Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 527 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

GRANDE VALSE BRILLANTE

środa, 21 listopada 2012 0:39

 

       W sobotę zagrałem króciutki koncert w ramach piątej edycji Przeglądu Piosenki Poetyckiej im. Piotra Skrzyneckiego w Mińsku Mazowieckim. Do wykonania wybrałem „Zabij ten lęk“ z repertuaru Marka Grechuty i – bagatela – „Grande Valse Brillante“ z repertuaru Ewy Demarczyk. „Grande Valse Brillante“ i „Karuzela z madonnami“ to utwory, które mnie zawsze absolutnie rozpierdalały. Arcydzielne, z polska potoczyste i zarazem precyzyjne jak mechanizm szwajcarskiego zegarka wiersze Juliana Tuwima i Mirona Białoszewskiego. Kapitalna, natchniona muzyka autorstwa Zygmunta Koniecznego, która uwydatnia każdy detal tekstu. Aż mnie znów wysłało do Tuwima, do jego balów w operze, kwiatów polskich i słowopiewni (przy okazji zauważyłem, że tekst "Grande Valse Brillante" został sprytnie przerobiony. Kawał rzetelnej roboty - niczym krawieckie skrócenie płaszcza czy spodni). Wreszcie Ona – Ewa Demarczyk, Czarny Anioł. Tajemnicza, skupiona, charyzmatyczna, niezwykła. Jedyna w swoim rodzaju. Jej wykonania piosenek do muzyki Koniecznego to dla mnie historia absolutnie ponadczasowa – bursztyn z zaklętą w środku drobiną magii. Demarczyk, Niemen, Klenczon, Grechuta – ich muzyka zawsze poruszała mnie do szpiku kości. Ale przecież i Młynarski, i Ciechowski, i Janerka. Gdyby nie oni, nigdy nie próbowałbym pisać po polsku. Nie wierząc, że można. Tak inteligentnie i dowcipnie. Dobitnie i precyzyjnie.

 

   Gdy wróciłem z Egiptu, miałem może ze trzy dni, żeby wykuć te dwa numery. Gdy wraz z moim włoskim kumplem, gitarzystą Dario Albertim, siedliśmy nad nagraniem „Grande Valse Brillante“ i zaczęliśmy rozkminiać jego harmonię, ogarnęła nas panika. Ratunku, ajuto! Od groma akordów, ciągłe zmiany temp, rubata. Do tego trudny do wyśpiewania tekst. Dłubaliśmy przy tym po kilka godzin dziennie. Na tyle skutecznie, żeby się nie ośmieszyć przed współ-wykonawcami i mińską publicznością. Nie na tyle, żeby zaprezentować interpretację wybitną – takiej można dochrapać, doszlifować się po wielu miesiącach, po latach piłowania tej samej piosenki na niezliczonych koncertach. Piosenka musi stać się częścią waszego krwiobiegu, musi na zawsze zamieszkać w palcach, głowie i duszy. Dopiero wtedy interpretacja staje się osobista i wyjątkowa. Niemniej ten krótki, weekendowy romans ze światem Demarczyk, Tuwima i Koniecznego, Grechuty i Witkacego, był na tyle inspirujący i owocny, że zacząłem myśleć o płycie z utworami moich ulubionych polskich artystów. Rodzaju muzycznego hołdu, oddanego uduchowionym przodkom...

 


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

ZAMIAST CZCZYCH MANIFESTACJI - TYDZIEŃ RODZINNYCH WAKACJI!

poniedziałek, 12 listopada 2012 21:51

 

     Rozżaleni krótkimi wakacjami i brakiem trójmiejskiego słońca, postanowiliśmy z Marysią uciec z Polski choćby na tydzień – gdziekolwiek, jakkolwiek. Ja chciałem znów śmignąć na Wyspy Kanaryjskie, natomiast Marysia uznała, że lepiej będzie pojechać do Egiptu. Raz, że o tej porze roku (mimo wczesnej jesieni) jest tam dalej gorąco, a dwa – że taniej. Mieliśmy lecieć całą rodzinną czeredą, z Lukasem i Kosmą, i wypadało mieć w zanadrzu parę tysiaków na dodatkowe aktracje. Trochę kręciłem nosem na ten Egipt, niczym warszawski hipster – okazało się zresztą, że zupełnie bezpodstawnie. Bo prawdziwy hipster może od biedy wybrać się na Kanary lub do Portugalii – oczywiście posurfować – choć najlepiej byłoby skończyć na Bahamach, Malediwach lub w Nowej Zelandii. Nawet jeśli go na to nie stać. Egipt to po prostu nie brzmi dobrze! Wiadomo – wczasy typu all inclusive są dla dziadków na emeryturze. Zgoda, coś w tym jest. Wszystko zależy od tego, czego oczekujecie. Czy - jak Bear Grills - macie zamiar wylądować w półdzikiej Papui z saperką w zębach i epicko przedzierać się przez dżunglę w poszukiwaniu dziewiczej marszruty, nie zhańbionej przez korpulentnych, niemieckich turystów? Czy zmęczeni ogłupiającą gonitwą za pieniędzmi, które głównie opłacają Wasze rachunki, chcecie po prostu ochłonąć, odsapnąć, zapomnieć? Bezmyślnie i słodko pognić nad basenem, beztrosko czeznąć nad Morzem Czerwonym? Żreć i pić darmowe drinki? Wziąć udział w żenującej, hotelowej imprezie typu karaoke? A niby czemu nie?

 

     Moja praca polega na przyrządzaniu różnych dań na sześciu fajerkach na raz. Nie na czterech fajerkach jednej kuchenki gazowej, o nie. Od kiedy przestałem napinać się na to, żeby zarabiać jedynie z muzyki (choć pewnie bym wolał, ale co to ma w sumie za znaczenie?), zacząłem dodatkowo pichcić na cudzych fajerkach. A to radio, a to scenariusze filmowe. Życie jest za krótkie, żeby się przejmować tym, że Polska jest krajem, w którym margines mainstreamu (zwany muzyką alternatywną) większości artystów nie pozwoli godnie przeżyć. Nie będę kwękać i narzekać – w pewnym momencie postanowiłem być jak woda, która opływa problem, jak cwana bakteria, która przeniknie wszystkie przeszkody. I jest naprawdę ok! Głównie robię to, co kocham robić, co przynosi mi wielką radość i mniejszy dochód. W międzyczasie robię również to, co tylko lubię robić, ale co przynosi mi większy dochód. I wilk jest syty, i owca cała. I wielkie Tao sympatycznie wyruchane, samozadowolone, w wiecznym i pogodnym equilibrium.

 

     A w Egipicie było naprawdę w porzo. Wynajęliśmy pokoje w niedużym, estetycznie wyglądającym hotelu w Sharm El Sheik. Z basenem. Niedaleko piaszczystej plaży Morza Czerwonego. Jak wiadomo, Sharm El Sheik to raczej bezduszny kurort, po którym trudno spodziewać się wielkich atrakcji. Daleko do Aleksandrii i Cairo, daleko do piramid. Można wykupić podróż do Palestyny i Betlejem, ale jakoś nie uśmiechało nam się dostać zbłąkanej kulki za niezawinione rasistowskie przewiny. Połaziliśmy po Starym Targu, pojechaliśmy ponurkować nad rafę koralową. Zjedliśmy kilka dobrych obiadów z frutti di mare w głównym jazzowym temacie i grillowanymi warzywami w brydżu. Pogoda była piękna, słońce - przez cały tydzień – nie okolone najmniejszą chmurką. Egipcjanie – bardzo sympatyczni i rozmowni. Żyć, nie umierać. Zabrakło paru dni więcej, jak to zresztą zawsze bywa w przypadku udanych wakacji. Teraz przynajmniej mamy siłę na domowy kołowrót. Wracamy opaleni, wygrzani, grubi, rozleniwieni - dostaliśmy całą serię zastrzyków antydepresyjnych. Do marca powinno wystarczyć.

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 916  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698916
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl