Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 630 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DLA STRYJA FRANKA

poniedziałek, 31 grudnia 2012 23:17

 

   Pod choinkę dostałem od mojej rodziny sporo pięknych prezentów, a niejako na deser kupiłem sobie czternaście płyt Franka Zappy. Uczyniłem to trochę niechcący – szukając płyt na prezenty dla moich chłopaków i Marysi, znalazłem na półkach Empiku i Media Marktu wznowienia legendarnych albumów stryja Franka. „Hej, wydali legendarną ‘Crusin‘ With Ruben & The Jets‘! I ‘Jazz From Hell‘ – nie słyszałem tego od 1988, kiedy tę płytę przywiózł mi na kasecie Tomi Gwincinski! Rany boskie – mają tu nawet ‘Just Another Band From LA“ – tej szukałem przez ostatnie 20 lat!“ Tak mniej więcej gadałem, trochę do siebie, a trochę do mojego młodszego syna Kosmy, który towarzyszył mi w moim buszowaniu wśród regałów. I jemu kupiłem kilka płyt Zappy na Gwiazdkę. Kosma i Lukas też katują albumy stryja Franka. Nieraz wracam do domu i, wsłuchując się w dźwięki genialnych „Who Needs The Peace Corpse“ czy „Billy The Mountain“, myślę sobie: „Frank – Ty stary sukinsynu!“ To niemożliwe, żeby w niiecale 30 lat nagrać tyle dobrych albumów! The Beatles, Frank Zappa, John Coltrane – świat muzyki nieprędko ujawni coś równie wielkiego.

 

   Pamiętam dwa numery Franka z wczesngo dzieciństwa – „I Am The Slime“ i „Dirty Love“ z płyty „Overnite Sensation“. Miałem może z sześć, siedem lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę dziwaczną muzykę. Mój brat opowiadał mi o słynnym zdjęciu Zappy na kiblu, podczas gdy jego kumple z osiedla toczyli debaty, kto jest najlepszym gitarzystą na świecie. Najszybszym miał być Alvin Lee, najlepszym technicznie – Al di Meola. Najbardziej ekspresyjnym – Jimi Hendrix, a najbardziej inteligentnym – właśnie stryjo Franek. Później zakumplowałem się z Włodkiem Urbanowiczem, fotografem, kuzynem Zbyszka Sajnoga (legendy trójmiejskiego Totartu). Włodek miał „Apostrophe“ i kilka zacnych płyt Zappy z lat 70-tych. Inni starsi kumple z osiedla, Krzychu Główczyk i Krzychu Honchera, mieli „Sheik Yerbouti“, „Overnite Sensation“ i „Joe’s Garage“. Zacząłem dość szybko kumać, iż stryjek Franek był kimś w rodzaju samorodnego geniusza, jaki się już pewnie muzyce rockowej nigdy nie przytrafi. I wtedy, jakiegoś niestotnego popołudnia, gdzieś około roku 1984, Marek Wiernik puścił w swojej Trójkowej audycji „We’re Only In It For The Money“. Płytę, która rozpłatała mi mózg na wiele pojedynczych wiórów, komunikujących się odtąd tajemniczym, neuronowym szyfrem obwodowym. Płytę, która diametralnie i ostatecznie przeobraziła moje życie, bez której - powiedzmy to sobie szczerze - nigdy nie powstałby album „P.O.L.O.V.I.R.U.S.“ pewnej grupy Kury.

 

   Gdy zacząłem grać jazz, na jakieś sześć lat z moich półek poznikały kasety z muzyką rockową. Ostał się jeno stryj Franek oraz Kapitan Wołowe Serce – dwaj Jirzinkowie, dwa pojechane dziwolągi, które nie pasowały do żadnego muzycznego zbioru. Pamiętam też, że gdy z grupą Miłość pojechaliśmy do Trier w wakacje roku 1991 (spędziliśmy tam kilkanaście upojnych dni  z naszymi niemieckimi kumplami-jazzmanami), bez przerwy słuchaliśmy Coltrane’a, Davisa i Zappy. Zawsze przegrywałem kilka albumów Zappy naraz, później uważnie je analizując i szybko odstępując komuś zaufanemu na wieczne nie-oddanie. Nie chciałem stać się kopistą, nędznym epigonem stryja Franka – jego muzyka była tak żywa, tak kosmicznie, absurdalnie piękna i nieskończenie doskonała w swojej rozwydrzonej głupkowatości, frywolności oraz niebywałej precyzji wykonania... Wolałbym chyba postawić jego wielki pomnik z czekolady w samym centrum sopockiego deptaka. I później zjeść go razem z przyjaciółmi – której wesołej, beztroskiej, pijackiej nocy.

 

   Gdy kupuję płyty stryja Franka, prawie ich nie słucham. Któregoś razu wyszedłem ze sklepu ze sporą garścią płyt i pomyślałem sobie – „po co to wszystko kupujesz, człowieku? Przecież znasz większość tych numerów na pamięć!“. I wtedy, jak grom z jasnego nieba, poraziła mnie myśl, że kupuję te płyty, żeby oddać hołd moim nauczycielom. Żeby zwrócić ich rodzinom energię za inspirację (choćby w formie brzęczących moniaków). Dozgonny szacunek, drogi stryju Franku. You’ll blown my mind for good! Twoja muzyka jest we mnie, wciąż krąży w moim starzejącym się krwiobiegu – niczym najbardziej zajebiste książki, które przeczytałem jednym tchem i które stały się częścią mojej „wewnętrznej“ biblioteki... Byłeś i zawsze będziesz wielką, jasną emanacją na moim nocnym niebie. Dziękuję Ci za te piękne, pojebane dźwięki!

 


Podziel się

komentarze (30) | dodaj komentarz

DWA TYGODNIE W TRASIE

czwartek, 20 grudnia 2012 1:18


 

   Po pięciu koncertach pierwszego tygodnia trasy (sympatyczny Nowy Sącz, jak zwykle rokendrolowo nastawione Tychy, nieco rozczarowująca Zielona Góra i wreszcie wspaniały Wrocław, który utulił nasze offowe sieroctwo), wróciłem do Wawy nad ranem – totalnie zeszmacony i na wpół-zdechły. Co ciekawe, na tej trasie prawie w ogóle nie piłem (oprócz małej wykopyrtki w ZG, gdzie po średnio udanym koncercie nie dałem rady i poddałem się posępnej alkoholizacji). W formie truchła odwaliłem dwie audycje, poranną i wieczorną. Na noc zaparzyłem sobie herbatę malinową i naćpałem się Gripexu. O godzinie 3-ciej w nocy obudziłem się spocony jak mysz i z niepokojem jąłem kontemplować swój pseudo-efedrynowy odjazd. Tłukło mi serce, miałem wrażenie, że Marysia podkrada mi kołdrę. Skrzypiała podłoga, wielki, rudy kot Pin obserwował mnie niczym oko Saurona. „Znalazłem się w pracoholicznej matni. W tym tygodniu mam jeszcze cztery koncerty i trzy audycje. Trzy razy przyjdzie do mnie Rafał Księżyk, żeby przepytać mnie w związku z planowaną książką. Muszę zrobić z chłopakami dwie próby z numerami Republiki. Napisać fela do bloga i do Przekroju. Spotkać się z Grześkiem Jankowskim i przegadać sceny do „Polskiego Gówna“, które kręcimy na początku stycznia. I tak dalej, i tak dalej – bo to oczywiście nie wszystko. Przed świętami umrę na karoshi“, analizowałem w paranoicznym, nocnym widzie. Naparzałem się z setką namolnych myśli. Wreszcie podjąłem decyzję: „Pierdolę, nie idę na poranną audycję“. Napisałem przepraszającego esa do Michała „Wieśniaka“ Migały, naszego producenta. Pomogło. Atak paniki minął, zasnąłem spokojnym, mocnym snem. Obudziłem się o 10-tej, w końcu w miarę wyspany.

 

   Następne dni miały być równie ciężkie. W środę – udany koncert w Krakowie. We czwartek – jeszcze lepsza Warszawa, gdzie daliśmy czadu. W piątek zagraliśmy trochę słabszy gig w Zgierzu, gdzie połączyliśmy swe siły z Romkiem Puchowskim. Romek przyjechał zaziębiony, z mocno zjechanym głosem. Ja i Marcin ćwiczyliśmy grypę już od poniedziałku, więc w czwartek mieliśmy najgorszy syf za sobą. W nocy nasz uroczy kieros Grzesiu Gałązka (nawiasem mówiąc, najbardziej imprezowy człowiek w całej tranzystorowej ekipie) zawiózł nasze dogorywające truchła do hotelu Mercure w Toruniu. Obudziliśmy się tuż przed próbą w „Od Nowa“ (zwanej potocznie „Odnową“), zmacerowani, zeszmaceni, zarośnięci i brudni. Okazało się, że zapomniano nam wykupić hotel na następny dzień. Razem z menago Jarkiem Maślanką zrzuciłem się na trzy pokoje, żeby godnie dotrwać do wieczornego wykonu. Tym razem mieliśmy zagrać jako ostatni akt na corocznej „stypie“ Grzesia Ciechowskiego – imprezie, która od lat przyciąga tłumy niezwykle zdyscyplinowanej republikańskiej publiczności.

 

   Przed nami grał wystąpiła armia dziewczyn – między innymi Martyna Jakubowicz, Iza Ostrowska, Misia Furtak, siostry Przybysz i siostry Wrońskie. Dziewczęta pięknie śpiewały i wyglądały, akompaniował im zespół dobrych muzyków studyjnych. Jakkolwiek, słuchając wersji numerów Republiki w klimacie pop, zawsze odnoszę wrażenie, że coś tu nie tak. Rozumiem, skąd się wzięło to przeciąganie liny, to anektowanie muzyki Republiki przez światy alternatywy i popu. Ciechowski sam dał taki sygnał, łagodząc brzmienie i tonując przekaz po dwóch pierwszych płytach jego legendarnego kwartetu. A jednak to właśnie te dwie pierwsze płyty są dla mnie wyjątkowe i magiczne. W okolicach „Mamony“ na chwilę znowu pojawia się tamta Republika, z poruszającymi wyobraźnię, chirurgicznie precyzyjnymi tekstami Grzegorza, z elektryzującą i hipnotyczną muzyką zespołu...

 

   Po prawie trzech godzinach koncertu przyszedł czas na nasz występ. Gdy wyskoczyliśmy na scenę, poczułem się tak, jakby ktoś znienacka przyłożył mi do skroni elektrody z tysiącem wolt. Zagraliśmy nasze pięć utworów głośno i do bólu alternatywnie – dokładnie tak, jak zapamiętałem Republikę z owych kilku koncertów z lat 80-tych. Romek Puchowski odzyskał głos i siły witalne. Tranzystory wiły się i tarzały po scenie; przed nami stał poruszony, republikański tłum. Wydawało mi się, że na chwilę udało się nam wskrzesić ducha tamtych charyzmatycznych numerów. Finał nastąpił w barze. Ściskanie się z wielbicielami Republiki (zawsze szczerze zazdrościłem grupie tych niesamowitych fanów), obowiązkowe, istotne gadki ze Zbyszkiem Krzywańskim i Lechem Biolikiem, pijackie przytulanki z Jurkiem Tolakiem i Andrzejem Ludewem (Andrzeju, oczywiście niebawem zrobimy ten kameralny obiad w pięknym mieście Toruniu!). Skończyliśmy w hotelowej knajpie; sekcja grupy Tymon & The Transistors uległa totalnej biodegradacji, ja sam walczyłem ostatkami sił. Resztką zanikającej świadomości kontemplowałem cholernie dowcipne uwagi Martyny Jakubowicz (Martynka, jesteś znakomita – czemu nie prowadzisz audycji w radiu?). W niedzielę, po dwóch tygodniach mordęgi i dziewięciu koncertach trasy, wreszcie wylądowaliśmy w domu. W tym tygodniu jeszcze tylko Słupsk, Gdynia i Suwałki... I możemy wkładać bambosze i stroić choinkę, szykując się do śmierci z przeżarcia przy świątecznym stole.

 


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

TAK I NIE

wtorek, 04 grudnia 2012 0:36

 

    Czasem spieramy się z Lukasem o to, czy gitarowa muzyka się kończy. Ja mówię, że tak; on utrzymuje, że nie. Ja twierdzę, że rock’n’roll (jak każdy sonorystycznie i stylistycznie uwarunkowany gatunek muzyczny) przeżył swoje narodziny, okres wzrostu, rozwoju i świetności, a teraz naturalnie wchodzi w fazę uwiędu starczego, zaczynając zjadać własny ogon. Lukas mówi, że piosenki zawsze będą cieszyły ludzkie serca, że wszystko wraca do punktu wyjścia: degenaracja gatunku prowadzi do odnowienia i prostoty. Zapewne obydwaj mamy rację. Lukas to mój starszy syn: gra na bębnach w kapeli The Fruitcakes. Jest zagorzałym fanem Beatlesów, wczesnego Boba Marley’a, Motownu, starego bluesa i jazzu lat 50-tych oraz 60-tych. Niekiedy wydaje mi się, że jest jeszcze bardziej konserwatywny ode mnie. Z drugiej strony jestem zajebiście dumny z moich chłopaków, Lukasa i Kosmy, że słuchają właśnie takiej muzyki. Gdy wpadam do chaty, na cały regulator naparzają Beatlesi, Doorsi, Bob Dylan, Frank Zappa, Lou Reed, David Bowie. Smokey Robinson, Ray Charles, The Shirelles, Leadbelly albo John Coltrane. Oczywiście mogę powiedzieć, że trochę ich ten sposób zaprogramowałem. Z drugiej strony sam z tego korzystam, bo wielu rzeczy po prostu nie znam i nie zdążyłem przesłuchać w swoim dość długim, a jednak ciągle niekompletnym, czterdziestoczteroletnim życiu. Pożyczam sobie ze  sterty ich płyt albumy Woody’go Guthriego, Leadbelly’go i The Shirelles i przegrywam do swego archiwum mp3. I czuję, że nasza edukacja robi się obustronna, że zaczynamy się nawzajem inspirować.

 

   Parę tygodni temu, w naszej (Kędziora i mojej) porannej audycji w Radiu Roxy usłyszałem bardzo fajną, popową piosenkę pewnej anglosaskiej grupy. Numer był charakterystyczny, ciepły, radosny i tak zaraźliwie pozytywny, że od razu postanowiłem wyszukać kapelę, która go nagrała. Nazywała się The Golden Silvers i istniała tylko przez dwa lata (2008-2010), nagrawszy jedną płytę pt. „True Romance“. Inne kawałki tej kapeli nie wpadały w ucho tak, jak wspomniany przeze mnie numer, ale to zupełnie niestotne. Mowa o utworze „Please Venus", do którego nakręcony został bardzo fajny, prosty i klimatyczny wideoklip. Sama piosenka brzmi współcześnie, ale kompozycja i tekst są retro i kojarzą się z doo wopem tudzież latami 60-tymi. Jest absolutnie ponadczasowa; mogłaby równie dobrze zostać nagrana przez Beatlesów, Beach Boysów, Smokey Robinsona lub Boba Marley’a. Świadomość, że w każdej epoce można napisać ponadczasową piosenkę, która raduje ludzkie serca, sprawiła mi wielką frajdę i osłodziła rzeczony poranek.

 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 681 882  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2681882
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl