Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 630 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

MIŁY KOLEGO WOJEWÓDZKI!

piątek, 25 listopada 2011 13:58

 

   To wielce sympatyczne, że dorabiasz sobie pisaniem. Na swoje nieszczęście (albo szczęście, ponieważ zawsze wydawałeś mi się masochistą) trafiłeś kosą na kamień – po godzinach robię dokładnie to samo. Rozumiem, iż żyjąc z obśmiewania ludzi – niczym kumaty pawian - liczysz się z tym, że drobiny ciskanego w oponentów kupska mogą znienacka znaleźć się na Twoim wiecznie rozbawionym obliczu. Tu znowu możemy podać sobie ręce - choć słyszałem, że nie chcesz się już ze mną kolegować. No cóż - trudno, się mówi. Dowiedziałem się, że w tym tygodniu kilkakrotnie zasłużyłem na Twoje zawadiackie komentarze. Tym razem coś Cię wyjątkowo ubodło; w związku z tym postanowiłem w równie sowizdrzalski i niezobowiązujący sposób odpowiedzieć Ci na zarzuty, wygenerowane Twoim leciutkim piórem.

 

  Przede wszystkim na imprezie zamkniętej Rossmana nie wystąpiłem ze swoim własnym recitalem. Zostałem zaproszony przez Anię Czartoryską, żeby towarzyszyć jej w wykonaniu dwóch piosenek. Zapewniam Cię, że nie były to numery w klimacie „Mydełka Fa“. Dokładnie – pewien jazzowy standard oraz kawałek Petera Gabriela. Za zarobione pieniądze kupiłem sobie akustycznego Gibsona J-45, o którym od dawna marzyłem. Raz na kilkanaście miesięcy zdarza mi się grywać zamknięte imprezy. Poprzedni raz grałem dla Open Finance przed Maćkiem Maleńczukiem. Wykonywałem swoje numery, a tysiąc osób świetnie się bawiło. Ba - zdecydowanie lepiej, niż 80 osób na alternatywnym koncercie w Gliwicach tydzień wcześniej, gdzie grałem dokładnie to samo! Mój wniosek - nie obchodzi mnie, gdzie gram, jeśli nie gram dla Fidela Castro czy dla mafii. A jednak z Twojego rubasznego komentarza wnioskuję, iż zarabiając pieniądze, popełniłem fatalny błąd i w związku z tym jestem skończony aż po wieki.

 

   Drogi Kubo! Nie czepiałem się Ciebie, kiedy od kilkunastu lat prowadziłeś swój głupkowaty program, w którym kierowałeś się następującą filozofią: nakrzyczeć na małe, bezbronne dziewczynki, zagadać niezbyt elokwentnych panów oraz wylizać rowa tym, których ponoć lubisz i szanujesz. Kiedy spotykałeś godnego siebie rozmówcę, gwiazda Twojej elokwencji gasła niczym smutny pulsar. Od kilku lat Twój program traci na oglądalności – a jednak Ty, pseudo-offowy bohater mainstreamowej papki, nie potrafisz odejść i zrobić czegoś nowego, czegoś kreatywnego. Zawsze powtarzałeś mi, iż masz nadzieję, że robisz coś innego, alternatywnego, że nie sprzedałeś się jak większość. Ze współczucia dla Ciebie nie mówiłem nic, ale teraz pozwól, że Cię skoryguję – nie ma alternatywnych mediów. My, artyści, chodzimy i gramy tam, gdzie nas chcą. Żeby sprzedać swoje płyty, żeby w średnim wieku kupić lepszą gitarę albo zarobić na wymianę okien w mieszkaniu. Tak robią moi bohaterowie Lechu Janerka (któremu zdarzyło się wziąć udział w reklamie „Męskiego Grania“, ale któremu nie spadła z głowy korona jednego z najoryginalniejszych polskich songwriterów) czy Wojtek Smarzowski (który raz na parę lat robi reklamę Ibupromu czy czegoś w tym stylu, żeby utrzymać rodzinę i mieć przestrzeń w głowie dla tworzenia kolejnych wybitnych filmów w klimacie „Wesela“ czy „Domu Złego“). A jednak z Twojego wywodu wynika, iż my, alternatywni artyści, powinniśmy głodować, łazikować w obdartych szmatach, koczować w nieogrzanej suterenie i grać na Defilach. Natenczas Ty, zarabiający gdzie i jak popadnie arbiter alternatywności, docenisz nasze heroiczne wysiłki. W Twoim programie ofiarujesz nam swój Żółto-Brązowy Medal! Wtedy i tylko wtedy pozostaniemy wierni alternatywnej Prawdzie, którą Ty zaprzedałeś dekady temu.

 

   Słodki, przesympatyczny Kubo! Nie zamierzam się na Ciebie obrażać za Twoje kompulsywne paszkwile. Mało tego – zamierzam Ci dalej podawać rękę. A jednak kiedy poczułem, że Twój papierowy nóż drapie moje zwaliste plecy, postanowiłem się z Tobą nieco podroczyć. Chyba to lubisz? Ja Cię nie nigdy pytałem, czemu nie chcesz zarabiać pięciu stów za offowy koncert, cieniutko stukając w swoje szczerozłote bębny. Oszczędzałem Cię, kiedy w żenujący sposób wikłałeś się w swoje radiowe rasistowsko-homofobiczne afery. Teraz przegiąłeś pałę. Zapewne trochę niechcący – podobnie jak ja, masz długi i szybki język. A jednak mój jest trochę dłuższy i szybszy, co kilkakrotnie udowodniłem w Twoich programach. Jak to się pięknie mówi, drogi Kubo - mieczem wojujesz, od miecza giniesz.

 

 

 


Podziel się

komentarze (287) | dodaj komentarz

PODZIELONA POLSKA

środa, 16 listopada 2011 10:25

 

Nie jestem fanem ulicznych ruchawek i konfrontacji. Nigdy nie byłem zadymiarzem. Od prawie dwudziestu lat trenuję karate i potrafię się obronić, ale jakoś nigdy nie miałem ochoty kopać się z debilami. W latach 80-tych moje uczestnictwo polityczne ograniczyło się do rozlepiania plakatów, nawołujących do bojkotu wyborów (w lipcu 1985) i do trzydniowego strajku na Uniwersytecie Gdańskim (w kwietniu 1988). Pojechałem wziąć udział w „Kolorowej Niepodległej“, bo uważam, że czasem trzeba wykazać się cywilną odwagą. Ktoś przecież musi - naziole robią się niebezpieczni. W latach 30-tych nikt przeciwko nim masowo nie zareagował, więc szybko urośli w siłę. Przemoc rodzi przemoc, więc żadna walka nie ma sensu. Ale reagować trzeba. Brać udział w protestach, mówić swoje, nie chować głowy w piasek.

 

Owszem – kiedy szedłem z gitarą na Wilczą, czułem adrenalinę. Wokół mnie zbierało się coraz więcej zakazanych gąb z biało-czerwonymi flagami. Jakiś sympatyczny fan powiedział mi, że parę metrów dalej kilkunastu głąbów skopało kolesia, podczas gdy policja nie interweniowała. Gdy doszedłem do Wilczej, zobaczyłem kilkutysięczny tłum ludzi. Za chwilę wyszły do mnie dwie dziewczyny, które przeprowadziły mnie przez kordon policji. Znalazłem się w samym środku kolorowej ciżby. Miałem na sobie t-shirt i skórę; wymarzłem, idąc na Marszałkowską. Wdrapałem się na Drzymałowy wóz organizatorów, z którego do tłumu przemawiali m.in. Kazia Szczuka, Mikołaj Lizut i Krzychu Krauze. Z marszu zagrałem parę numerów, począwszy od prowokacyjnego „D.O.B“ – od razu zrobiło mi się cieplej. Mam nadzieję, że całej reszcie również. Pozostałem na wozie i obserwowałem sytucję. DJ-e serwowali zacną muzę – reggae, soul, funky, jazz big bandowy, wszystko, co dało się tańczyć. Obserwowałem bawiący się tłum i przez chwilę poczułem coś na kształt wzruszenia. Ci młodzi ludzie, zgodnie pląsający nawet w rytm głupiego  charlestona, zgromadzili się tu, żeby świętować 22 lata wolności. Dowolności, różnorodności, otwartości, tolerancji – dla cudzoziemców, dla ludzi innych ras i wyznań, dla gejów i lesbijek. Maszerował na nas tłum twardogłowych narodowców, otoczonych kibolami i naziolami. Tłum ludzi, których ideologia to konfrontacja, święta wojna, Bóg, honor, ojczyzna i czystość rasowa. Było nas dwa tysiące, ich – około dwudziestu. Gdyby nie policja oraz ludzie z polskiej i międzynarodowej Antify, rozpieprzyliby nas w drobny mak.

 

   Oglądałem kolorowy tłum i zamieszki, dumając nad tym, że Polska jest głęboko podzielona. Po 22 latach wolności widać to coraz wyraźniej – dzielimy się na element postępowy i wsteczny. Czy jest na to jakieś remedium? Rozmawiać, jeśli tylko da się rozmawiać. Ale jeśli w tłumie narodowców obok moich kolegów - Janka Pospieszalskiego, Pawła Kukiza i wielu, wielu innych – dziarsko maszerują grupy kiboli i neonazistów, sprawa się komplikuje. Jak tu rozmawiać i o czym? O pladze żydowstwa, Polsce dla Polaków i potrzebie trzeciej wojny światowej?


Podziel się

komentarze (188) | dodaj komentarz

GRAN CANARIA

środa, 02 listopada 2011 20:10

 

   Lato było w tym roku po prostu żenujące. Polska to piękny kraj o umiarkowanym klimacie, w którym względnie ciepłe pory roku przegrywają z zimnymi w stosunku 5:7. Oczywiście jest druga strona, tej w gruncie rzeczy, niewesołej sytuacji – wystarczy  obejrzeć dokumentalny film o życiu Eskimosów. Albo zacisnąć zęby i zapierdzielać za trzech. W zimowych miesiącach nawet wskazane jest zapierdzielać za trzech, żeby nie zamarznąć. Bo przecież to, że skądś się jest - ma głębszy, metafizyczny sens. Pomimo, że okrutnie kuszą przeróżne Wyspy Kanaryjskie, Barcelony i Casablanki. Urodziliśmy się w Polsce i będziemy mieszkać w Polsce! Tak deliberowałem jakieś 11 lat temu, kiedy w środku śnieżnego stycznia wylądowałem na lotnisku południowoafrykańskim Johannesburga... Ponad dwa miesiące później oglądałem Warszawę z perspektywy taksówki - smętnych i zafrasowanych ludzi, rodzimą, jakże „eklektyczną“ architekturę (nie ma co się wyzłośliwiać, bo przecież wiadomo, że to wszystko przez Niemiachów, Ruskich i nieudaczną komunę), wreszcie zielonkawo-szare, zaśmiecone pola, z których dopiero co zniknął śnieg. Moje ukochane Trójmiasto nie było ani krztynę bardziej urokliwe. Trzeba wyjeżdżać, pomyślałem sobie. Trzeba ruszać dupę, żeby zmieniło się w głowie. Żeby nie było stagnacji i deprechy.

 

   W ostatniej dekadzie zacząłem wyjeżdżać na narty. Parę razy z rzędu sympatyczni ludzie z BFC zaprosili mnie na turnus we włoskich Dolomitach; później próbowałem organizować wypady na własną rękę. Narty i deska to dobry sposób na okiełznanie zimy. W istocie rzeczy mogą to być nawet sanki – byle pokumać, że zima oferuje jakieś sowizdrzalsko-ludyczne aspekty. Że nie musi kojarzyć się z męką i udręką, mrozem i brudną pluchą, z nieustannym brnięciem przez śnieg i zamarzłą na kamień grudę.

 

   We wrześniu razem z Ritą uznaliśmy, iż należą nam się wakacje. Zaczęliśmy szukać atrakcyjnych, tygodniowych wycieczek i koniec końców wyśniliśmy sobie Gran Canarię. Po paru dniach poszukiwań wybraliśmy straszliwą, emerycką ofertę typu „all-inclusive“, w której hotel znajdował tuż obok oceanicznej plaży. Żeby tylko opalać się, uprawiać sex, żreć i spać. I tak właściwie było – przynajmniej przez pierwsze trzy dni. Nad Gran Canarią zawisły chmury, spowodowane kalimą – burzą piaskową z Sahary. Słońce świeciło jak zza mgły; zdesperowana Rita zaczęła przebąkiwać o solarium – „żeby nie było wstydu, jak wrócimy do domu“. Z braku laku zaczęliśmy wymyślać dodatkowe aktywności – gramolenie się na czwarte piętro, sesje ping ponga (niestety, z reguły przeze mnie przegrane) i codzienne, długie spacery. W połowie pobytu wykupiliśmy wycieczkę do portu rybackiego, żeby popływać łodzią podwodną. W międzyczasie – obiad ze świeżymi owocami morza. Ludzie – sami wiecie, że to jest to! Ostatniego dnia wypożyczyliśmy cabrioleta, żeby objechać wyspę wokół. Wymiękłem po 80 kilometrach: wjechaliśmy w góry i znienacka znaleźliśmy się wśród serpentyn (które oczywiście kocham). Wąskie, nieprzedzielone przerywaną linią dróżki pięły się wdłuż górskich półek, ciągle wyżej i wyżej; jechałem coraz ostrożniej, z tyłu trąbiły na mnie auta zniecierpliwionych tubylców-pewniaczków. „Pierdolę takie wesele“, jak powiedział pewien pan młody, który zobaczył pannę młodą w czułych objęciach yeti. Wybraliśmy plażę, którą widzieliśmy po drodze. Zostaliśmy na niej do późnego popołudnia, opalając i kąpiąc się w oceanie. Później zjedliśmy znakomite frutti di mare, wypiliśmy litr wina (na Kanarach można mieć wypite do 0,8 promila, drodzy pijacy drogowi!) i wróciliśmy do hotelu. Tygodniowy pobyt upłynął nam jak strzał z bicza. Ale coś z niego zostało – opalenizna i radość, że ukradliśmy latu trochę więcej lata. I pewność, że trzeba, koniecznie trzeba wyjeżdżać  - co rok, a może i nawet ze dwa razy rocznie? Bo wtedy niestraszna żadna zima, choćby śnieg leżał do samego kwietnia.

 


Podziel się

komentarze (68) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 681 892  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2681892
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl