Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

ŻEGNAJ, KAPITANIE WOŁOWE SERCE!

wtorek, 21 grudnia 2010 18:43

 

   17 grudnia w szpitalu kalifornijskiego miasta Arcata zmarł niejaki Donald Glen Vliet, powszechnie znany jako Kapitan Wołowe Serce. Urodzony w mieście Glendale, był jedynym synem Glena Alonzo Vlieta i Willie Sue Vliet, właścicieli lokalnej stacji benzynowej. Od wczesnego dzieciństwa malował i rzeźbił, fascynując się afrykańskimi ssakami, przedpotopowymi gadami, płazami, rybami i ptactwem - stałymi rezydentami świata jego przyszłej ekscentrycznej, free-rockowej poezji. Gdy młody Van Vliet miał lat 13, jego rodzina przeprowadziła się z okolic Los Angeles do miasteczka Lancaster graniczącego z pustynią Mojave. Mojave stała się jego świątynią i muzą, żywicielem jego samotnej wyobraźni, generując cały bestiariusz fantastycznych postaci – Tuszowych Wężów, Ośmiorybów, Chińskich Świnek, Pszczelich Mrówkoludów, Ludzkich Totemów, Wędrujących Zyg-zakiem, Facetów z Kobiecymi Głowami, Wielkookich Fasolek z Wenus tudzież Zaprzęgów Nietoperzowych Łańcuchów.

 

   W szkole średniej w Lancaster Van Vliet udzielał się w rhythm’n’bluesowych kapelach The Omens i The Blackouts. Perkusistą tej ostatniej formacji był niejaki Frank Vincent Zappa; obu muzykujących młokosów połączyła miłość do bluesa z Delty i Chicago. Całymi dniami słuchali płyt swych ulubionych artystów - Roberta Johnsona, Muddy Watersa, Howling Wolfa oraz całej rzeszy bezimiennych wykonawców wczesnego R&B (bez wielkiego związku ze współczesnym, komercyjnym nurtem o tej samej nazwie). Historia przyszłego konfliktu tych dwóch genialnych innowatorów i luminarzy świata rokendrola utkana jest z tych samych emocji, jakie rządzą samsarycznym bytem szołbizu w każdym jego wydaniu: ambicji, rywalizacji, zazdrości, chciwości i złej woli. Choć obydwaj artyści przez wiele lat oskarżali się o egocentryzm, małostkowość i fanatyzm (całkiem zresztą słusznie – świat rokendrola nie znał większych muzycznych dyktatorów), ostatecznie ich przyjaźń przetrwała lata ciężkiej próby. Ich artystyczna kolizja obejmuje fakt współpracy nad kluczową płytą Beefhearta pt. „Trout Mask Replica“ (Replika Maski Pstrąga, 1969) oraz wspólnej trasy koncertowej w ramach zespołu Zappy, udokumentowanej jako „Bongo Fury“ (1975). W latach 90-tych Captain Beefheart, przykuty do wózka w związku z postępującym stwardnieniem rozsianym, przeprosił się i pogodził ze śmiertelnie chorym na raka prostaty Zappą. Bonusowe efekty wspólnej aktywności obydwu panów można znaleźć na wydanych po latach płytowych kolekcjach pt. "The Lost Episodes" oraz "Mystery Disc".

 

   Po raz pierwszy usłyszałem muzykę Kapitana Wołowe Serce w okresie mego powiązania z Totartem. Nasz niestrudzony kaowiec i guru Zbyszek Sajnóg oraz jego prawa ręka, Paweł Końjo Konnak, fascynowali się industrialem w klimacie Throbbing Gristle, Psychick TV czy SPK. Dystansując się od odmóżdżającej muzyki wymienionych formacji, wniosłem do Totartu sentyment do nowatorskiego jazzu lat 60-tych (Coltrane, Coleman, Dolphy, Ayler) i dwudziestowieczniej koncertowej awangardy (Ives, Schoenberg, Berg, Webern, Haba, Stockhausen). Któregoś razu ktoś (może Artur „Kudłaty“ Kozdrowski, a może Dorotka Dołęga) przyniósł kasety z płytami grupy Art Bears; ktoś inny podrzucił 120-stkę z dwoma ostatnimi płytami Captaina Beehearta („Doc At The Radar Station“ i „Ice Cream For Crow“). Momentalnie zakochaliśmy się w muzyce Kapitana – pogodziły nas jego dzikie wrzaski i kwiki, cudowne charczenie jego sopranowego saksofonu. Frenetyczny kontrapunkt rozjebanych gitar i transowych bębnów „Drumbo“ Frencha. Chora, fantastyczna poetyka, w której liryczne „ja‘ oddawało się seksualnym uciechom w objęciach wampira, z małą małpką na kolanie... W okresie tworzenia repertuaru dla wczesnej Miłości przestałem słuchać rocka. Wyjątkami były liczne płyty Franka Zappy i Captaina Beefhearta, pośród których czołowe miejsca zajmowały „We’re Only In It For The Money“ i rzeczona „Trout Mask Replica“. Muzyka Beefhearta na dobre zrysowała mi beret, rozjechawszy mą mózgownicę buldożerem elektryzującego dziwactwa – choć pojawiały się w niej elementy znane i dość tradycyjne, całość przypominała gar z wrzącym i cholernie pikantnym pot-pouri dla ewentualnych gości z Aldebarana.

 

   Nie zamierzam mitologizować i wybielać Van Vlieta. Kulisy jego współpracy z wczesnym Magic Bandem z okresu powstawania muzyki z „Repliki Maski Pstrąga“ są dość mroczne. Beefheart bynajmniej nie był grzecznym, autystycznym świrem w klimacie Becka Hansena. Z relacji Ry Coodera i Johna „Drumbo“ Frencha zachował się obraz na wpół-szalonego, naćpanego kwasami socjopaty i despoty, który represjonuje i antagonizuje swoich podopiecznych, poddając ich nieustannej krytyce oraz systematycznemu praniu mózgu. Beefheart miał też niechlubny zwyczaj przypisywania sobie kompozycji współ-wyimprowizowanych numerów z jego głośnych płyt, płacąc muzykom byle jak albo w ogóle (ta praktyka przypomina mi działanie pewnej prominentnej osoby naszej dawnej sceny yassowej – szczególy ujrzą światło dzienne w mych memuarach). Dwie płyty, „Unconditionally Guaranteed“ i „Moonbeams & Bluejeans“, są wyrazem jego temporalnego kompromisu i kreatywnej niemocy. A jednak trzy ostatnie płyty Van Vlieta – „Shiny Beast“, „Doc At The Radar Station“ i „Ice Cream For Crow“ jawią się ponadczasowymi majstersztykami, będąc – trawestując słowa wielkiego romantycznego kompozytora Franza Lista – lancami ciśniętymi w przyszłość popkultury.

 

   Po roku 1982 Don Van Vliet zaprzestał muzykowania. Ponoć jeden z promotorów jego malarstwa, niejaki Michael Werner, odradził mu wydawanie płyt na rzecz poważnej kariery w świecie sztuk pięknych. „Jeśli tego nie zrobisz, będziesz zawsze postrzegany jako muzykus, który dorabia malowaniem“, miał rzeczowo powiedzieć. Beefheart, zmęczony wieloletnią i samotną walką z muzycznym szołbizem, postąpił zgodnie z doradą promotora. Po kilku latach jego prace – opisywane jako „modernistyczne“, „prymitywistyczne“, „abstrakcyjnie ekspresjonistyczne“ i porównywane do dzieł Jacksona Pollocka, Franza Kline’a, Francisa Bacona, Marka Rothko czy nawet Vincenta Van Gogha - zaczęły być wysoko cenione, wystawiane i intratnie sprzedawane na całym świecie. Jego muzyka obrosła mitem. Zgodnie powoływali się na nią ojcowie garage rocka i rockowej awangardy, punkrockowcy i nowofalowcy, grundżowcy i współcześni alternatywiści: Tom Waits, John Cale, Sex Pistols, The Clash, Pere Ubu, Mark E. Smith, Laurie Anderson, David Byrne, Devo, Kurt Cobain, Sonic Youth, John Frusciante, White Stripes i Franz Ferdinand. W Polsce jesteśmy troszeńkę w dupie, nieco na bakier ze światowymi trendami i inspiracjami. Kto – oprócz Macieja Zembatego, mnie i paru innych metafizyków – zna teksty Boba Dylana, Leonarda Cohena czy Johna Lennona? Kto interesuje się genialną muzyką Franka Zappy czy Kapitana Wołowe Serce? W zatkanych gównianą papką radiu i telewizji, na scenach wielkich imprez i festiwali, niepodzielnie rządzą starzy estradowi wyjadacze. Muzyka alternatywna w trzech czwartych przypadków przypomina bezrefleksyjne, juwenilne, angielskie emo. Cała nadzieja w nieustannie rozwijającym się internecie, który obudził w myślących ludziach ducha szperactwa i poszukiwania... Dlatego nakłaniam Was, moi drodzy i otwartogłowi, moi wewnętrznie bogaci, pulsujący żywotną ciekawością i przemożną potrzebą wyrażenia dziwności bytu.... Nie zwlekajcie, żeby posłuchać szalonych opowieści Kapitana Wołowe Serce – jednego z najwybitniejszych twórców naszych czasów!

 


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

I AM THE WALRUS

wtorek, 07 grudnia 2010 1:38

 

   Cały listopad kąpałem się w morzu. To żadne osiągnięcie, żadne twardzielstwo – można do tego przywyknąć. Przez ostatnie dni listopada jeżdziłem na moją ulubioną plażę w Brzeźnie praktycznie codziennie, doświadczając powolnej zmiany aury na zimową. A jednak grudniowa kąpiel w morzu przy minusowej temperaturze to zupełnie inna jakość. Nie będę kłamał, że ostatniej niedzieli miałem wielką ochotę na kąpiel. Jechałem nad morze z lekkimi obawami – kąpię się solo i na dziko. W dodatku jestem młodym morsem, praktykującym swój proceder ledwie od marca bieżącego roku. Choć onegdaj zdarzało mi się skąpać w przeręblu, grudniowa plaża surowo zweryfikowała moje doświadczenie pierwszoroczniaka.

 

   Sama kąpiel nie jest niczym strasznym. Grudniowe morze jest lodowate, ale przecież nie może być dużo zimniejsze niż w listopadzie. Chodzi o kilka stopni różnicy, której w zasadzie nie odczuwa się zbyt drastycznie. Staram się zawsze nieco popływać w morskiej wodzie. W listopadzie czy marcu narzuciłem sobie reżim robienia po pięćdziesiąt ruchów żabką w głąb morza i z powrotem, w grudniu ograniczyłem go do trzydziestu. Pływać się da, naprawdę - najgorsze jest wyjście na ląd. Przy minusowej temperaturze w ciągu paru minut zaczynają odmarzać ci palce rąk i stóp; założenie koszulki, polaru, spodni, skarpetek i butów jest z chwili na chwilę coraz trudniejsze i staje się twardą walką o przetrwanie. Gdy doszedłem do auta, prawie nie czułem palców – zgrabiałymi dłońmi z trudem otworzyłem samochód i włączyłem silnik, szybko uruchomiwszy strumień ciepłego powietrza. Teraz wiem więcej - następnym razem wezmę rękawiczki i zamiast jechać do domu, zamówię gorącą herbatę w pobliskim barze. Tak czy owak – alea iacta est. I am the walrus, goo goo g’joob!!!

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 746 410  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2746410
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl