Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DALEJ O TEATRZE, CZYLI SOLO NA BASSO OSTINATO

piątek, 30 kwietnia 2010 18:22


No tak, można się było tego spodziewać. Na temat mojego zagajenia o teatrze pojawiło się 12 wpisów; w sprawie rodzimych plenerów z darmową, chłamowatą muzyką – przeszło 120. Drodzy koledzy i koleżanki od kultury! Nie łudźmy się, niestety – przyszło nam rzeźbić w brązie... I to w tym brązie mniej nobliwym, bo brzydko pachnącym i dziwnie miękkim. To bardzo ciekawe, że współczesna sztuka zaczyna być powoli utożsamiana z offem: czymś niepopularnym,  nieatrakcyjnym, po co ludzie sięgają niechętnie, czego unikają media. Pamiętam zarzut niejakiego Romka Rogowieckiego, ówczesnego pracownika TVP, wobec naszego Łossskotu – że jesteśmy zbyt offowi. Co to znaczy, u jasnej cholery? Ano znaczy to, że wywiady z Krauzem i Żuławskimi są offowe, że recenzje nowej książki Tokarczuk, sztuki  Mrożka tudzież wystawy w Zachęcie są głęboką alternatywą, która nie zasługuje na telewizyjne omawianie choćby i dwunastej w nocy. Dlatego chciałem przedstawić Wam wywiad, którego udzieliłem Grześkowi Staszakowi, młodemu redaktorowi opolskiego pisma Confronta. Może wyda się Wam to ciekawe; dziesięć wpisów to zawsze coś. Już tytuł wywiadu jest znamienny:



„TEATR - JESZCZE OFF, CZY JUŻ POP?“

 

 

Grzegorz Staszak: Tegoroczne Konfrontacje, o wiele bardziej niż poprzednie edycje, zdają się prowokować do dyskusji na temat tego, jak należy uwspółcześniać klasykę. Co według Pana należy z klasyki raz na zawsze odrzucić? Czemu hołdować, a co dopisywać?

 

Tymon Tymański: Trudno mi odnieść się do poprzednich edycji, bo to moje pierwsze Konfrontacje – w dodatku w charakterze jurora. Moje teatralna wiedza bierze się w dużej mierze z doświadczenia współpracy pod kątem muzycznym, choć swego czasu sporo czytałem. Studiowałem anglistykę, więc musiałem choć trochę znać teatr – od Marlowe’a i Szekspira do Becketta i Pintera. Od lat współpracuję  z Bartłomiejem Wyszomirskim (reżyser znany w Opolu chociażby z głośnej interpretacji "Królowej piekności z Leenane" Martina McDonagha - przyp. aut.). Teksty, nad jakimi dotychczas pracowaliśmy, były raczej współczesne. Muszę szczerze przyznać, że właśnie w takich odnajduję się najlepiej. Klasyka aż tak mnie nie rusza. Jako rocznik 1968, czuję się dzieckiem kontrkultury hippisowskiej, punk rocka, rewolucji obyczajowej i społecznej.  Dlatego męczą mnie teksty zawoalowane, koturnowe.

 

Więc pod jakim kątem ocenia Pan konfrontacyjne spektakle, które opierają się przecież tylko na klasyce?

 

Jestem jak najbardziej za tym, żeby klasykę, ale też teatr w pojęciu ogólnym, odświeżyć. Myślę o teatrze współczesnym, zaangażowanym, teatrze z przekazem, świadomie wychowującym społeczeństwo alternatywne. Społeczeństwo, które wybierze chleb razowy nad bułeczkę, artystyczną jakość nad miałką, wszędobylską papkę. Oczywiście cały ten proces musi być tworzony z głową. Wszystkie spektakle festiwalu, które dotychczas zobaczyłem, prezentują różne poziomy tego procesu. A jednak artystycznie rzecz ujmując – jedne okazują się cenną, odważną interpretacją dobrze znanego tekstu, w nowej oprawie zyskującego nowe znaczenia, zaś inne  z kolei są po prostu szkolne i trącą banałem, nieumiejętnością narracji, brakiem pomysłu na ogarnięcie całości. A szkoda – bo przecież lenistwa nikt tu nikomu nie zarzuca. Za każdym spektaklem stoją tysiące godzin walki z tekstem, twórczej męki. Ale każdy twórca musi przedrzeć się przez tą juwenilną mękę, zanim stworzy rzecz koherentną i uniwersalną.

 

Na czym ma więc polegać ten pomysł, jak porwać widza, zazwyczaj archaicznym dla niego tekstem?

 

Lubię teatr, który nie zostaje w teatrze. Nazywam ten proces „wyjściem teatru z teatru“, choć oczywiście nie mówię tu o zmianie przestrzeni. Współczesny teatr wychodzi na ulicę, przygląda się światu. Przyglądając się światu, nie mizdrzy się do widza – to dla mnie bardzo ważne. Wchodzi w społeczny i obyczajowy dyskurs, gra na emocjach aż do manipulacji – tak jak potrafi to zrobić w filmie Lars von Trier. Nie lubię teatru, dławiącego się w swoim własnym sosie, pudrze, manierze, zakurzonej draperii.

 

Wracając do estetyki teatralnej, nie ma Pan wrażenia, że ostatnimi czasy ta dyskusja prowokowana jest jednolitymi, nieskończenie powtarzanymi środkami? Myślę tutaj o popkulturze i jej ciągłym cytowaniem w teatrze. Jest Pan osobą medialną, znającą dokładnie zaplecze show-biznesu. Czy uważa Pan, że Madonna w głośnikach co trzeciego współczesnego spektaklu jest potrzebna i nieunikniona?

 

Rzeczywiście, staje się to coraz częstszym przypadkiem. Jakby reżyserom i twórcom oprawy muzycznej nie chciało się szukać. Sztuka teatralna nie może stawać się telenowelą, lub, co gorsza, popkulturowym musicalem z pełnego playbacku – co zdarzało się na tegorocznych konfrontacjach. Tego typu badziewia mamy w mediach wystarczająco dużo – telewizja, radio, reklamy. Choć trzeba co poniektórym reżyserom oddać, że ową popkulturę potrafią wpleść w swoją sztukę z wielkim sensem i profesjonalizmem. Myślę tu o pewnym przedstawieniu z konfrontacji, gdzie jest mnóstwo popkulturowej pulpy – a jednak spektakl broni się świeżością interpretacji, formalną wyrazistością.

 

Ale przecież widz, który przychodzi do teatru spotkać się z wyższą kulturą, może być niemile zaskoczony, że karmi się go tym, co ma przecież w telewizji.

 

Wszystko zależy od sposobu cytowania tejże popkultury. Jeśli robimy to jeden do jednego - po to, żeby dać wyraz swoim upodobaniom i przymilić się publiczności - idea sztuki teatralnej obniża lot, wspisując się w kontekst gazetowo-telewizyjno-klubowo-didżejski. Jeśli chcemy z kolei zinterpretować rzeczywistość, w której gubią się nasi bohaterzy – możemy użyć najordynarniejszego, bawarskiego techno a la Scooter. Wszystko zależy od tego, czy się cytuje z głową. Jak powiedział pan Andrzej Łapicki: „jak się ma talent, to można sobie na więcej pozwolić“.

 

Nie boi się Pan, że przez te wszystkie nawiasy, teatr, który kojarzył się zawsze z kulturą elitarną, stanie się w końcu po prostu ogniwem kultury masowej?

 

Popkultura rzeczywiście zakorzenia się w teatrze. Współczesny teatr przypomina chodziarstwo. Nie można biegać jak twórcy popkultury, trzeba przyporządkować się zasadom chodu – a jednak wszyscy troszkę „podbiegiwują“, żeby było ciekawiej i szybciej. Zdziwiła mnie na przykład znikoma obecność autorskiej muzyki w spektaklach OKT. Może to kwestia braku środków? Nie trzeba nam hiperrealizmu w teatrze, bo mamy go w telenowelach. Uciekamy od dosłowności gazet, telewizji i radia do teatru – a tutaj to samo! To są kwestie reżyserskiej klasy, umiejętności syntezy, taoistycznego wręcz wyważenia pomiędzy ilustracją a interpretacją. Koniec końców niech sobie teatr będzie, jaki tylko chce. Ale niech dalej stawia trudne pytania, niech prowokuje inteligentne dyskusje. Wtedy jestem w stanie przyjąć wszystko.

 

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

W TEATRZE, O TEATRZE

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 18:17


Od paru dni mam znakomitą fuchę. Zostałem członkiem szacownego jury Opolskich Konfrontacji Teatralnych Teatru im. Jana Kochanowskiego (w Opolu, oczywiście). Ciało jurorskie reprezentują Olga Tokarczuk, Andrzej Łapicki i Tadeusz Nyczek; po spektaklu spotykamy się na małej kolacji i obradujemy: szlachetnie, elokwentnie, rzeczowo. Cały dzień siedzę w hotelu, pracując nad scenariuszem musicalu; około południa wychodzę na żer, kończąc w cukierni i objadając się lodami. Oprócz rzeczonej kolacji lody są mym jedynym posiłkiem dnia. Ta dziwna dieta przypomina mi ekscentryczne ścieżki niejakiego Raymonda Roussella, autora „Locus Solus“. Ponoć gdy chłop popłynął do Chin, przez kilka tygodni nie wychodził z hotelowego pokoju; miał swego kucharza, który serwował mu jeden obiad dziennie - nieodmiennie składający się z tych samych dwunastu dań.

 

   Wychodzę dopiero wieczorem, idąc żywym krokiem, spiesząc się na przedstawienie. Konfrontacje w podtytule noszą nazwę „Klasyka Polska“: garść rodzimych teatrów interpretuje m.in. Fredrę, Słowackiego, Reymonta, Witkacego, Gombrowicza. W związku z tym, że konkurs jest w toku, nie będę opisywał czy chwalił poszczególnych przedstawień. Dość powiedzieć, iż poziom widowisk jest wysoki. Reżyserzy, aktorzy i ich pomagierzy dają z siebie wszystko: sypią się iskry, obficie leje się pot. Lubię teatr, który wychodzi z teatru. Podchodzi do nas na ulicy, podchodzi blisko i chwyta za rękę; czasem nawet za gardło. Zdarzało mi się często pisać muzykę do teatralnych przedstawień – głównie współczesnych. Pracowałem z Bartkiem Wyszomirskim, Łukaszem Barczykiem, Grześkiem Wiśniewskim. Najlepiej rozumiem się z Wyszomirskim. Może dlatego, że mamy podobną wrażliwość i słuchamy prawie tej samej muzyki: od Beatlesów do Queens Of The Stone Age. W czerwcu będziemy pracować przy adaptacji sztuki na podstawie powieści Alessandro Barrico pt. „Novocento“. To historia fikcyjnego, genialnego pianisty, który całe życie spędził na pasażerskim statku - bez ustanku kursując pomiędzy Europą i Ameryką. Już się cieszę na myśl o tej robocie. Co prawda jest to głównie kompozytorskie rzemiosło, ciężka posługa, której zadaniem jest się nie wywyższać i nie przeszkadzać, ale... Za każdym razem wychodzę z tej współpracy bogatszy. Bogatszy o tekst, o doświadczenie, o obserwację pracy reżysera i aktorów. Tak, tak, teatr – zajebista to rzecz.



Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

NIEWIDZIALNY KANAŁ NSPORT I SROMOTNA KLĘSKA BARCY

czwartek, 22 kwietnia 2010 0:45

 

  Mimo, że płacę za UPC wraz z Canal +, nie mogę oglądać wtorkowej i środowej Ligi Mistrzów. Dlaczego? Ano dlatego, że od niedawna pojawił się Niewidzialny Kanał nSport. Żeby go pozyskać, trzeba by kupić piąty dekoder i szóstego pilota... Niedoczekanie wasze, ensportowcy. Trudno – razem z Kosmą chodzimy oglądać Barcelonę do Multikina we Wrzeszczu. Dzisiaj z nudów obejrzeliśmy nawet Bayern, grający u siebie przeciwko Lyonowi. Bawarczycy mają w Polsce wielu fanów – wieczorem w kinie było oprócz nas około pięciu osób, zresztą w większości francuskojęzycznych. Nie to, co wczoraj. Wczoraj musieliśmy usiąść w pierwszym rzędzie - na meczu Barcelony z Interem było pełne kino. Męczyliśmy się, patrząc na wielki obraz; jeszcze bardziej męczyliśmy się, patrząc na grę Barcelony.

 

   Wiadomo, że Barca grała ostatni mecz w sobotę, a Inter – w piątek. Wiadomo też, iż wskutek pojawienia się wulkanicznej chmury nad Europą Katalończycy musieli jechać do Mediolanu dwa dni i zapewne dotarli na miejsce mega-wymęczeni.  Wszystko zrozumiale. Ale i Inter walczy o mistrza Włoch oraz triumf w Lidze Mistrzów... Hadko było patrzeć na ślamazarne akcje Barcelony, na nieporadność Messiego, Xaviego i Ibrahimovica. Pierwsza skuteczna szarża dumy Katalonii z Maxwellem i Pedro w głównych rolach przyniosła nadzieję, że mecz będzie toczył się pod dyktando aktualnych liderów Primera Division. Nic bardziej błędnego. Inter pokazał Barcy, gdzie zimują raki; akcje napastniczego tercetu Pandev-Milito-Eto’o były szybkie, dynamiczne i groźne niczym ataki stada wygłodzonych aligatorów. Owszem, pod koniec siedli – ale Barca dalej raziła  nieskutecznością. Do gola na 3:2 zabrakło szczęścia. Obrona Interu grała jak w transie – agresywnie, twardo i cholernie walecznie. W dodatku dwunasty zawodnik drużyny z Mediolanu, Jose Mourinho, zachowywał się jak wytrawny szachista, wykorzystując błędy niedoświadczonego drugoroczniaka Guardioli. W rewanżu na Camp Nou może być bardzo ciężko. A jednak wierzę, że wielką Barcelonę stać na korzystny rezultat i w związku z tym będę im do końca kibicował. A jeśliby polegli – przynajmniej wiem, że katalońska publiczność wykaże się większą klasą niż niektórzy żenujący fani Interu, którzy podczas większości akcji Barcy gwizdali jak najęci. Co za wiocha. Tifosi! Jeśli Barcelona was rozklepie, zrobi to na boisku, a nie poza nim - stosując wasze żałosne, jarmarczne sztuczki...



Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 872  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730872
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl