Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

ŚCIEMA Z OSTATNIM POTTEREM

środa, 24 listopada 2010 14:32

 

   Jestem fanem filmowej sagi o Harrym Potterze. Nie czytałem książek J. K. Rowling, bo jakoś nie chciało mi się przedzierać przez siedem tomów juwenilno-czarodziejskiej beletrystyki, z których następny – niczym królowie Jedzosławowie w jednym z komiksów o Tytusie, Romku i A’tomku – jest bardziej opasły od pozostałych. Zaraz, chwilunia – przeczytałem rozdział siódmej części po angielsku, żeby przetestować styl największej mitotwórczyni naszych czasów. Mało tego – dałem upust ciekawości i zajrzałem na sam koniec. No cóż, każdy ma momenty słabości. Dobrze jest to napisane, kurde balans - Angole mają swoją klasę i trzymają literacki fason. Jeśli ktoś w dzieciństwie naczytał się produkcji Lewisa Carrolla, A. A. Milne’a czy Jamesa Matthew Barriego, jest bogatszy o świat fantastycznej wyobraźni i wiedzę osobliwego języka, którego nie używa się na ulicy.

 

   Uwielbiam trzecią część Pottera, wyreżyserowaną przez Alfonso Cuarona – za jej rozmach, magiczność i mrok. Bardzo podobała mi się romantyczna i zarazem niepokojąca część czwarta, według Mike’a Newella, z jej kapitalną sceną voldemortowego odrodzenia się na cmentarzu. Ralph Fiennes w roli czarnego charakteru filmu jest wręcz genialny: demoniczny, psychotyczny, nieprzewidywalny, zły do szpiku kości. Oczywiście w formacie zła świata dziecięcego; nie chcemy przecież, żeby Voldemort masakrował czarodziejów piłą mechaniczną albo gwałcił ich zwłoki. Jeśli chodzi o Davida Yatesa, nie do końca przekonała mnie część szósta – niewiele z niej pamiętam, pomimo obejrzenia tegoż epizodu co najmniej po pięć razy. Wiadomo, nie znam literackiego oryginału – każdy może powiedzieć, że akurat ta część jest zawiła i nudna, i pewnie ma rację. A jednak przy okazji ekranizacji siódmej i ostatniej części sagi popełniono niewybaczalny błąd.

 

   Producent filmu David Heyman postanowił rozbić siódmy epizod na dwie części. Ponoć główną przyczyną jest zbytnia komplikacja i obszerność materiału fabularnego, jego - że się tak wyrażę - kiepsko ekranizowalna wielowątkowość. Wskutek tego ruchu oglądamy epizod, w którym przez czterdzieści minut dzieje się bardzo dużo i obiecująco, po czym akcja zamiera na prawie godzinę. Po scenie wesela czarodziejów Potter wraz z Hermioną i Ronem meta-katapultują się w pizdu i zaczynają łazić po borach, ścierniskach i gołoborzach. Ględzą, smędzą i markotnieją: szukając miecza Gryffindora, oddają się rozterkom, wzajemnym oskarżeniom i wybuchom zazdrości. W ostatnich scenach filmu zostają złapani przez ludzi Bellatrix Lastrange. Podczas ich ucieczki ginie Zgredek, co Potter kwituje dziecięcym płaczem. Tak się właśnie kończy epizod siódmy - jakby film o Harrym Potterze wrócił do "rodzinnej" stylistyki dwóch pierwszych części autorstwa Chrisa Columbusa.

 

   Razem z synem Kosmą wyszliśmy z kina mocno rozczarowani czarodziejską ściemą. Pal licho powieść pani Rowling, pal licho tysiącstronicowość i zawiłość jej treści. Po to jest reżyser, żeby był w stanie ocenić, które wątki są istotne, a które nie. Maciej Chmiel, mój stary, dobry kumpel z „Łossskotu“, mawiał w takich sytuacjach: „Istnieje tzw. sztuka montażu...“. I miał cholerną rację. Po to kupuje się popkorn czy inne gówno, i wraz z rodziną, nieruchomieje w kinowym fotelu choćby i na cztery godziny, żeby obejrzeć monumentalny, zwarty i naszpikowany akcją finał wielkiej sagi o dziecięcym czarodzieju. Ale Davidowie Yates i Heyman wpadli na lepszy pomysł: sfilmować prawie sześć godzin ostatniej części i podzielić je na dwa epizody, wyszarpując dzieciakom i ich starym ekstra-złocisze. Szkoda, że wielka filmowa historia Pottera kończy się tak żenującym akcentem. Avada Kedavra, Davidzie Heyman! Cruciatus, Davidzie Yates!


Podziel się

komentarze (98) | dodaj komentarz

CZY NIENAWIDZĘ POLSKIEJ MUZYKI?

wtorek, 09 listopada 2010 2:25

 

   Kiedyś w jakimś wywiadzie powiedziałem, że nienawidzę polskiej muzyki. E tam, różne rzeczy się mówi w wywiadach. Kto wymyślił pogląd, że artysta powinien być konsekwentny? Albo że w ogóle człowiek winien być konsekwentny? Konsekwencja wobec kogo, czego? Milczącego pseudo-Bogominoga; wszechobecnej, przemożnej, i-chingowej przemiany, która kruszy mury i rujnuje metal; garstki krytyków czy zawistnych kumpli-szarpidrutów? Jebać konsekwencję. Człowiek się ciągle zmienia i tyle. Chciałoby się rzec – od zawsze jestem wierny sobie. Ale kim jest to „ja“, „mi“, „sobie“ – mgławicą chaotycznych atomów, kreatywną przestrzenią, podlegającą nieustannemu, subtelnemu tranzytowi?

 

   Uwielbiam polską muzykę, choć czasem jej nienawidzę. Kocham Polskę, choć czasem jej nienawidzę. „Polskę trzeba nieustannie podważać, żeby ją kochać. Bo Polska to ni to, ni sio“, jak mówił Stanisław Dygat. Podważam Polskę, bo ją kocham i dobrze jej życzę. Czasem jej nie znoszę podobnie jak siebie samego – którego w większości czasu kocham. Co w tym wszystkim dziwnego?

 

   Pierwszą polską muzyką, która zrobiła na mnie wrażenie, były piosenki Niemena, Czerwonych Gitar, Grechuty i SBB. Gdy miałem lat dwanaście, zakochałem się w kasecie z wczesnym Młynarskim. Wreszcie w roku 1983 absolutnie rozwaliła mnie Republika: w radiu usłyszałem numer „Kombinat“. Znokautowały mnie jego monochromatyczne ostinata i charyzmatyczna "ciechowszczyzna": motoryczny pochód wizjonerskich fraz, zegarmistrzowska precyzja operowania językiem polskim. Dojrzewałem słuchając pierwszych dwóch płyt Republiki, czarnych krążków Brygady Kryzys, Dezertera i Klausa Mittfocha, wreszcie kaset z muzyką Deadlocka, Braku, Śmierci Klinicznej, De Pressu i Holy Toy. Te lata ukształtowały mój styl i smak.

 

   Do roku 1986 polska muzyka była dla mnie po prostu wielka. Później zacząłem słuchać jazzu – Coltrane’a, Colemana i Dolphy’ego, ale też i Komedy. Pamiętam dzień, w którym wróciłem z dalekiej podróży po krainie frenetycznych improwizacji. Ćwiczyliśmy w pokoju Możdżera: on sam, ja, Trzaska, Sikała i Olter. Utknęliśmy nad popierdolonym aranżem „Maszyny Ludzkiej“ – numeru, który napisałem dla Jacka. W pewnym momencie Lechu poszedł do kuchni, żeby zrobić coś do żarcia. Wyciągnął garnek z jakimś bigosem i zaczął go podgrzewać. Bezwiednie pstryknął włącznik telewizora.

 

   W telewizji leciał klip „In Bloom“ Nirvany. Usłyszałem zajebisty numer i poczułem straszliwą zazdrość. „Co ja tu robię, grając jazz“? Czemu zasnąłem na tyle lat? Świat poszedł do przodu, zostawiając mnie w tyle – robi to z nami wszystkimi, zawsze i wszędzie. „Wracamy do numeru“, powiedziałem zduszonym głosem i zgasiłem telewizor. Nie mogłem słuchać tej muzyki, podważała całe moje imperium. Od tej pory nic nie było już takie same. Rok później wydziarałem się i założyłem grupę Trupy.

 

   Było jeszcze parę fajnych polskich kapel, które robiły na mnie spore wrażenie. Izrael z genialnym „1991“. Armia, wczesny Maleńczuk, Houk, Kobong. Apteka, Ego i Ścianka. Pogodno, Kobiety, Homosapiens. We wczesnych latach 90-tych funkcjonowała jeszcze Rozgłośnia Harcerska; MTV i Atomic TV puszczały od groma ambitnej polskiej muzy. Dzisiaj wszystkie media zalewa gówniana papka. Dalej istnieją dobre zespoły, dalej generuje się intrygujące rodzime dźwięki – ale można ich posłuchać głównie na koncertach albo w internecie. W mediach dominuje kiepskiej jakości pop albo gejowska alternatywa dla przeróżnych indie- i emo-kłapouchych. Na Zachodzie jest zresztą to samo – tyle, że pop jest tam zdecydowanie lepszej jakości: ambitniejszy i bardziej pomysłowo wyprodukowany. Mało tego, numery Beyonce i Alicii Keys rozstawiają po kątach umalowanych i pseudo-niegrzecznych chłopców z The Killers, The Kings of Leon czy Kasabian. Świat pełen jest mniej lub bardziej udacznych podróbek Beatlesów, Stonesów, Doorsów, Hendrixa, Clashów i Joy Division, z których nie wynika nic nowego. I może jeszcze wydarzy się jakaś gitarowa rewolucja, a może nie - bo i po co? Co za czasy, panie dzieju.


Podziel się

komentarze (49) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 891  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730891
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl