Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DOKUMENT O GRUPIE MIŁOŚĆ

poniedziałek, 28 lutego 2011 23:38

 

   Trzy lata pracy w publicznej telewizji były dla mnie doświadczeniem absolutnie genialnym. Wiadomo, kasa się zgadzała i była wypłacana regularnie niczym szwajcarskie tantiemy. Dzięki telewizyjnym apanażom mogłem poudawać szlachetnego mecenasa, sponsorującego płytową firmę Biodro i jego artystowskie projekty; zakupić sporo studyjnego sprzętu, bynajmniej nie oszczędzając na obiadach. Na dodatek musiałem się rozwijać – czytać, oglądać, słuchać, chodzić po teatrach i galeriach. Mieć zdanie na każdy temat, formułować opinie i wiedzieć, co w trawie piszczy. Minusem był nieustanny kołowrót, zapierdziel z tygodnia na tydzień. Jeśli chcesz być czynnym muzykiem, piszącym numery, grającym koncerty i wydającym płyty, bawić się w pisanie w felietonów, recenzji tudzież scenariuszy, nie wspominając o byciu kontaktowym ojcem czy partnerem – smutny koniec w ślepej uliczce jest kwestią czasu. Wiedziałem, że dwa, trzy lata to maksimum pracoholicznego przeciążenia. Fajnie jest wiedzieć, że zarobisz tyle i tyle, fajne mieć pewność i poczucie bezpieczeństwa. Ale czy artysta powinien mieć poczucie bezpieczeństwa? Wątpię. Artysta syty, zadowolony z życia, pewny swego i stateczny, to artysta nudny. Artysta z suchymi jajami, któremu wyschło źródło inspiracji. Nie twierdzę, że musimy być wiecznie nieszczęśliwi, kultywować depresję i pojebanie, o nie, wcale nie. Myślę tylko, że nie doceniamy – że ja nie doceniam – statusu kogoś, kto nie ma poczucia bezpieczeństwa. Szołbizowej "ćwierć-gwiazdy", której nie potrzebuje ani szołbiz, ani media. Kogoś, kto nie wie, z jakiego pieca będzie jadł chleb za pół roku. Bo właśnie ta niepewność czyni nas głodnymi życia, aktywnymi i energicznymi – niepewność stara jak świat.

 

   Jednym z moich najlepszych pomysłów okresu tyrki w „Jedynce“ było namówienie obydwu reżyserów „Łossskotu“, notabene moich najlepszych warszawskich kumpli, do wspólnych projektów kinematograficznych. Grzesiowi Jankowskiemu powiedziałem, że nikt nas przecież nie zapamięta jako twórców programu telewizyjnego. Zróbmy sowizdrzalski film, którego bohaterami będą Jacek Dehnel, Maciek Chmiel i ja. Pozostaje tylko, hmm... Napisać scenariusz. Ale od czego mamy literata, błazna i producenta?... Wszyscy pokiwali głowami; jedynie Grzesiu wysłuchał mnie z należytą uwagą. Gdy parę tygodni później zsolidyfikowałem swoje mrzonki i opowiedziałem mu o konkretnym pomyśle, zapalił się do projektu jak wysuszona szczapa. „Stary, to musi być musical“, powiedział z przekonaniem. Zajęło mi kilka dni, żeby przespać się z tym pomysłem. Tak, offowy musical to było coś... I nieważne, że robimy nasze słynne „Polskie Gówno“ od trzech lat czy czterech lat. Że praca dłuży się jak galery i wciąż nie widać skrawka lądu - taka już dola offowego filmu. W tym roku z pewnością skończymy "PG", chociażbyśmy mieli zastawić swoje nerki i wątroby! Z ostatniej chwili - w lutym do naszego teamu dołączył Arek Jakubik. Planujemy wznowić zdjęcia w maju i nakręcić je do końca września. Bójcie się, wy, obłudne damulki i zakłamani kustosze pruderii - nie będzie pierdolonych jeńców!

 

   Drugim znakomitym pomysłem bylo namówienie Filipa Dzierżawskiego na dokument o Miłości. Z tym było trochę łatwiej – istniało sporo materiałów, które trzeba było wydobyć z telewizyjnych archiwów. Miałem też godzinną „surówkę“ sesji z Lesterem Bowie z Radia Gdańsk, zarejestrowaną w roku 1997. Półtora roku temu Filip i Andrzej Wojciechowski, operator „Łossskotu“ i współtwórca wielu filmów dokumentalnych, zjawili się w Gdańsku na wymuszonej próbie grupy Miłość. Filip wymyślił, że kanwą filmu będzie historia pewnego niemożliwego powrotu do (nie) tej samej rzeki... I tak to się wszystko zaczęło. O ile wiem, obecnie – po nakręceniu kilkudziesięciu godzin materiału – Filip i Andrzej są na etapie montowania trzy i półgodzinnego dokumentu o roboczym tytule: „Miłość – toksyczna równowaga“. Oczywiście całość trzeba będzie mocni skrócić. Miałem możność obejrzenia obszernych fragmentów i wydaje mi się (choć, oczywiście, nie mnie to twierdzić), że to cholernie ciekawa rzecz, daleka od sztampowego filmiku o jazzowym zespole z tuzinem gadających głów w charakterze przynudzających bohaterów-dziadygów. Dokumentowi o Miłości zdecydowanie bliżej do filmu o Metallice pt. „Some Kind Of Monster“ – dziełu szorstkiemu, niepokojącemu, zadającemu więcej zawieszonych pytań niż oczekującemu spójnych odpowiedzi. Aktualnie Filip ubogaca film o szlachetne "setki", nakręcone na taśmie filmowej i dające wrażenie subtelnej fabularyzacji. Premiera filmu zapewne jesienią. No tak, zapomniałem dodać - na gwałt potrzebujemy starych zdjęć Miłości! Dobrzy ludzie: jeśli macie jakiekolwiek zdjęcia Miłości w składzie z Trzaską, Sikałą, Możdżerem i Olterem, przesyłajcie je w elektronicznej formie na mejlowy adres biuro@biodro.pl. Z góry - Budda zapłać!

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

"SMELLS LIKE TAPE SPIRIT"

środa, 23 lutego 2011 1:53

 

   W sobotę wieczorem nie zdążyłem wpaść na koncert kwintetu Wojtka Mazolewskiego w gdańskim Żaku, promującego drugi album grupy pt. „Smells Like Tape Spirit“. Godzinę przed rozpoczęciem rzeczonego koncertu zasiadłem w wygodnym fotelu Teatru Miejskiego w Gdyni i zająłem się konsumpcją (nawiasem mówiąc, bardzo udanej) premiery „Kolacji dla głupca“ Francisa Vebera w reżyserii Tomasza Mana – sztuki, do której popełniłem wyjątkowo jazzową muzykę. Gdy wreszcie wpadłem do Żaka, Wojtek wraz z jego nowym zespołem fetowali muzyczny triumf... Wypiłem z nimi kilka drinków i postanowiłem posłuchać ich w niedzielę w auli Polskiego Radia Gdańsk.

 

   Niedzielny koncert był bardzo dobry: krótki, zwięzły, świetnie brzmiący i precyzyjnie wykonany. Nowe combo Wojtka odważnie kroczy po gruncie, którego granice wytyczali wybitni pionierzy lat 60-tych – John Coltrane, Charles Mingus, Miles Davis, Wayne Shorter. Kompozycje brzmią prosto i świeżo, choć tu i ówdzie zapodzieje się nieparzyste metrum czy bardziej skomplikowany aranż. Trębacz Oskar Torok i Marek Pospieszalski znakomicie stroją, grając ciepłym, przyjemnym dla ucha timbrem. Toros operuje bardziej klasyczną, „okrągłą“, jazzową frazą; z kolei Pospieszalskiego rozpiera czysta muzykalność, która swobodnie przechodzi od prostych, emocjonalnie stonowanych melodii do free jazzowego ekspresjonizmu. Joanna Duda nie próbuje epatować zbędną wirtuozerią; zamiast pianistycznej woltyżerki, w jej solach pobrzmiewają tłuste klastery i bogata polirytmia. Sekcja Mazolewski-Rogiewicz gra czujnie i uważnie, miast old schoolowego swingu oferując frapującą minimalistykę na przemian ze świetnie osadzonymi groove‘ami i ostinatami.

 

   Siłę muzyki nowego składu Wojtka stanowi kombinacja dobrych, wpadających w ucho melodii tematów, oszczędnej i zwięzłej w wyrazie instrumentalistyki oraz wyjątkowej dbałości o kolektywne brzmienie. W ostatnich kilkunastu latach na polskiej scenie jazzowej pojawiło się kilka odkrywczych zespołów, które w niebanalny sposób połączyły sentyment do jazzowej improwizacji z nowym, „alternatywnym“ podejściem: Miłość, Robot Obibok, Contemporary Noise Quintet, Sing Sing Penelope. Kwintet Wojtka Mazolewskiego w znakomity sposób kontynuuje tę interesującą tradycję.


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

CHANDRA

wtorek, 15 lutego 2011 18:13

 

   W grudniu i styczniu miałem za dużo wolnego czasu. Z pierwszym płatkiem śniegu pojawiła się zimowa depra. Nic poważnego, co wlekłoby się miesiącami i co trzeba by leczyć chemicznie czy klinicznie. Ot, doświadczenie chandry, poczucie rozpadu, przed którym nie ma ucieczki. Może ma to związek z kryzysem wieku średniego, może z zimnem czy brakiem światła. Nieistotne. Efekt taki, że nie chce ci się rano wstawać. Otwierać gęby. Działać. Nie masz siły. Wszystko, co osiągnąłeś, wydaje się należeć do przeszłości, w której, owszem, miałeś moc, energię i motywację. Przekonanie, że to, co robisz – jest najważniejsze na świecie. W terapii czy praktyce duchowej mawia się, że depresja nie jest niczym strasznym – o ile daje się z nią „pracować“. Kiedy wciąga cię wir, zaprzestań walki. Pozwól mu dać sobą zakręcić, porwać się w głąb – i w odpowiednim momencie oraz miejscu odbij się od dna. Tak rozpracowana depra może mieć ożywcze skutki: zostawiasz za sobą jakiś okres życia, rozstając się z jego sukcesami i porażkami. Doświadczasz żałoby, ale skoro nic nie trwa wiecznie, także twoja chandra jest nietrwała. Puść przeszłość i zacznij nowe życie.

 

    Przez ostatnie lata dość mało medytowałem. Nie polecam nikomu medytacji, ale akurat ja jestem zwierzęciem, które potrzebuje duchowości i transcendencji. Buddyjska praktyka jest o tyle mało „transcendentna“, że jej doświadczenie zakorzenia nas w samych sobie, czyni nas silniejszymi, bardziej niezależnymi i świadomymi. Gdy nasz świat w zawrotnym tempie zaczyna wirować wokół kolejnych sukcesów i porażek, wydanych książek czy płyt, wreszcie decydującego faktu, czy kasa jest na koncie czy też jej nie ma – życie robi się jakieś małe, żałosne i wielce niezadowalające. Kochająca rodzina, pamiętający przyjaciele, świetny seks, wszelkie atrakcje z dobrym żarciem i piciem na czele - wszystko to, choć intensywne, staje się jakby przezroczyste i zostawia nas w poczuciu dziwnego niespełnienia. I tylko owa „duchowość“ jest w stanie przywrócić rzeczy ich naturalnemu tokowi.  Oczywiście – pisząc o „duchowości“ – rzygam na pulpit swego laptopa. A jednak nie jestem w stanie żyć bez tego czegoś, co mnie pociesza. Bez głębokiej, mądrej nauki o nietrwałości i cierpieniu, wynikającym z ciągłego lgnięcia i przywiązania. Nie praktykując tej nauki, aliści będąc do szpiku kości przekonanym o jej słuszności – skazuję się na jeszcze większe rozdarcie i ból. Uczestnicząc w życiu, które nie cieszy. Pijąc trunki, które nie dają zapomnienia, pałaszując smakołyki, które nie zaspokajają wewnętrznego głodu. Konsumując senne przezroczystości, które nie budzą ze snu.

 

 

   I żeby nie było za poważnie, zacytuję swój stary wiersz pt. „Szczerość w majestacie śmierci“:

 

całują się dwa trupy

i nagle jeden rzecze

„stary, przepraszam cię najmocniej,

ale strasznie ci cuchnie z pyska“

 

a drugi na to:

„no więc i ja nie chciałem cię urazić,

ale i tobie przepotwornie z mordy jebie“


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 887  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730887
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl