losach pary luzerów – Jima i Caroliny. Jim nałogowo wciąga amfę, Caroline daje dupy na prawo i lewo. Jim jest zadrosny i bije Caroline, która wyznaje, że już go nie kocha. Gdy pracownicy społeczni odbiorą jej dzieci, Caroline popełni samobójstwo. Brzmi nieciekawie, w dodatku dość trywialnie. A jednak wsłuchajcie się w atmosferę tej niesamowitej płyty: subtelne aranżacje Boba Ezrina, świetne instrumentalne partie zespołu z braćmi Breckerami, Aynsley’em Dunbarem i Tony Levinem na czele, wreszcie słodkogorzkie, kameralne melorecytatywy Lou Reeda... Trudno nie zakochać się w tej klimatycznej płycie, nad wyraz chłodno przyjętej przez ówczesną krytykę, po latach natomiast okrzykniętej arcydziełem epoki glam rocka. Oto prawdziwa siła rokendrola, który jest jak haiku – o ludzkich namiętnościach, dramatach, tęsknotach i marzeniach potrafi mówić w sposób zarówno prosty i zawoalowany, dobitny i subtelny.

 

   I tak dalej, i tak dalej. Oto kończy się pionierska epoka rokendrola. Bez Johna Lennona, Lou Reeda, Franka Zappy i Joe Strummersa już nic nie będzie takie, jakie dawniej. Dalej będą istnieli wybitni i zdolni songwriterzy, dalej będą powstawały dobre albumy i piosenki. Będziemy jednak już zawsze stąpać po śladach tamtych, starając się nie papugować tego, co zostało powiedziane i zaśpiewane wcześniej, lepiej. Ha. Bardzo często zdarzy się nam odkryć, że ktoś już przed nami to zaśpiewał: lepiej, prościej. Lou – Twoja muzyka żyje. Dla mnie jest bardziej wyrazista i monumentalna niż pomniki, biblioteki, muzea. Wystarczy tylko włączyć tamte płyty i zamknąć oczy… Wsłuchać się w muzykę, która łamie reguły fizyki, podróżując w czasie, istniejąc zarazem wtedy i teraz.. You’re going to reap, just what you sow.

 


Podziel się

komentarze (50) | dodaj komentarz

ACH, TEN GAINSBOURG

wtorek, 15 października 2013 0:44

 

   Przez cały tydzień – poranna audycja. Siłownia. Zabawianie berbecia. W weekendy – koncerty. I ciągle ten niedobry Serge Gainsbourg, którego połamana francuszczyzna przez długi czas nie chciała wygiąć się w polską, żeńskorymową prozodię. Przez chwilę byłem na niego zły, poszukując haków w sieci. Że grafoman, seksoholik i pijak. Pewnie, wszystko się zgadza. W latach osiemdziesiątych Gainsbourg chlał na umór, rujnując swój związek z ukochaną Jane Birkin. Birkin opowiadała, że Serge przychodził do domu tak wylakierowany, że nie potrafił włożyć klucza do dziurki. Ambiwalencja zamierzona. Nowe teksty nie przypominały subtelnych, wieloznacznych konstruktów z lat 60., a muzyka, okraszona brzmieniami żenujących plastikowych „padów“, stała się przewidywalna i oczywista. Ale nawet ten obrażający Whitney Houston, bełkocący zbereźnik, to przecież dalej sam Serge Gainsbourg – emanujący tajemniczą charyzmą, elegancki, inteligencki, perwersyjny i porąbany padavan Daliego i Viana, spadkobierca i demolator tradycji la chanson Française.

 

   Przeczytałem wspomnienie o Gainsborgu autorstwa niejakiego Nicka Kenta, angielskiego krytyka i niedoszłego muzyka sceny punkrockowej. Kent opowiada, że spotkał starego diavolo na festiwalu filmowym w Val d'Isère. Gainsbourg przewodniczył jury, w którym zasiadali między innymi Julian Temple oraz rzeczony Kent. Podczas pierwszego ich spotkania Serge zrobił organizatorom karczemną awanturę za to, że w kinie nie można było palić. Za chwilę wtoczył się do foyer – skrzeczący, napuchnięty, otoczony oparami gęstego tytoniowego dymu. Jął opowiadać pieprzną anegdotę o Brigitte Bardotte i butelce markowego szampana, której nie był w stanie dokończyć – anegdoty, rzecz jasna – bo, pijany w sztok, obalił się na kinowy fotel. Oczywiście wszyscy jego francuscy admiratorzy byli absolutnie zachwyceni, sam Kent trochę mniej. W nocy Gainsbourg, który nazywał swoje pijackie alter ego Gainsbarre’m, rzęził i darł się, że ślepnie. Mimo to systematycznie zjawiał się na filmowych seansach.  Raz chrapał na pokazie filmu o Pet Shop Boys, innym razem wył jak zarzynany baran, oglądając dokument o Lennonie. Dwa lata później skończył jak lump, a jednak dalej wbudzał ogólny podziw. Jego twórczość otoczona jest we Francji swoistym kultem, nieprzetłumaczalnym na żadną inną kulturę. Serge Gainsbourg, dziwny człowiek – ikona francuskiej popkultury, skandalista i prowokator, innowator i wizjoner, bawidamek i ochlapus. 

 

   Zamiast silić się na napuszony koniec, przytoczę jeden z przetłumaczonych tekstów Serge’a. Nic wybitnego – ot, jego typowy francusko-angielski, popkulturowy bełkot. Muzyka – niewiele lepsza. Gęba Gainsbourga-amanta – brzydka jak noc. Gdzie jest żródło jego pieprzonego mitu? Kompilując wszystkie te dość poślednie składowe, nie znajduję odpowiedzi, na czym polega ulotna magia jego emanacji. A jednak…

 

„COMIC STRIP“

 

wskakuj, mała, do mego komiksu

gadać w dymkach i poszukać kicksów!

robić: clip! i crap! i bang! i vlop! i zip!

shebam! pow! blop! wizz!

 

sprzedam dżaba i poprawię migiem

uppercutem i potężnym swingiem!

vlam! i splatch! i bomp! i humpf!

shebam! pow! blop! wizz!

 

radiowozy wyją za plecami

więc pofruńmy nad skajskrejperami!

zrobię: tilt! a ty: cling! i to razem da nam: boing!

shebam! pow! blop! wizz!

 

wskakuj, mała, do mego komiksu

gadać w dymkach i poszukać kicksów!

robić: clip! i crap! i bang! i vlop! i zip!

shebam! pow! blop! wizz!

 

nie bój się, maleńka, trzymaj mocno

jestem, by cię chronić, będzie ostro!

zamknij oczy: crack! daj buziaka: smack!

shebam! pow! blop! wizz!


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

"AD/HD". PARĘ SŁÓW O KSIĄŻCE, ZANIM SIĘ URODZI

wtorek, 01 października 2013 15:08

 

   Wczoraj miałem urodziny. 45 lat minęło jak jeden dzień… Dzień piekielnie intensywny. W sumie to symboliczne, że właśnie w tym momencie, na tym etapie życia, ukazuje się moja autobiografia, która strukturalnie, w formie sprytnie przez Rafała Księżyka zaprojektowanych i zatytułowanych rozdziałow, ujmuje moją kilkudziesięcioletnią przygodę z muzyką i nie tylko. Książka, zatytułowana prosto i chwytliwie – „AD/HD“, ukaże się nakładem nobliwego Wydawnictwa Literackiego w drugiej połowie miesiąca października. Autobiografia to nie do końca trafne określenie; książka Rafała i moja jest w istocie rzeczy bardzo obszernym wywiadem, który powstawał w ciągu kilkunastu miesięcy dociekliwych i merytorycznych przepytywań. W naszych konwersacjach, które zazwyczaj przybierały formę bolesnego monologu, bełkotałem i dygresjonowałem co niemiara; współczuję Rafałowi zmagań z tą brejowatą materią. Gdy wywiad został spisany, dostałem jego tekst do autoryzacji. Tu dopadł mnie Pan Pedant, mój wewnętrzny edytor, który przez  dwa miesiące obrabiał i cyzelował osiemnaście rozdziałów przyszłej książki niczym półszlachetny kamień. Nie żebym bał się wyjść na idiotę. Myślę, że farmazonów, andronów i szeregowych śmiesznostek jest tu całkiem sporo, dzięki czemu niektóre poważniejsze fragmenty da się łatwiej strawić. Bardziej zależało mi na tym, żeby – tam, gdzie chciałem przybliżyć swoją życiową filozofię – moje wywody zabrzmiały spójnie i w miarę zwięźle. Myślę, że z wielką pomocą Rafała Księżyka, pana redaktora Waldemara Popka i wielu innych szlachetnych fanów literatury tudzież, nazwijmy rzecz po imieniu, przeróżnych „papierowych fetyszystów“, udało się nam doprowadzić nasze wspólne przedsięwzięcie do fortunnego finału.

 

   Rozdziały naszej książki dotyczą istotnych okresów mojego życia. Są tu rozdziały o Totarcie, o odejściu Zbyszka Sajnoga do sekty Niebo, są rozdziały o yassie, Miłości, Kurach, pracy przy filmach „Wesele“ i „Polskie Gówno“. Moje życie to miłości, oczarowania, fascynacje, spotkania i okresy intensywnej współpracy z niesamowitymi ludźmi, którym postanowiłem poświęcić parę słów, czasem nawet więcej. Sajnóg, Końjo, Trzaska, Gwincinski, Mazzoll, Możdżer, Olter, Bowie, Brylewski, Janerka, Smarzowski; moje inspirujące i obfitujące w naturalne wzloty i upadki związki z kobietami, które opisuję raczej dyskretnie, bez tabloidalnych szczegółów. A jednak nie obędzie się bez poważnych obnażeń, wiwisekcji, trangresji i kontrowersyjnych opinii, które zdarza mi się wygłaszać na temat polityków czy kolegów z branży. Wydaje mi się, że uczyniłem to dość grzecznie, bez chamstwa, ale też bez specjalnej taryfy ulgowej. Polskie autobiografie to dziełka, w których autorzy czy współautorzy zazwyczaj stroją się w piórka ludzi mądrych, nieomylnych, cudownych, szczodrych, najuczciwszych w świecie. Albo starają się nikogo nie urazić, albo wręcz przeciwnie, jadą po sobie jak swego czasu panowie Peja i Tede. Myślę, że „AD/HD“ zachowuje zasadę buddyjskiej Drogi Środka: tam, gdzie czułem, że mam do wypowiedzenia jakąś opinię, wyrażałem ją bez specjalnego owijania w bawełnę. Opinie to tylko opinie, nic poważnego.  Brudny Harry mówi w jakimś ze swoich filmów, że opinie są jak dziurki w dupie – każdy ma jakąś. A jednak naszymi opiniami potrafimy narobić wiele szkody, tworząc klimat podziału i intrygi. Dlatego wszystkie opinie przemyślałem po wiele razy; moim zamiarem nie jest obrażanie, ranienie czy szydzenie z ludzi bliskich i obcych, ale bardziej wyrażanie jakiejś umykającej, nieuchwytnej prawdy. Wiem, że z tym moim szydzeniem bywa różnie, szczególnie w ramach „Rannego kakao“ czy moich pseudo-standupów koncertów, ale proszę mi wybaczyć i traktować te lekkomyślne wypowiedzi jako formę głupkowatego kabaretu. W mej książce jest trochę poważniej, trochę bardziej na temat, trochę bardziej przemyślanie, bo przecież książka to nie hetka z pętelką, ale dystyngowana formuła, która zmusza do mentalnej dyscypliny. I to właściwie tyle o mojej biografii. Teraz wypada mi albo szybko umrzeć, albo rzucić się w wir nowych zdarzeń, bowiem wszystko wstecz zostało skrzętnie opisane! Czuję się jak samochód ze skasowanym licznikiem… W dodatku stoję na rozstaju dróg i zastanawiam się, w którą stronę skręcić. Myślę o powrocie do kontrabasu i jazzu; korci mnie też, żeby pisać książki. Siedzieć w chacie, popijać gorącą kawę i napierdzielać w klawiaturę mego rozpadającego się laptopa. Którą z dróg wybiorę, się zobaczy. Może pojadę po swojemu, he, he - wszystkimi naraz.

 


Podziel się

komentarze (51) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 611  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862611
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl