Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 527 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DLACZEGO WOLĘ RADIO

czwartek, 29 marca 2012 0:06

 

   Powoli przyzwyczajam się do tego, żeby wstawać o 6:30. Nie jest to łatwe, skoro przez ostatnie 20 lat gramoliłem się z łóżka o której chciałem. Wcale nie, żebym był jakimś nocnym Markiem i kładł się o 5-tej rano, a wstawał o 13-tej. Z reguły budziłem się gdzieś w okolicach 9-tej, najpóźniej 10-tej. Ale przyszła kryska i na mnie. Oto zostałem Matyskiem arabskiego Babilonu... Od 7:00 do 10:00 wraz z niejakim Kędziorem (sympatycznym, młodym mężczyzną o wielu talentach) prowadzę poranną audycję w Roxy FM. „Ranne Kakao – Pierwsza Krew“ – he, he! Lizzy nie mógł nazwać naszej audycji bardziej prowokacyjnie. Dla mnie, starego skatologa, to czysta zachęta ku wszelkiego rodzaju werbalnej hucpie i ikonoklastii. No i wygodniej być nie mogło, bo nawijam od siebie z chaty. Spełniłem swoje dawne marzenie, żeby – z moją parszywą dykcją – poprowadzić audycję w radiu. Mało tego – nie muszę nawet nigdzie wychodzić, żeby pojawić się w eterze. Wystarczy tylko zwlec się z łóżka, zrobić pięcioprzemienną kawę, wskoczyć na rower, kupić gazety, wbić się w wygodny fotel mojego małego pokoju-studia (prezent od mojej ukochanej dzieczyny Rity - fotel, znaczy, a nie studio) i jazda!

 

   Jest coś takiego w radiu, co bije na głowę wszelkie programy telewizyjne. Pewna kameralność, tajemniczość, jakieś metafizyczne niedocieczenie. Moim zdaniem telewizja nie znosi prawdziwej szczerości i głębi. W radiu możesz powiedzieć przeróżne rzeczy. Rzeczy ważne i intymne – tak, jakbyś mówił do kumpla albo do kochanki. Paląc fajkę. W łożku, w nocy. W telewizji nie zrobisz tego nigdy – ni chu-chu. Pamiętam moją rozmowę z jedną z prowadząćych program w TVN-ie sprzed paru lat, notabene miłą i lubianą przeze mnie dziewczyną. Zapytała mnie, czy czuję się skandalistą. Ja jej na to: „Wyobraź sobie, że pomykasz taksówką do telewizji. Chce ci się niewyraźnie srać, a nie możesz się dobrze wysrać poza domem. Masz chwilę czasu dla siebie w garderobie. Znienacka pojawia się analna wena – idziesz do toalety i walisz potężnego kloca! Oh yeah! Co za radość! Pierwszą rzeczą, którą podzielę się z tobą, jest fakt, że się znakomicie wysrałem. Kloc był pokaźny, twardy, umyłem dupę i jestem szczęśliwy. Skoro sramy przez kilka minut dziennie, możemy też o tym przez chwilę pogadać - czyż nie? A teraz przejdźmy do rzeczy. Czy jestem skandalistą? Nie sądzę, Po prostu jestem szczery. Możemy porozmawić o duchowości. Proszę bardzo – o sensie życia czy choćby o buddyzmie. Tylko czy twój program to uniesie? Czy dacie radę wysłuchać więcej niż trzech ogólnikowych zdań, nie myśląc o następnym pytaniu? Wątpię. Dlatego w istocie rzeczy wolicie historyjki o kupie. Bo one są dla was o wiele ciekawsze, choć pozornie się krygujecie i boczycie. Bo budzą was z waszego snu marazmu i nieuwagi. Dlatego w istocie rzeczy ten skandalizm nie jest skandalizmem, tylko formą policzka wymierzonego waszej wiecznej nieuwadze“. Coś takiego jej powiedziałem, tej dziewczynie z telewizji. Zmieniła temat, bo wiedziała, jak się mają rzeczy. Bo tak to jakoś jest, coś w tym stylu. I dlatego wolę radio. 

 

  


Podziel się

komentarze (60) | dodaj komentarz

ŚMIAŁY PEAN NA CZEŚĆ KRAJOWEGO PIWA

wtorek, 20 marca 2012 16:54

 

   Tydzień temu nakręciliśmy nowe sceny musicalu pt. „Polskie Gówno“. Pod koniec kwietnia planujemy kolejne sześć dni zdjęciowych. Zostanie nam wtedy do nakręcenia ostatnia sekwencja filmu – trudne sceny w studiu telewizji Polwsad (maj i czerwiec). Potem – montaż i udźwiękowienie, co (z radością i ulgą nieudacznego współproducenta) powierzę specjalistom. Tym bardziej, że w wakacje czeka mnie i mój zespół wyjątkowo trudne zadanie: nagranie podwójnego albumu z piosenkami fikcyjnego zespołu Tranzystory z Pruszcza, kanconami kierowcy Gudeyki i komornika Skandala oraz cały set pastiszowych numerów rodem z polskiego radia... Brrr! Nawet nie chcę o tym myśleć. Póki co, zagaję o czymś przyjemniejszym.

 

   Po trzech dniach na planie wyruszyliśmy w pięciodniową trasę. Nie ukrywam – ze zmęczenia nie wylewaliśmy za kołnierz. Kiedyś powiedział mi coś takiego Grzesiek Skawiński, że po dwudziestu dniach trasy zaczyna się chlanie wódy. Nigdy nie doszedłem do tego etapu z przyczyny dość oczywistej – moje najdłuższe trasy trwały do dziesięciu dni. W moim przypadku ponad tydzień w busie i na scenie równoznaczny jest z cowieczorną absorbcją kilku browarów; pod koniec trasy zaczyna się również subtelna konsumpcja whisky. Pochwalę się, że piłem dość rozważnie i  żadnego ranka nie było kaca. Przy okazji doświadczyłem frapujących wrażeń gastronomicznych – otóż polskie piwo jest coraz lepsze w smaku i klasą zbliża się do wąsko pojmowanej  światowości.

 

   W zgierskiej „Agrafce“ rządzi Bractwo Piwne. Sympatyczna załoga klubu, w którym od dobrych paru lat odbywają się koncerty ambitnych zespołów muzycznych pokroju Von Zeita czy kapeli Jacka Lachowicza, postawiła na szeroki asortyment lokalnych browarów ze wszystkich regionów Polski. Ostatnio dość niechętnie piję piwo z kija. Koniec końców uraczyłem się butelkowym „Warmiakiem“, „Rześkim“ i „Orkiszowym“. Naprawdę zacne! Rafał, szef klubu, wyjaśnił, że wszystkie wszystkie trzy gatunki pochodzą z olszyńskiego browaru Kormoran. Wypiłem może ze cztery butelki tych warmińskich specyjałów i poszedłem spać, bo tego dnia jakoś nie wchodziło mi pyfko. Ale trzeba przyznać – co klasa, to klasa.

 

   Największa smakowa siurpryza czekała mnie w Zielonej Górze. Graliśmy przedostatni koncert trasy w klubie Marten. Po dźwiękowej próbie Marcin i Arek poszli do browarni Haust na degustację lokalnego piwa z kija. Zostałem w klubie, gdzie z nudów wypiłem butelkę Grolscha – nie powiem, żeby mi od tego stanął. Nagle dzwoni Marcin i krzyczy, że mam natychmiast przyjść, bo browar jest genialny i smakuje jak w pubie w Londynie czy Glasgow! Ta, akurat. Poszedłem po jakiejś godzinie, nieufny i sceptyczny niczym niewierny Tomasz. Zamówiłem. Wypiłem po kuflu jasnego i ciemnego piwa. No i... po prostu miazga! Do dziś myślę o smaku tamtego piwa. Pomyślicie, że czai się tu jakaś zdrada, że może zaczął mnie sponsorować zielonogórski browar „Haust“... Ne, nic z tych rzeczy! Może to kwestia jakiegoś mentalno-podniebieniowego otwarcia, jakiegoś tąpnięcia w mózgu i paszczy... Po prostu Polacy robią coraz lepsze piwo. Postanowiłem zmienić nastawienie i kiedy tylko się da, zrezygnować z sączenia nudnych Carlsbergów, Heinekenów czy nawet Paulanerów. Bo polskie piwa bywają świeższe i coraz smaczniejsze!

 


Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

HEROSI I MUTANCI KLASYKI

niedziela, 04 marca 2012 14:48

 

   Ponoć w przyrodzie nic nie ginie. Owszem, może obumiera - ale w istocie rzeczy trwa dalej. Choćby jako nawóz, który staje się mimowolną pożywką dla kolejnych mutacji pokrewnych zjawisk. Muzyka i jej gatunki są tego najlepszym przykładem. Choćby taki rock’n’roll, który skończył się już wieki temu. Bo choć w rocku nie zdarzyło się nic równie frapującego jak rok 1967 (w którym swoje debiutanckie płyty wydali Doorsi, Pink Floyd i Jimi Hendrix, a Beatlesi stworzyli Sierżanta Pieprza), choć grunge umarł razem z Kurtem Cobainem w 1994 - dzieciaki ciągle chwytają za gitary w nadziei, że pośród wszechświata współbrzmień i akordów w zachwycie odkryją nową Ziemię. Albo cały ten jazz. Czy w jazzie dzieje się jeszcze coś świeżego i inspirującego, czy też wszelka nowość szczezła wraz ze odejściem epoki Coltrane’a i Davisa? W latach 60-tych muzyka jazzowa osiągnęła absolutny szczyt kreatywności. Ornette Coleman ożenił bluesową frazę z free jazzem, John Coltrane wniósł do świata swingu etniczną transowość i melodyczną abstrakcję rodem z dzieł Hindemitha, Strawińskiego i Prokofiewa. Nakokainizowany Cecil Taylor roznosił w strzępy klawiaturę swoich forepianów, a Eric Dolphy ochoczo uczestniczył w happeningach, podczas których jazzmani improwizowali u boku klasyków, a taszyści chlustali farbą na powierzchnię swych wielgachnych płócien. I choć po dziś dzień dzieje się w jazzie sporo nowego, rzeczony gatunek swój najlepszy okres ma już za sobą. Myślę, że ma to spory związek z ograniczeniem sonorystycznym... Jeśli przyznamy, że najlepiej brzmi jazz w postaci kwartetu z saksofonem lub kwintetu z saksofonem i trąbką. No bo co jeszcze można wymyślić w tym „formacie“ brzmieniowym?

 

   W roku 1985 odkryłem klasykę, która mnie nie drażniła jak większość przylizanych dziełek, prezentowanych w radiowej Jedence. Do tej pory słuchałem rocka lat 60-tych, punka i nowej fali, ewentualnie bardziej pojechanego jazzu. Kumpel nagrał mi parę utworów Bacha w wykonaniu tego wariata, Glenna Goulda. I zaczęło się: Rachmaninow, Skriabin i Mahler. Szymanowski i Hindemith. Debussy i Ravel. Ives. Strawiński, Szostakowicz i Prokofiew. Schoenberg, Berg i Webern. Varese, Haba, Stockhausen, Ligeti, Nancarrow i Scelsi. Po pewnym czasie ze smutkiem odkryłem, że to już właściwie wszystko. Że w muzyce klasycznej nie stanie się już nic takiego, co urwie mi dupę. Oczywiście w tym momencie ktoś zagrzmi: jak to? A Lutosławski, Górecki, Reich, Branca, Trimpin i Hamelin? Zgoda. Ale i w klasyce obserwujemy odwrót w stronę harmonicznej i melodycznej „figuratywności“. Dzisiejsza innowacja polega na syntezowaniu wszystkiego, co było i umieszczaniu rzeczonego pot pouri w jeszcze szerszym, współczesnym kontekście. A było już praktycznie wszystko. Co najgorsza, w znakomitym i niepowtarzalnym wydaniu. I co zrobisz? Nic nie zrobisz.

 

   Rok temu zacząłem znowu kupować kompakty z muzyką klasyczną: od Bacha do Panufnika. Postanowiłem też zamówić płyty z muzyką moich dawnych herosów: Ivesa, Berga, Prokofiewa, Nancarrowa i Scelsiego. Bo od tej muzyki pierdoli mi się w głowie. Pozytywnie pierdoli. I jeśli macie ochotę popracować nad pofałdowaniem kory mózgowej, z dziką satysfakcją polecam Wam genialne pieśni Ivesa... I utwory na pianolę Nancarrowa, wykonywane przez trio rubasznych biesów z dziewiątego kręgu piekieł... I mikrotonową operę „Matka“ Haby. I oparte na jednym dźwięku, transowe dzieła Scelsiego. To wszystko na youtubie, drodzy Szperacze. Bon apetit!

 

 


Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 917  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698917
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl