Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

PUNK ROCK I JA

sobota, 31 grudnia 2011 19:05

 

   Dzierżę w ręku opasły tom wspomnień Pawła „Końja“ Konnaka o zachęcającym tytule „Gangrena“. To wielce szlachetne i godne pochwały, że Paweł - dawny animator młodzieżowej kultury, organizator punkowych koncertów, współtwórca skandalizującej grupy poetycko-performerskiej Totart i wybitny orator, bodaj najbardziej utalentowany i najgłośniejszy wodzirej estradowy w kraju Mikołaja Kopernika i Grzegorza Laty – zabrał się za wielopoziomowe i meandryczne spisywanie memuarów. Będąc dopiero w jednej trzeciej lektury,  powstrzymam się z ogólną oceną tej ni-to magicznej prozy, ni-to gonzo-żurnalistyki typu „Ja i Punk Rock“ - postaram się takową zaserwować już w następnym wpisie. Póki co, jest kwieciscie, potoczyście i frapująco.

 

   Zacząłem końjową lekturę tradycyjnie (od środka) i egocentrycznie (od wyszukiwania wzmianek na własny temat). Słodki Końjo pisze o mnie sporo i serdecznie, choć nie zaliczałem się do ludzi sceny punk. Ale czy rzeczywiście? I tu postanowiłem uruchomić własną pamięć.

 

  Prawdziwym punkiem byłem przez jakieś trzy dni. W roku 1980 do szkoły nr 35 w Oliwie przyszły dary z Hiszpanii. Ze sterty ubrań wyszukałem starą skórzaną kurtkę i kolorową marynarkę. Parę miesięcy wcześniej od mego kolegi Rafała Popinigisa (na obozie ping-pongowym w Cetniewie) dowiedziałem się o istnieniu punkrockowej kapeli The Sex Pistols. Nie namyślając się za wiele, porobiłem sobie dziury w dżinsach, wyszukałem w domu kilka agrafek i zrobilem sobie znaczek z Anarchią. Przywdziałem to wszystko i wylazłem na ulicę, żeby paradować tam i siam jako młodociany gniewny. Słuchałem jednak dalej Beatlesów z Hamburga (którzy w jakimś sensie byli proto-punkowi, dopóki nie wyrzucili garniturów i nie przestali łoić czystego rock'n'rolla. A jednak znawcy tematu wiedzą, jaka jest różnica pomiędzy muzyką Eddiego Cochrane'a a Pistolsami - żadna). Dopiero jakieś trzy lata później starsi koledzy z liceum nr IX we Wrzeszczu ( do tej samej szkoły uczęszczali przez chwilę Jarek Janiszewski z Bielizny i Sławek „Ozzy“ Żamojda z Szelestu Spadających Papierków) – wśród nich pamiętny Jacek Jońca – zapoznali mnie z muzyką Kryzysu, Tiltu, Deadlocka, Depress, Dead Kennedys i Joy Division. W roku 1984, w wieku lat 16, założyłem nowofalową formację Sni Sredstvom Za Uklanianie – kapelę zafascynowaną dokonaniami Joy Division, The Birthday Party i Pere Ubu. Rok później, podczas prób SSZU w oliwskiej Wysepce, poznałem Końja. Dwa lata później zdałem na anglistykę na UG i stałem się członkiem Totartu...

 

    W swych memuarach Końjo pisze, że gardziłem zarówno nim, jak i punkiem. To nie do końca prawda. Od zawsze podziwiałem zespoły The Sex Pistols, The Clash i Dead Kennedys. Równie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie pierwsza EP-ka warszawskiej grupy Dezerter (tą płytką  - jako proto-didżej - zepsułem niejedną licealną balanżkę). W garażu przy ulicy Zamenhoffa we Wrzeszczu Sni Sredstvom grywało numery własne oraz covery: m.in. utwory Joy Division, Doorsów, Braku i Dezertera. Pierwsze spore rozczarowanie rodzimym punkiem przeżyłem na festiwalu „Poza Kontrolą“ w sierpniu roku 1985. Próbowaliśmy przejść przez eliminacje, żeby zagrać na głównej scenie obok Lecha Janerki i Kultu. Obok nas do mini-konkursu stanęło 8 kapel punkowych i dwie nowofalowe: my i grupa Fidel Castro z Zambrowa. Do dzisiaj pamiętam piosenkę Fidela Castro pt. „Schizofrenia (Jest Ucieczką)“ (choć slyszałem ją tylko raz w życiu). Reszta kapel nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, choć przyrzekam – gdyby startowała tam Moskwa, Siekiera lub Armia, sam chętnie rzuciłbym się w pogowe tany. Ówczesny punk-rock coraz częściej kojarzył mi się z hardcore’owym „Oi’em“, który zmęczył ponoć samego Jello Biafrę i zmusił go do rychłej zmiany stylistyki. Co wkurwiało mnie jeszcze bardziej? Ludzie, ubrani podobnie jak ja, klęczeli wokół parkietu ze swoimi Grundigami i Kasprzakami, nagrywając wszystko, jak leci. Większość punków rzuciła się do pogo i wpadając na nich, rozpierdalała im sprzęt. W pewnym momencie wyszedłem z konkursu razem z chłopakami ze Sni Sredstvom Za Uklanianie. Miałem dość punk rocka razem z jego notoryczną destrukcją, jego hasłami typu „jebać system“, „oj, oj“ i „jebnie bomba atomowa“. Było to dla mnie głupie i słabe. Mój ulubiony punk rock był podszyty rokendrolowym buntem społeczno-politycznym; niekiedy kopał w jaja, kiedy indziej pobrzmiewał inteligencko-literacką nutą. Nowy punk był dla mnie za prosty – wyłącznie bekał i kopał w jaja. To było dla mnie zdecydowanie za mało.

 

   Po latach – dzięki takich publikacjom jak końjowa „Gangrena“ – dowiaduję się i zaczynam rozumieć, że jednak byłem kimś w rodzaju punka. Skoro ojcami punka byli Tomek Lipiiński i Robert Brylewski z nowofalową w sumie Brygadą Kryzys... Byłem ci ja zatem kimś w rodzaju punkrockowego kuzyna, bo przecież nowa fala jawiła się barokową odnogą wczesnego, melodyjnego punk rocka z The Ramones, Television, Patti Smith, The Sex Pistols, The Clash, Buzzcocks i Warsaw na czele. Nie ma się czego wstydzić - bo przecież stary punk rock to było coś!

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

ŚWIĘTA PO TYMAŃSKU

poniedziałek, 26 grudnia 2011 21:41

 

W dwa dni świąt udało mi się przytyć 5 kilo – ze 102 kilogramów do 107! Myślę, że to całkiem niezłe osiągnięcie. Co zrobiłem, żeby tak się kompletnie ześwinić? Po prostu żarłem. Nawet nie to, że bez umiaru. Po prostu zjadłem wszystko, co było w lodówce – rzeczy kupne i sprezentowane. Ryba po grecku (w istocie rzeczy – dorsz po polsku; rybę po grecku podaje się z papryką, a nie marchewką) i warzywna sałatka od mamy Rity. Smażony karp od mojej mamy. Kupiony łosoś. Wszystko  bez litości spałaszowane w dwa świąteczne dni. Taki jestem!

 

   Teraz czas wrócić do formy. Od 20-go stycznia wracamy do pracy nad naszym musicalem. Ruszamy w trasę z Tranzystorami, Robertem Brylewskim i Grzesiem Halamą, żeby dokręcić wszystkie zdjęcia koncertowo-busowo-hotelowe. Chcemy skończyć kręcić film do połowy marca, żeby mieć trochę czasu na montaż. Liczymy na to, że uda się go pokazać już pod koniec maja. Utopia? Się zobaczy. Łatwo nie będzie, ale całe życie kochałem pracować pod presją czasu. Inaczej zresztą się chyba nie da robić sztuki – poprawcie mnie, jeśli się mylę.

 

   Od wakacji regularnie ćwiczę brzuszki, pompki, „pieski“ itp. Ostatnio dołożyłem ćwiczenia ze sztangą i hantlami. W wakacje musiałem zrobić przerwę z dyganiem żelastwa – naciągnąłem sobie jakiś mięsień przy łokciu. Natomiast od dzisiaj zaczynam biegać! Brrr - nienawidzę biegać. Kocham biegać z piłką. Mógłbym grać w nogę po dwie godziny dziennie! Mógłbym codziennie jeździć na rowerze, przepłynąć ciurkiem po trzydzieści basenów. Ale bieganie to dla mnie koszmar. Choć wiem, że bieganie to podstawa dobrej kondycji, to zdecydowanie nie moja bajka. A jednak pamiętam, że dziesięć lat temu - kiedy pojechałem na dwa miesiące do RPA i nie miałem co ze sobą robić - zacząłem truchtać wieczorami. W miesiąc schudłem 8 kilo – ze 101 do 93 kilogramów. Czas na cholerną powtórkę. Do końca stycznia będę piękny i młody! Albo przynajmniej piękny...

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

LAMA OLE

niedziela, 18 grudnia 2011 22:55

 

   Poszedłem dziś na spotkanie z buddyjskim mistrzem Ole Nydhalem. Choć nie praktykuję buddyzmu tybetańskiego – jak to mawiają buddyści - mam z nim i ze szkołą Kagyu silne związki karmiczne. Większość moich przyjaciół to byli lub teraźniejsi uczniowie Olego. Choćby Lopez, Bubel, Nawrot, Olaf, Rupieć, Balon, Żwirek, Ziut Gralak czy Kinior. Jeśli nawet część z nich nigdy nie była uczniami Olego, spotykaliśmy się dziesiątki razy na jego mowach Dharmy. Pamiętam, że pierwszy raz o Olem opowiedział mi gdański poeta Lopez. W chwili słabości pokazał mi nawet jego zdjęcie ze swojego tybetańskiego ołtarzyka. Był to spory błąd – w chwili nieuwagi poety zamalowałem na czarno ząb dostojnemu nauczycielowi linii Kagyu. Pamiętam, że rozsierdzony Lopez gonił mnie po pokoju. Możliwe też, że zniszczył zdjęcie Coltrane’a z mojego muzycznego ołtarzyka – zresztą w myśl znanej buddyjskiej zasady „ząb za ząb“.

 

   W związku z moim ciężkim ADHD zajęło mi wiele lat, zanim nauczyłem się koncentrować na naukach lamy Olego. Owszem, zawsze ciągnęło mnie do buddyzmu. Pierwszy raz poczułem coś w rodzaju dziwnej asocjacji z jego naukami podczas dziecięcej podróży do Chin. Razem  z rodzicami odwiedzałem nieco „cepeliowy“, pekiński klasztor. Kadzidło zapachniało jakoś dziwnie znajomo... A może tak mi się tylko wydawało, kiedy wiele lat poźniej siedziałem w milczeniu w zendo jeleniogórskiej Przesieki lub Sosnówki. Nagle poczułem bardzo silne deja vu, wrócił do mnie ten sam zapach sprzed lat. Umysł płata człowiekowi przeróżne figle. Po raz pierwszy zacząłem medytować za namową niejakiego Dżoniego z Dżonkowa, muzyka i kosmity, dawnego saksofonisty zespołu Kormorany. Mogło to być w maju 1986 roku, w związku z koncertem mojej kapeli Sni Sredstvom Za Uklanianie w Jeleniej Górze, na który zaprosiłem moich przyjaciół z Totartu – Sajnoga, Konia i Kudłatego. W październiku 1990 pojechałem na swoje pierwsze sesshin z Genno Roshi. W maju 1991 – w czasowych okolicach jednego z pierwszych koncertów nowej Miłości z Trzaską i Olterem w białostockim klubie Gwint – zostałem uczniem Genpo Roshiego.

 

   Ach, te wspomnienia. Miało być o Olem. Lama Ole był pierwszym nauczycielem, od którego usłyszałem intrygujące słowa na temat buddyzmu. Było to w gdańskim Żaku w 1988 roku. „Buddyzm jest zbyt cenną i szlachetną filozofią, żeby biegać z nią za przypadkowymi ludźmi i ich nawracać“, powiedział mniej więcej Lama. „Poza tym każdy człowiek jest inny i wszyscy nie będą buddystami“. Ha - ciekawe, pomyślałem. To musi być jakaś wyjątkowa religia. Religia, filozofia – wszystko jedno. Nikt nikomu nie wciska kitu. Ale przecież wszyscy wszystkim, od zarania dziejów, wciskają nieznośny i najgorszy kit. A tu – coś nowego.

 

   Różne rzeczy słyszałem o Olem. Od słów miłości, zachwytu, oddania i uwielbienia po głosy, że to nauczyciel współczesnego pop-buddyzmu. Przywódca wielgachnego tłumu kolorowej, nic-nie-kumającej hipiserki, której ulubionym zajęciem jest grupowy i niekoniecznie tantryczny seks. Po latach wysłuchiwania nauk Lamy Olego Nydahla pragnę stwierdzić, że to znakomity, współczujący i oddany nauczyciel. Jeśli myślicie inaczej – spróbujcie przez kilkadziesiąt lat spać po cztery, pięć godzin na dobę, bez przerwy i wytchnienia podróżując po ośrodkach, dając mowy i zajmując się niezliczonymi ludzkimi problemami. Jeśli komuś się to uda, tak samo jak Ole przekroczy ograniczenia własnego ego, a wtedy wszelka opinia niechybnie zgaśnie w jego ustach... Spróbujcie tak się oddać swoim uczniom i bezinteresownej buddyjskiej nauce, która nikomu nie oferuje ciepłych, dmuchanych bułeczek - tylko uczciwy, pełnoziarnisty razowiec. Razowiec ciężkiego zapierdolu nad sobą. Nad swoimi nieskończonymi emocjami, koncepcjami, uprzedzeniami i ograniczeniami. I tak dalej, i tak dalej. Na koniec dzisiejszej mowy Ole powiedział: „Pragnę was tylko zainspirować“. Wielkie dzięki, Lamo Ole Nydahlu – inspirujesz nas od lat.

 


Podziel się

komentarze (36) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 869  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730869
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl