Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 526 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O MASTERINGU

czwartek, 30 kwietnia 2009 10:20

To ciekawe. Piszesz dla ludzi interesujący, historyczny konspekt, kluczowy skrót historii polskiej tolerancji - a ci we wpisach zaczynają obrzucać się sypkim guanem. No właśnie: słynna polska anarchia. Dlatego może czas ostudzić rozpalone umysły jakimś muzycznym tematem, który niekogo nie interesuje. To znaczy interesuje mnie i kilku świrów: chociażby kwestia tzw. masteringu. W latach 90-tych mastering stał się trendem wręcz obowiązującym. Powstały dwie szkoły masteringu: rzemieślnicza (korekta poziomów nagrania, eliminacja nieprzyjemnych dzwięków góry czy dudniących basów) i artystyczna (tu mam na myśli tzw, mastering interwencyjny, w którym naprawdę słyszysz zmianę w zmiksowanym materiale - chociażby w kompresji). Wpierw z grubsza wyjaśnijmy, co to jest mastering. Jest to techniczna operacja na „bryle" dźwięku, w której proporcje obecności (np. między głosem a perkusją) zostały wcześniej zafiksowane w miksie. Miks przypomina gotowanie zupy; ostateczny miks to wersja, jaką podajemy zupę do stołu. Jest w niej odpowiednia ilość kartofli, marchwi, kurczaka, soli i rozmarynu - ale ktoś szepcze nam do ucha o potrzebie masteringowego zabiegu. Niesiemy tedy naszą zupę do specjalisty, który pewnymi operacjami jest w stanie uwypuklić charakter naszej zupy. Jeśli jest słona, nie powinna razić swą słonością; jeśli jest słodkawa lub pieprzna, mastering powinien wydobyć klasę tych przymiotów. Ostatnio odbyłem frapującą rozmowę z jednym z wydawanych przeze mnie kolegów, niejakim Suavasem z zespołu Prząśniczki. Sympatyczny Suavas, teoretycznie amator w sprawach obróbki brzmienia płyty, odważnie stwierdził, że mastering to przeżytek. Że niektóre współczesne nagrania przypominają (widziane z bliska), rozdęte do niemożliwych rozmiarów mięśnie Pudziana i że nie słucha się ich przyjemnie. I że stare nagrania z lat 70-tych (np. Led Zeppelin, Black Sabbath, David Bowie czy Wings) pozornie brzmią dużo mniej atrakcyjnie; bębny są biednawe, z dupy, całość nie ma kopa. Jednak jeśli masz przyzwoity sprzęt, który z reguły posiada tylko jedną gałkę (głośności), po prostu odkręcasz ją: GŁOŚNO. I nagle muzyka zaczyna brzmieć zajebiście bez żadnych przypraw, i to jest właśnie twój - prywatny - mastering. Całkiem słusznie, panie Suavasie. Bo wspólczesny mastering stał się czymś nieznośnym; wystarczy tylko posłuchać produkcji typu Janet Jackson czy nowa płyta Metalliki. Nawet cicho słuchane, wyżej wymienione płyty brzmią po prostu nieprzyjemnie. Dlaczego? Najgorszy efekt generuje kompresowanie bębnów oraz kompresowanie całości dla lepszego „kopa" nagrania. Wystarczy sobie uświadomić, że większosć radiostacji ma w swoich studiach własne kompresory i limitery: jeden ruch i wasze nagranie ostatecznie puchnie niczym nieszczęsne pudzianowe mięśnie, topiąc się w klajstrze nadmiernej kompresji. Czyż wobec tego mastering istotnie stał się przeżytkiem? Raczej nie. Klimat „pudzianowego masteringu" to skutek dostępności przeróżnych pluginów (wtyczek), które ładnie się nazywają i robią coś „bardzo ciekawego" naszemu nagraniu. A jednak uważałbym z aktywowaniem zbyt wielu wtyczek. Kiedyś były to dwa peryferyjne kompresory na bębny i głos (np. Fairchild lub Chandler); dzisiaj odpala się rozliczne cuda-niewidy, a nagranie zaczyna brzmieć coraz gorzej. Mastering ma sens, jeśli jest to zwykła kosmetyka. Innymi słowy - na nieszczęscie dla niedośwadczonych muzyków - „prawie" nie slychać ingerencji masteringowca. A jednak „prawie" i „w ogóle nie" czyni różnicę. Cała istota nagrania rozgrywa się pomiędzy śwadomym uchwyceniem charakteru brzmienia poszczególnych instrumentów, a ich proporcjami w miksie. W grę wchodzi odpowiednia kompresja, architektonika planów czy pogłosów. Dobry mastering może tę robotę uwydatnić lub spieprzyć, jednak najważniejsze są wstępne fazy nagrania. Ba, najważniejsza jest sama piosenka lub utwór - jeśli nie macie dobrej piosenki, cała ta dyskusja pozostaje techniczną masturbacją. A jako że większość z nas takowych nie pisuje, wspólczesne radio zalewa nas straszliwym deluvium sonorystycznego brandzla. Howgh, jak mawiali starzy Indianie.



Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

LEKCJA HISTORII - część druga

poniedziałek, 27 kwietnia 2009 14:12

No cóż, wracamy do lekcji historii. Mojej lekcji historii, którą odrabiam dosyć późno... W busie, którym pędzimy na koncert po koncercie, trudno o scholastyczne skupienie. Zacząłem znowu dużo czytać dzięki Łossskotowi i chwała mu za to. Co prawda w związku z rosnącym wpływem dziwnych ludzi w TVP istnieje możliwość, że nas wypierdolą już we wrześniu (i zrobią do twardego rzygu nudny Pegaz Bis), ale co tam... Przez trzy lata było zabawnie i inspirująco. Chciałem wrócić do mojej lektury Jasienicy, bo to cholernie ciekawa pozycja. Zapewne znowu narażę się jakimś wyjątkowo oczytanym mądralom (jeśli chcecie, postarajcie się trochę i w kontrze napiszcie poprawny merytorycznie felieton; chętnie poczytam) ale rozwaliły mnie fakty, dotyczące tzw. konfederacji warszawskiej oraz artykułów henrycjańskich. Otóż trzy lata po zawartej unii z Litwą (1569), która formalnie podtrzymywała panujące od prawie dwustu lat przymierze dwojga narodów, zmarł ostatni bezpośredni potomek dynastii Jagiellonów - Zygmunt August. W okresie bezkrólewia zapanowało w Rzeczypospolitej spore zamieszanie. Podczas tymczasowych rządów interrexa (którym był prymas RP), w styczniu roku 1573 doszło do zebrania się sejmu konwokacyjnego w Warszawie. Akt tzw. konfederacji warszawskiej ogłaszał pacyfistyczną wolę szlachty RP (poza granicami kraju król mógł prowadzić wojnę tylko za swoje pieniądze, korzystając głównie z wojska zaciężnego; pospolite ruszenie wymagało natomiast odpowiedniej ustawy sejmowej) oraz niespotykane w ówczesnej Europie swobody wyznaniowe. Podczas gdy w Hiszpanii panował religijny terror, a we Francji w religijnych ruchawkach zginęło ok. 700 tys. ludzi, w Rzeczypospolitej podpisano akt, który kapitalnie obwieszczał: „A iż w Rzeczypospolitej naszej jest niezgoda niemała w sprawie religii chrześcijańskiej, zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi rozterka jaka szkodliwa nie wszczęła, którą po innych królestwach jaśnie widzimy, obiecujemy to sobie spolnie za nas i za potomków naszych na wieczne czasy pod rygorem przysięgi (...), iż którzy jesteśmy dissidentes de religione, pokój między sobą zachować a dla różnej wiary i odmiany w kościelech krwie nie przelewać ani się nie penować konfiskatą dóbr, więzieniem i wygnaniem (...)". Ta wyjątkowa ustawa poparta została przez większość szlachty oraz świeckich senatorów; sprzeciwił się jej episkopat (konfederacja warszawska przez lata całe stała wojowniczemu klerowi ością w gardle). Gdy przyszło do wyboru króla, część magnaterii wraz z klerem układała się z niemieckimi Habsburgami, którzy zdążyli udupić Czechów; inni wpadli na kiepski pomysł osadzenia na tronie cara Iwana Groźnego, psychola i dzieciobójcę. Parę miesięcy później szlachta, zgromadzona na polu elekcyjnym we wsi Kamień pod warszawską Pragą, obrała królem niejakiego Henryka Walezego, brata ówczesnego króla Francji, Karola IX. Henryk, wojujący katolik, który niedużo wcześniej wsławił się okrutną rzezią hugenotów, zwaną Nocą Św. Bartłomieja, razem z koroną dostał do zgryzienia wyjątkowo twardy orzech. Szlachta RP, reprezentowana przez koronnego marszałka Jana Firleja, wymogła na nim podpisanie zgody na akt konfederacji warszawskiej oraz tzw. pacta conventa (dotyczące sojuszu RP z Francją). Tzw. artykuły henrycjańskie były pierwowzorem konstytucji, z grubsza stanowiącym o ustroju państwa, oraz unikalnym kontraktem, zawartym z elekcyjnym królem, tym samym zabezpieczającym narody RP przed jego samowolą. Próba opisania ram ustroju państwa w jednym dokumencie był precendensem na skalę światową; precedens ów wyprzedził między innymi naszą Konstytucję 3 Maja z końca XVIII wieku, która z kolei była pierwszym tego typu aktem, uchwalonym na Starym Kontynencie). Ciekawe, prawda? Z książki Jasienicy dowiedzieć się można jeszcze innych, arcyciekawych rzeczy: między innymi tego, że ówczesna Rzeczpospolita była zamieszkana w zaledwie 40 procentach przez Polaków. Resztę populacji naszego kraju stanowili m.in. (innowiercy) Litwini, Ukraińcy, Rusini, Żydzi, Niemcy, Holendrzy i Szkoci... Polecam tę lekturę tym, których interesuje nasza świetlana przeszłość: otóż nasz kraj stanowił niegdyś unikalną, wolną federację narodów, którym przyświecały rzadkie idee pacyfizmu i wielowyznaniowości...



Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

PANIE PREZYDENCIE KACZYŃSKI !

środa, 15 kwietnia 2009 14:25

Panie Prezydencie Kaczyński! Rozumiem, że przez ogłoszenie narodowej żałoby chciał się Pan nieco pokazać w mediach. Otoczony dewotkami i specjalistami od PR-u, zadziałał Pan szybko - i jak się Panu wydaje - szlachetnie. Otóż dużo szlachetniej by Pan postąpił, poświęcając na pogorzelców z Kamienia Pomorskiego swoją (niemałą przecież) pensję. Odwołując większość imprez (ale jak Pan pewnie wie - nie wszystkie), odebrał Pan pracę ludziom rozrywki. Część większych imprez, w które zaangażowane zostały spore środki, tak czy owak się odbywa; tym samym my, ludzie sztuki i rozrywki, jak za czasów komunistycznych, potraktowani zostaliśmy jako ci „równi", podczas gdy jacyś inni są na prawach „równiejszych"... Mam zwyczaj grać trzy imprezy charytatywne rocznie. Tak się składa, że w owych trzech imprezach zdążyłem już wziąć udział (m.in. w koncercie dla Białorusi, za który nie wziąłem nawet zwrotów). Jednak jeśli trzeba by było, gotów byłbym zagrać dodatkową imprezę charytatywną dla ludzi z Kamienia Pomorskiego... A już na pewno uczciłbym pamięć zmarłych minutą ciszy na koncertach, które są źródłem naszych dochodów. Ja dodatkowo zarabiam z pisania felietonów i występów w telewizji, ale dla dwóch muzyków z mojego zespołu koncerty są jedynym źródłem utrzymania. Jest różnica, czy się miesięcznie zarobi 2500, czy 1000 złotych. Jak się Pan domyśla, kolegom może na coś nie starczyć - na czynsz, na opłaty tudzież na jedzenie. Ale co to Pana obchodzi i co to Pana kosztuje - dla Pana, niczym dla średniowiecznego monarchy, jest to tylko jedno „miłosierne" pociągnięcie pióra. Dlatego następnym razem, Panie Prezydencie, proponuję Panu zrobić żałobę prywatnie, za paznokciami, i poprzeć ją odpowiednim przelewem; Pańskie obłudne pokazówki są mało wiarygodne i zdradzają intencje, które mają więcej wspólnego z marketingiem niżeli empatią...

 

                                                            Tymon Tymański



Podziel się

komentarze (216) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 875  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698875
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl