Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 526 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

NIE, MIŁA WARSZAWO

czwartek, 23 lutego 2012 20:45

 

   Jutro poprowadzę ostatnią poranną audycję w Roxy FM z ulicy Czerskiej w Warszawie. W weekend wracam do Trójmiasta i od połowy tygodnia – jeśli uporamy się ze wszystkimi technicznymi problemami - zacznę nadawać z domu. Z dużego pokoju. Potrzebuję dodatkowego, stabilnego łącza (telefonicznego), żeby móc rozmawiać z Kędziorem bez zawieszek i tzw. latencji. Żeby zobaczyć sympatyczne lico mego kolegi, połączę się z nim przez Skype’a – i lecimy! Zabawne, prawda? Zawsze marzyłem o tym, żeby mieć własną radiową audycję. Ale kto przypuszczał, że technologia pójdzie do przodu aż do tego stopnia? Że - pólprzytomny, bo co to za pora pobudki, będę wstawał o 6:30, wezmę blitz-prysznic, w dwóch ciśnieniowych imbryczkach zaparzę kawę... Ugotuję ją według pięciu przemian, żeby była taoistycznie zharmonizowana i nie waliła po sercu, żołądku i flakach... Po czym powlokę się do pokoju-studia, włączę komputer, Pro Toolsa i głośniki, i zacznę ględzić. Ględzić, nawijać i paplać: kompletne bzdety, androny, klituś-bajduś, duby smalone! „O, Tak! Cudownie ględzisz, gadający Szwedzie! To była wspaniała dawka bezsensownego gadania“ (luźny cytat z bajki pt. „Owca w wielkim mieście“, Cartoon Network).

 

   Mój warszawski ziom Filip Dzierżawski (ten od „Łossskotu“; aktualnie kończy dokumentalny film o Miłości) powiedział: „W sumie szkoda, że nie mieszkasz w Warszawie. Byłoby Ci znacznie łatwiej z tym wszystkim“. Zastanowiłem się nad tym. Czy istotnie, panie Tymański? No chyba nie. Ja naprawdę bardzo lubię Warszawę. Lubię ją z wzajemnością – bo i ona mnie lubi. Nawet z deczka adoruje. Kołysze mi jaja. Ubiera. Ubogaca na wszelakie sposoby. Ale ja kocham wracać do mego Trójmiasta. Chociaż niewiele się tam dzieje. Tak na marginesie: zauważyłem, że w Warszawie panuje swoista entropia. Tu się razem jeździ na balanżki, pije, ćpa, bzyka, wymienia energię i przaśne anegdoty. Ale przy okazji – coś się traci, coś się bezpowrotnie wyzerowuje. Jako alternatywny trójmiejszczanin mam swój świat, który frapuje warszawiaków. Jako warszawski nuworysz – tracę energię i charyzmę. Oddaję ją na pastwę ogólnej stołecznej entropii, która syci się energią ludzi z zewnątrz. Stoilca wysysa z nich świeżość i kreatywność, dając im w zamian hajs i pozycję. A artysta upozycjonowany i ze wszech miar najedzony to artysta martwy. A ja chcę żyć. Niepokoić... Szarpać i kąsać... Mieć dystans. Dlatego mówię: nie, miła Warszawo. I wracam do mego Trójmiasta. Dlatego wolę mieć mniej kasy, być trochę mniej przeżarty i skonsumowany. Trochę bardziej nieprzenikniony i tajemniczy.

 


Podziel się

komentarze (34) | dodaj komentarz

DWA TYGODNIE W KOSMOSIE

niedziela, 12 lutego 2012 23:24

 

    Zaraz po trasie „Polskiego Gówna“ wylądowałem w Warszawie. Mikołaj Lizut poprosił mnie, żebym wraz z niejakim Kędziorem przez dwa tygodnie poprowadził poranną audycję w radiu Roxy FM. Kurczę... Czemu nie? Zawsze marzyłem o tym, żeby ględzić chore pierdoły i puszczać dobrą muzykę. W radiu. Owszem, moja bełkotliwa dykcja nie predestynuje mnie do roli mówcy, konferansjera czy wszelkiej maści anonsjera. A jednak to nie dykcja czyni mistrza. Niewątpliwie istotną była determinacja Demostenesa, który ćwiczył swoje politykierskie mowy z garścią otoczaków w ustach. Z pewnością należy docenić starania Tomasza Lisa, który robił to samo z kamieniem młyńskim w pupie. Aliści kluczem do sukcesu rzeczonych oratorów była ich osobowość. Choć poćwiczyć dykcję nigdy nie zawadzi. W moim przypadku aparat mowy jawi się nader niedoskonałym, podczas gdy mentalny procesor jest po prostu za szybki. Gdybym nie zrobił kariery jako radiowiec, mógłbym go odsprzedać Apple’owi czy innemu badziewiu. Jak na razie, komputery mogą nam podskoczyć – w porównaniu z nami, wypadają wolno niczym naćpane sporyszem ślimaki.

 

   Zamieszkałem w hotelu „Rejtan“ na Mokotowie. Przez trzy lata uczestnictwa w „Łossskocie“ zdążyłem się w nim poczuć prawie jak John Lennon w swoim apartamencie w nowojorskiej Dakocie – oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji. I jeżeli chcecie mi napisać, że jestem megalomanem, proszę Was bardzo. Nie myślcie, że usiądę, zacznę płakać i zrezygnuję z pisania czy generowania twórczej dziwności tylko dlatego, że nie podoba się to jakiemuś nieszczęsnemu anonimowi z netu. Przyjmuję umiarkowane, krótkie noty pochwalne oraz konstruktywną krytykę. Reszta spływa po mnie jak woda po kaczce. Czego zresztą i Wam życzę. Inaczej nie dacie rady w świecie, w którym każdy wie lepiej od Was, co powinniście zrobić ze swoim życiem.

 

    W weekend pojechałem do Przeźmierowa, żeby wziąć udział w karateckim seminarium z Senseiem Ohtą (7 dan) i przy okazji podejśc do egzaminu na 2. kyu. Ohta był po prostu rewelacyjny. Warto było przyjrzeć się jego niebywałej technice, doświadczyć jego umiejętności płynnego prowadzenia zajęć i tłumaczenia poszczególnych technik. Przyjechałem w piątek wieczorem. Przyjaciele z mojej karateckiej grupy wcisnęli mi kit, że egzamin mam dopiero w niedzielę rano, w związku z czym pozwoliliśmy sobie na nieco rozwiązłości: długą wizytę w saunie, wielokrotne tarzanko w śniegu i osuszenie paru butelek whisky. Spać poszliśmy około czwartej; wstaliśmy o ósmej rano. Dla jaj postanowiłem przebić dokonanie mojego kumpla z dojo, Piotra, który miał w zwyczaju zaczynać dzień na seminarium od pochłonięcia poczwórnego tatara w pewnej przeźmierowskiej jadłodalni. Na lekkim kacu zamówiłem 5 x 100 gramów surowej wołowiny oraz jajecznicę z trzech jajek, dobiwszy się podwójną porcją kawy z mlekiem. Gdy wróciliśmy na salę gimnastyczną, okazało się, że Sensei Gerard Sobkowiak jest mocno chory i zamierza przeprowadzić egzamin w ciągu dwóch godzin. No cóż – samo życie. Podjąłem pewne ważkie decyzje. Wpierw strzeliłem – za przeproszeniem - potężnego klocka. Poszedłem na zajęcia z Senseiem Ohtą, po których nie poczułem się wcale lepiej. Wręcz przeciwnie. Strzeliłem drugiego klocka, tym razem na miękko. Po trzecie - wykonałem małego, kontrolnego pawika. Wyzbyty toksycznego balastu, radośnie przystąpiłem do egzaminu. Wpierw popierdoliłem dwa wczesne kata. Ćwiczyłem z młodymi chłopakami z kadry Polski, którzy nadali szybkie tempo, w związku z czym deczko zgłupiałem i oczywiste ruchy Heianów wydały mi się labiryntem rodem z czwartego Pottera. Całe szczęście, że Sensei Gerard był tego dnia litościwy. Dał mi zrobić jedno kata na stopień mistrzowski (Bassai Dai), po czym pozwolił powtórzyć dwa pierwsze. Na koniec zostały mi dwie walki z młodziakami z kadry. Wydaje mi się, że moje jiu kumite z mistrzem Polski Marcinem Kosmalskim nie wyglądało najgorzej, choć na początku ów młody człowiek zaskoczył mnie swą szybkością i „ringowym“ sprytem. Sensei Gerard zganił za toporne wykonanie kata, dając mi zaledwie tróję na szynach. Za kumite dostałem pięć z minusem. Czyli całkiem nieźle, jak na oldboya. Na koniec opowiedział mi historię spadochroniarza Bogusza, który zdał na czarny pasek (Shodan) w wieku lat 69. Oto prawdziwe słowo otuchy! Bo prawdziwe karate trenuje się całe życie, a nie tylko do granicy wieku emerytalnego – 40 lat. Dla wielu sportowych weteranów - wieku krótkiego oddechu, słabego stercza, piwnej opony i zjechanych stawów. Ale my, uczniowie Senseia Funakoshiego, nie wymiękamy po czterdziestce. I stoi nam - nawet po śmierci. Hej!

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 879  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698879
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl