Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 526 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLSKA - KRÓLOWA DARMOWYCH PLENERÓW Z SZAJS-MUZYKĄ

niedziela, 21 marca 2010 13:30


   Trudno oskarżać Polaków, że są niemądrzy i nieosłuchani. Można im zarzucić wygodę i lenistwo, ale taka już natura ludzka. Jak mawiał mój dobry kolega z osiedla: „można się rozwijać albo zwijać – wybór należy do ciebie“. Polska to wciąż kraj zawieszony pomiędzy Drugim a Trzecim Światem, w którym największą winę za stan i miejsce polskiej kultury ponoszą pseudo-elity: wszelkiej maści ludzie wladzy, od prezydentów po ministrów, od burmistrzów miast po decydentów radia i telewizji. Pseudo-, powiadam – bo ludzie uczciwi i wykształceni starają się łączyć autopromocję i zarabianie kasy z misją, jaką jest transformacja naszego kraju. Transformacja konieczna, bolesna i długotrwała – od postokomunistycznego ugoru do przejrzystej i funkcjonującej demokracji. Ludziom uczciwym zależy. Chcą coś zmienić, walczą o lepsze jutro; mają świadomość swych humanistycznych i patriotycznych powinności. Ludzie nieuczciwi mają wszystko w dupie; dbają tylko o to, żeby zostać na drugą kadencję i nachapać się tak sprytnie i cicho, żeby nikt tego nie zauważył.  


Grałem niedawno kameralny koncert w pewnym małym mieście. Grałem go z pewnym poetą i konferansjerem – osobą niezwykle inteligentną i dowcipną, która potrafi cudownie balansować na pograniczu mainstreamowej papki  i offowej degrengolady. Poeta przedstawił mi burmistrza Mariusza, dawnego punka i fana starego festiwalu w Jarocinie. Burmistrz okazał się przemiłą osobą, która z dumą pokazała nam swoje obejście oraz dom kultury, świeżo wyremontowany i wyposażony w nowoczesny sprzęt nagłaśniający. Po naszym koncercie dla paru osób, które, nawiasem mówiąc, bez przerwy wchodziły i wychodziły z sali, spotkaliśmy się na kolacyjce. Do stołu przysiedli się również menadżer kilku znanych zespołów oraz jego podopieczni. „No to jak tam, Mariusz“, zagadnął wesoło menago, „robimy w tym roku duży plener?“. „Jasne, że robimy“, odparł rozluźniony burmistrz. „Jest kasa, to trzeba ją wydać. Zatem jaki jest plan? Michałka chyba nie robimy?“. „Nie, nie róbmy. Michałek zwariował“, powiedział beztrosko menago. „Z kolei Dorota wciąga i robi awantury. A może Edzia?“. „Nie, nie“, pokręcił głową burmistrz. „Edzia była w zeszłym roku, ale nie wyszła na scenę. Obraziła się na deszcz. Ale ludzie i tak mieli świetną zabawę“ – i tu mrugnął do mnie okiem – „sami wiecie, jak jest. Mają wszystko za darmo, bo wszystko idzie z kasy miejskiej albo europejskiej. Nie ma wtopy i nie ma stresu. I o to chodzi".


  
I tak dalej, i tak dalej. Zacząłem wszystko kleić i pojawiła mi się w głowie straszliwa, spiskowa wizja. No tak – przecież takich burmistrzów i takich miast jest w Polsce tysiące. Darmowe imprezy plenerowe z głupią muzyką to rzeczywistość wybitnie polska. Nie wiem, czy jest jeszcze jakiś inny kraj w Europie, w którym ludzi na potęgę ogłupia się darmową plenerową muzyką, która zabija klubowe koncerty. Kraj, w którym kanały telewizyjne prześcigają się w produkowaniu gównianych seriali i kiczowatej szmiry, zapominając o czynniku edukacyjnym i kulturotwórczym. W którym większości ludzi na niczym nie zależy i z którego uciekają miliony. W którym wszystko osiąga się jak po grudzie, w którym obyczajowe i gospodarcze wybryki Kościoła są bez przerwy przyciszane i tuszowane – jak nigdzie indziej. Ludzie, do chuja wafla – tak być dłużej nie może... Ja przecież nie mówię o żadnej rewolucji: o likwidacji papki i medialnego gówna... Mówię tylko o zachowaniu zdrowych proporcji: wszędobylskiej, olbrzymiej i puchatej, białej bułki mainstreamowej szmiry do malutkiej grahamki kultury, którą każdy kopie gdzie popadnie i tym samym wypierdala do wprost do ścieku... Postuluję tylko, żeby w sejmowych kuluarach jakiemuś mądrzejszemu posłowi zaczęło zależeć na zmianie ustawy, w imię której polskiej muzyki gra się w radiu 30%, natomiast zagranicznej 70%... Żeby w publicznej telewizji było znowu miejsce na dobry program kulturalny... I żeby na plenerowym koncercie w małym mieście – obok Ich Troje, Dody czy Edyty Górniak - można było usłyszeć Lecha Janerkę, Izrael, Mitch & Mitchów czy Kobiety. Takie to trudne?



Podziel się

komentarze (122) | dodaj komentarz

SAŁATKI, "ZAPIEKSY" I ORDYNARNA ŚWIEŻONKA

poniedziałek, 15 marca 2010 9:13
   Wczorajszą niedzielę spędziłem niczym pustelnik. Wróciłem do pustego domu z kolejnej trasy. W powietrzu czuć było wiosnę; słoneczne światło skąpało całe mieszkanie, subtelnie zapowiadając beztroskie dni kanikuły. Rano zjadlem płatki na miodzie, na obiad zrobiłem sobie sałatkę z awokado i tofu. Jestem fanem sałatek, mógłbym je wtryniać codziennie. I de facto jem je codziennie, jeśli tylko sprzyjają po temu warunki. Zgodnie z dawnym postanowieniem umyłem i odkurzyłem podłogi, wyszorowałem kibel. Przez cały dzień ćwiczyłem Qi Gong, bo przez ostatnie latat za dużo czasu spędzam za kierownicą i w pociągach - zaczęły mi nieco puchnąć moje baniaste łydy... Grałem sporo na gitarze i na klawiszach (moja nowa obsesja – opanować klawisze choćby w ramach przyzwoitego akompaniamentu). No tak, obejrzałem jeszcze trzy mecze na Canal + - zwykły pustelnik nie ma takich możliwości. Ot - cichy, spokojny dzień względnego nieróbstwa.

 

   Ostatnio czułem, że trasy koncertowe wyjątkowo dojmująco przeczołgiwują mnie przez swoje siarczyste piekiełka. Nie mówię nawet o piciu, bo to śpiewka na osobny wpis. Cały dzień podporządkowany jest podróży. Jeśli zimą jedziesz do Krakowa, musisz wyjechać o siódmej rano. Wszystko odbywa się w ruchu, w nieustannym pędzie – dzwonią telefony, wszyscy w busie gadają jak najęci, wydarza się tysiąc spraw. Na chwilę zatrzymujesz się w przyzwoicie wyglądającym barze. Ach, ile byś dał za porządny zestaw sałatek – takich, jakie sprzedają w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie, miastach cywilizowanych i odwykłych od gastronomicznego faszyzmu... Niestety, bywają miejsca – i to na głównych trasach – gdzie poczciwe sprzedawczynie dziwują się, że prosisz o zieloną herbatę albo odmawiasz schabowego. Dominują bary, w których rano możesz zjeść tylko kiełbasę, bigos albo świeżonkę. Polskie jadło, jak to się mówi. Kiedy byłem wegetarianinem – a byłem nim jakoś pomiędzy 1986 a 1991 – moje menu składało się głównie z kanapek z serem, kiszonej kapusty i ogórków oraz pamiętnego, konserwowego bobu rodem z Tolkmicka. I też się jakoś żyło. Ale teraz człowiek zrobił się zepsuty i wygodny - bo wie, że Polacy potrafią odpierdolić kosmiczne sałatki: z ryżem i tuńczykiem, z makaronem i seafoodem, wreszcie ze wszystkimi warzywami świata, wszystko podlane cudownymi i wonnymi sosami... A tu, na stacji pod Bydgoszczą czy za Łodzią, musisz podjąć męską decyzję: wziąć zwykłą „zapieksę“, czy też jednak skusić się na de volaille’a z ziemniakami... Bo przecież w trasie długo nie ujedzie na kartofelkach i surówce. No cóż, nie ma łatwo.



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

ABY DO WIOSNY

poniedziałek, 01 marca 2010 14:42

Tegoroczny luty nie był w moim wykonaniu wybitnie koncertowy - ledwo cztery nędzne sztuki. Nędzne w sensie ilości, nie jakości. Przez ostatnich parę lat zasuwałem tak ostro, że nawet nie zauważałem zmian pór roku. Styczeń, kwiecień, czerwiec, październik - wskazówki zegara pędziły jak naćpane amfą. Wreszcie przyszedł kryzys - mniej grań, domowa stagnacja, przewlekłe przeziębienie i kontemplacja brudnego śniegu, który miast topnieć, piętrzył się niczym Karkonosze. Przeżyłem nawet coś w rodzaju nano- deprechy. Raz na parę lat zdarza mi się taki stan; pewnie dlatego, iż na codzień jestem przeenergetyzowanym euforykiem. Po prostu zwykle nie mam czasu na doła - zapierdalam we własnej, mentalnej fabryce. Mam tysiące rzeczy do roboty. Wstać, zrobić sobie dziwne jedzenie (płatki owsiane według pięciu przemian). Zrobić Qi Gong i medytację. Napisać to i owo. Poćwiczyć na kontrabasie, gitarze i klawiszach (tudzież perkusji, którą trzymam w wygłuszonej piwnicy). Zrobić próby z zespołami. Przeczytać wszystkie książki, które nazbierałem na półkach. Zabrać się za rozkminianie numerów Theloniousa Monka, które postanowiłem nagrać wraz z mym nowym zespołem o tajemniczej nazwie Jazza Vu. I tak dalej, i tak dalej....


Dobiło mnie styczniowe odwoływanie koncertów. Już zapomniałem, jak to jest - być muzykiem i przeliczać w pamięci kasę z dżobów, które może trafić szlag. Całe szczęście, że zarabiam też z innych rzeczy; być „alternatywnym"  zawodowcem to w jakimś sensie kwadratura koła. Bo żeby być profesjonalistą, musisz bez przerwy żyć muzyką - ćwiczyć, słuchać, komponować. Nieustannie planować w głowie wszystko, czego chcesz dokonać. Mieć swoje własne studio, zainwestować w multum instrumentów. Ludzie - przecież nie można pozwolić, żeby jedynymi profi w tym kraju były grupy Kombi, Feel czy Zakopower.


Na domiar złego któregoś poranka wyszedłem na podwórko i zobaczyłem, że jakiś debil po raz kolejny wybił mi szybę w samochodzie. Zdarzyło się to w tym miejscu już po raz trzeci. Tym razem nawet nic nie ukradł, tylko przy okazji zniszczył zamki. Na koniec - debil, powtarzam, bo trudno mi znaleźć lepsze określenie - zrezygnował z francuskiej finezji i stuknął szybę. Jak głodny kundel rozwlókł jakieś płyty, mapy i pierdoły ze schowka. Gdybym go dopadł, wpierdoliłbym mu jak psu za obierki. Chwycił za wszarz i zawlókł do starych, żeby dokładnie przyjrzeli się swemu synowi złodziejowi. Co to za kraj, w którym ludzie nie mają wyobraźni: zamiast kraść samochody, kradną jakieś żenujące lusterka albo radia? Dzisiaj przeszedłem się po mieście: wszędzie leżą tony psiego gówna. Tak trudno kochać to miejsce, zwane Polską (nazwa najprawdopodobniej wywodzi się od „pola", stąd uzasadnione konnotacje typu „gówno w polu")... Tak trudno kochać miesiąc luty. Ale mądrzy Polacy powiadają: „aby do wiosny"! Aby do wiosny, bo przecież mamy już marzec... Za chwilę całe to gówno spłynie, wyschnie, sczeźnie. I będzie znowu pięknie i romantycznie. Choć przez chwilę.



Podziel się

komentarze (34) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 868  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698868
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl