Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

WAŻNE ZWYCIĘSTWO PACESASA I SPÓŁKI

piątek, 26 lutego 2010 11:44

   Mój starszy i jedyny brat Roman pracuje w gdyńskim Asseco Prokomie w charakterze tzw. „banku informacji“. W zeszłą środę Roman zadzwonił i zapytał, czy razem z moim synem Kosmą nie mielibyśmy ochoty wpaść na arcyważny mecz z CSKA Moskwa. Oczywiście, że mieliśmy. Kiedy dawniej jeżdziłem do gdańskiej Oliwii (dopiero od niedawna mecze Prokomu rozgrywane są w nowej hali w Gdyni), żeby obejrzeć mecz Prokomu Trefl z Efesem Pils tudzież Olympiakosem Pireus, z góry wiedziałem, że trzeba przygotować się na manto.  No cóż - człowiek lubi kosza, ale masochistą nie jest. Zawsze kibicuję lokalnym drużynom i cieszę się, że od paru lat Prokom regularnie ląduje w Eurolidze. Niemniej  musiało upłynąć trochę czasu, zanim zespół (a właściwie jego szefostwo, bo w Prokomie składy ulegają ciągłej zmianie niczym pogoda) okrzepł i nauczył się wygrywać.


   Dwa dni temu w hali Asseco Prokomu trójmiejscy kibice mieli okazję zobaczyć europejski „basket‘ na naprawdę niezłym poziomie. Dwoił się i troił wszędobylski David Logan, klasę rodem z NBA prezentował dynamiczny Qyntel Woods. Ofiarną walkę pod obu tablicami toczyli Daniel Ewing, Ratko Varda, Adam Hrycaniuk i Przemysław Zamojski, kilka kluczowych „trójek“ w ważnych momentach rzucił Jan Henrika Jagla.  Nietrudno było zauważyć, iż spory wkład w zwyżkującą formę Asseco Prokomu ma trener Tomas Pacesas, który – nic nie ujmując koszykarskiej chlubie Pomorza – zorganizował „zbieraninę“ najmitów ze wszystkich stron świata w mocny, nieustraszony kolektyw... Pacesas nie przebiera w środkach: wydziera się na swych koszykarzy, tupie i dramatycznie gestykuluje w kierunku sędziów, przeżywając mecz na stojąco tuż przy bocznej linii boiska. Nie chciałbym być jego kardiologiem, ale ta twarda mobilizacja po prostu działa... W drugiej i czwartej kwarcie środowego meczu gdynianie zdobyli się na zryw, odskakując na kilka punktów od swego rywala. Kto choć trochę zna się na koszu, ten wie, ile znaczy sześciopunktowe prowadzenie na parę minut przed końcem. Wystarczą dwie kolejne „trójki“ jednego z najlepszych snajperów Euroligi, Ramunasa Siskauskasa, żeby zniwelować ciężko wypracowaną przewagę... W takich momentach znakomicie funkcjonowało mentalne wsparcie, jakiego Pacesas udzielał swoim zawodnikom; gdyński zespół nie tylko zdobywał punkty, ale i świetnie bronił, wygrywając ostatnią kwartę 24:12! Po kończącej syrenie w gdyńskiej hali przy ulicy Kazimierza Górskiego zapanowała zasłużona euforia – wpadali sobie w ramiona zawodnicy, działacze i kibice.


    Dobrze wiemy, jaka diabelska siła rządzi współczesnym sportem. Ta właśnie siła, przypisywana niejakiemu Mammonowi, biblijnemu bożkowi, powoduje, iż wszystkie sportowe ligi – począwszy od krajowych, a skończywszy na europejskich – dzielą się na wąskie grono klubowych bogaczy oraz tłum niezbyt zamożnych średniaków. Tym bardziej cieszy wiktoria naszego Dawida z Goliatem... Oby ta fortunna passa naszego najlepszego koszykarskiego klubu trwała do samego końca rozgrywek Euroligi. I oby któraś z piłkarskich drużyn wzięła przykład z Asseco Prokomu, skoro do Ligi Mistrzów potrafią awansować Słowacy, Węgrzy czy Białorusini...

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

ADAM MAŁYSZ TO JEST GOŚĆ

niedziela, 21 lutego 2010 23:54

   W sobotę wieczorem – tak jak wszyscy – zasiadłem przed telewizorem, żeby kibicować Adamowi Małyszowi. Nasz heros po raz kolejny nie zawiódł, zdobywając tyle, ile był w stanie. Nie można było przeskoczyć kosmity Ammana, któremu przyświecały boski „błysk“, eksplozja formy, galaktyczne natchnienie; można było jedynie wygrać ze zwykłymi „ludźmi“, których nasz skoczek – jak za dawnych lat – pozostawił w tyle. Znów mogliśmy krzyczeć i skakać... Znów się wydzierałem. Krzyknąłem: „leeeeeć!“, zaciskając pięści, żeby frunąć razem z nim podczas jego ostatniej olimpijskiej próby... To niesamowite, ile frajdy sprawił nam wszystkim Adam Małysz przez te wszystkie lata.

 

  Niesamowity to sport. Zawsze kochałem oglądać skoczków – jeszcze dawno temu, w zamierzchłych czasach Weissfloga i (nieco późniejszych) Nykanena. Jest coś pięknego i poetyckiego w locie skoczka, który na chwilę odrywa się od ziemi i – na przekór surowemu prawu grawitacji – szybuje i szybuje nad skocznią niczym legendarny Ikar... Kiedyś Werner Herzog (sam próbujący swoich sił w lotach) nakręcił piękny dokument pt. „Wielka ekstaza snycerza Steinera“ – rzecz o charyzmatycznym mistrzu olimpijskim, który skakał tak zuchwale, jakby nie chciał wylądować. Słynne małyszowe dictum „myślałem już, że nie wyląduję w ogóle“ trafnie wpisuje się w kontekst magicznej aury, która od zawsze towarzyszy skokom i ich bohaterom. Osobnym tematem jest głośna kwestia „błysku“. Kilku skoczków – Małysza, Ahonena, Ammana, Schlierenzaura, Morgensterna – stać na miejsca w pierwszej dziesiątce ze względu na technikę, świetnie opanowane rzemiosło skakania. A jednak rzeczony „błysk“ to coś więcej. Jak w przypadku sztuki oraz artystów, wielki „błysk“ przydarza się tym najlepszym i tylko wtedy, kiedy ma się przydarzyć. Pozwala im zmieniać historię i ustanawiać szalone rekordy, których nie sposób pobić zwykłym śmiertelnikom. Tak naprawdę tylko oni - natchnieni skoczkowie - naprawdę wiedzą, jak to jest... Potrafić odlecieć dalej niż wszyscy.

 

   Pierwsze lata bieżącego wieku to istna „dekada Małysza“. Zapewne jego fantastyczny czas dobiega końca, ale tym bardziej czuję do niego wdzięczność. Za jego skromność i olimpijski spokój, Za cierpliwość i pogodę ducha. Za chwile szalonej radości, która za każdym razem wbijała nas w dumę, że oto, skoro ten nieduży, skromny człowieczek potrafi, to i my będziemy potrafili... Cokolwiek by to nie było. Cieszę się, że już w 2003 roku – na potrzeby soundtracku do filmu „Wesele“  - napisałem piosenkę pt. „Adam M.“, której refren stwierdza oczywisty fakt: „Adam Małysz, Adam Małysz jest w porządku“... O tak – Adam Małysz to jest gość.



Podziel się

komentarze (45) | dodaj komentarz

DOM ZŁY

środa, 17 lutego 2010 15:56

   W listopadzie poszedłem na warszawską premierę „Domu Złego" Wojtka Smarzowskiego. Z seansu wypełzłem ze ściśniętym brzuchem; rozwalił mnie ten film. Smarzowski dojrzał i okrzepł.  „Wesele" było znakomitym filmem - konsekwentnym, wyrazistym, odważnym, dobrze napisanym i zagranym. Jednak zawsze można skrytykować to i owo: tu akcja się za długo rozwija, gdzieś tam się za dużo dzieje w scenariuszu... Niezbyt może przekonywać obsada ról postaci głównych „kochanków" dramatu itd. Natomiast w „Domu Złym" nie ma się do czego przyczepić i już. Scenariusz jest prosty i jasny, sposób jego realizacji oraz montaż - nowoczesny i nielinearny. Dialogi są lakoniczne, dosadne, gra aktorska - po prostu kapitalna. Upiorny klimat generuje świetna muzyka Mikołaja Trzaski, która nie bierze jeńców, rezygnując ze wszelkich „pedalskich" i „łatwych" klimacików a la naiwne, „chwytające za serce" melodyjki rodem z „A Single Man" Abla Korzeniowskiego. Nie widziałem dobitniejszego obrazka o epoce komunizmu - odmalowanego z rzeczową dbałością o detal, nasyconego diabolicznym wręcz realizmem. Smarzowski zdaje się pytać: chcecie komunizmu? No to go, kurwa, macie... Na podstawie historii, zakorzenionej w realiach polskich lat 80-tych, reżyser buduje opowieść wielowymiarową i uniwersalną, w istocie pochylając się nad ludzką pokracznością, duchowym złamaniem. A jednak ci wszyscy, którzy dobrze pamiętają tamte czasy... Osobnicy pokroju Lipińskiego, Brylewskiego, Kazika, Końja, Skiby czy Tymańskiego - dziś bez trudu wynajdujący w IPN-ie poświęcone nam teczki, rubryki i akapity - nie odbiorą tego filmu jako alegorii. Po prostu tak wyglądała i śmierdziała komuna. Film Smarzola warto zadedykować wszystkim tym, którzy wzdychają do powrotu dawnych, „idealistycznych" czasów. I wymóc, żeby pokazywano go w szkołach - jako swoiste, przewrotne memento. Swoją drogą ciekaw jestem, jaki będzie następny film Smarzola... Aż strach się bać.



Podziel się

komentarze (37) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 878  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730878
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl