Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 738 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

MAM W DUPIE PODZIAŁY POLITYCZNE

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 15:13

 

   Kilka dni temu odbyłem ciekawą dyskusję z reżyserem Grzesiem Jankowskim i Tomkiem Madejskim, znakomitym operatorem naszego musicalu „PG“. Tomek zarzucił mi, iż biorąc udział w „Kolorowej Niepodległej“, zostałem wmanewrowany w pewną niewygodną sytuację, której niezależny artysta powienien unikać. Miał rację. Wziąłem udział w „Kolorowej Niepodległej“, bo myślałem, że będzie demonstracją solidarności z gejami, lesbijkami, wszelkimi innowiercami, ludźmi o innym kolorze skóry. Odważną mobilizacją przed budzącymi się siłami neofaszyzmu. Uczestnictwa w samej akcji nie żałuję, i choć manifestacja była naprawdę w porządku, cały jej kontekst został użyty dla rozdrażnienia ludzi z drugiej strony, po której poglądy skrajnie nacjonalistyczne - jak sądzę - tworzą zdecydowaną mniejszość. Po czasie widzę, że była w tym wszystkim jakaś matołkowata, harcerska złośliwość, której daleko do prawdziwego bohaterstwa. Jakbyśmy – z braku laku – prosili się o swoją małą wojenkę domową. Jakby nie starczyło tych wojen w historii Polski. To znamienne, że mój przyjaciel Robert Brylewski chwilowo znalazł się po drugiej stronie barykady. Został za to bezlitośnie zdisowany przez lewicę i anarchistów, ale w prywatnej rozmowie wyjawił mi swoje powody. Chciał się na własne oczy przekonać, czy faktycznie po tamtej stronie znajdzie się tysiąc łysych nazioli, na których obecność godzą się prawicowcy i narodowcy. Oczywiście nic takiego nie zobaczył. Ufam Robertowi, bo wiem, że jest to człowiek, którego osobista etyka wykracza ponad prymitywne, ideologiczne podziały. Ja również nie chciałem nikomu naubliżać. Pragnąłem tylko wyrazić troskę o losy mniejszości, ale wyszło z tego jakieś głupie rzucanie kamyczkami. „Hej, chuju – jestem lewicowcem! Jestem lepszy i pierdolę twoją prawicę!“ Mam w gdzieś takie deklaracje i takie podziały.

 

   Polityka jest wyjątkowo niewdzięczną suką, a politycy to wyjątkowe, amoralne nieroby. Wyobrażam ich sobie zawsze z podwójnymi, potrójnymi podbródkami, jak wspólnie żrą i chleją wódę, jak razem chodzą na dziwki i drzemią w Sejmie. Ze starego przyzwyczajenia głosowałem i pewnie dalej będę głosował na liberałów, choć powoli przestaję wierzyć w sens wspierania którejkolwiek ze stron. Natomiast przez ostatnie lata zauważyłem dość przykrą prawidłowość. Ilekroć ktoś proponował jakąś artystyczną akcję, jakąś dokumentację w postaci książki czy płyty, z reguły byli to ludzie z PiS-u... PO-wcy zajęli się głównie trzepaniem kasy i machlojami, mając wszystko gdzieś. Można mnożyć nazwiska lewych prezydentów i burmistrzów, ale nie o to chodzi. Nie mam na to ochoty ani siły. Stwierdzam tylko fakt – najczęściej to PiS-owcy zainteresowani byli łożeniem na program informacyjno-kulturalny „Łossskot“, to PiSowcy próbowali zmodernizować Trójkę, wydawać płyty i robić koncerty w ramach imprez Muzeum Powstania Warszawskiego. To PiSowcy działali przy Jazz Jamboree i wydawali książki o Pomarańczowej Alternatywie czy Totarcie. I nie obchodzą mnie ich motywacje, tylko czyny. Pisząc to, mam świadomość, że daleko mi do głosowania na PiS – zbyt drażni mnie psycholstwo i histeria ludzi z wierchuszki tej partii. Stwierdzam tylko rozczarowujące fakty.

 

 

   Nie obchodzi mnie, kto ma lewicowe, a kto ma prawicowe poglądy. Tak naprawdę mam dupie lewicę, prawicę i niekończący się bełkot o polityce. Ludzie myślący pogodzą się na wyjście z każdego politycznego impasu. Mówiąc naiwnie - jeśli jest więcej kasy w budżecie, to się nimi podzielmy. Jeśli nie ma kasy – zróbmy coś, żeby ją wypracować. Owszem, domagamy się świadczeń dla biedoty i ludzi starszych, ale jeśli ktoś mi racjonalnie wytłumaczy, że to przeginka, jesteśmy w stanie wypracować kompromis. Kompromisu nie będzie tylko z tymi, którzy go nie chcą - z ludźmi nastawionymi skrajnie, których poglądy wynikają z chorej ideologii. Ci nie chcą kompromisu, chcą tylko udowodnić swoją rację. Jestem przekonany, że tacy ludzie są i będą mniejszością w każdej społeczności. Także w społeczeństwie muzułmańskim. Z resztą idzie się dogadać, tylko trzeba chcieć. To bez sensu, żeby Polacy napierdalali się na śmierć i życie z powodu ŁKS-u i Widzewa, Wisły i Cracovii, Lechii i Arki, lewicy i prawicy, żydowstwa i polskości, poglądów na temat przeszłości i przyszłości. I jeśli nie będzie jakiejś radykalnej potrzeby, następnym razem po prostu nie dam się wmanewrować w żadne masowe okazywanie sympatii tej czy innej stronie. Nie ma potrzeby mentalnych wojen domowych.

 

 


Podziel się

komentarze (88) | dodaj komentarz

KAC-MYŚLI

wtorek, 24 kwietnia 2012 0:50

 

   Wódczane kace są inne od kaców piwnych. Najgorszy jest katzenjammer, wynikający z uprzedniego pomieszania trunków. Piwo plus whisky, piwo z wódą, na dodatek parę po głupaku spalonych fajek – brrr, czyste zło. A co się dzieje na drugi dzień? Coś, czego szczerze nienawidzę, chociaż kac miewa swoje frapujące strony. Choćby to dziwne, samonicujące poczucie wglądu w naturę wszechrzeczy, jednakowoż graniczące z doznawaniem mentalnych stanów, bliskich chorobie psychicznej. Od trzech lat udaje mi się nie palić i to jest jakiś spory sukces. Brak sukcesów odnotowałem z kolei na polu asertywności w związku z odmawianiem ludziom bani pomiędzy piwami. Wielu birbantów nachalnie namawia na chlanie szotów – a to pięćdziesiąteczka czystej, a to miodowy krupniczek, a to czarny rumik. A kij wam wszystkim w pupę, namolnicy! Jak piję piwo, to piję piwo. Wypiję pięć, sześć browarów - jest wesoło i głośno, klei się gadka, aż wreszcie nic się nie klei i jest totalny rozpad. Rano, na piwnym kacu, jest mi dalej dość wesoło. Przede wszystkim wszystko pamiętam. Z kim gadałem, jak doszedłem do domu. Natomiast gdy ulegnę szatańskim podszeptom namawiaczy i pomieszam piwo z wódką, moje aktywności generują zaczyn kompletnej degrengolady. Następuje moralny i fizyczny upadek zwalistego mężczyzny o tutalnym głosie. Owszem, na urwanym filmie jestem w stanie rozmawiać, przytakiwać, nawet łazić i dochodzić do domu. Co z tego, kiedy mówimy o śmierci mózgu i narodzinach wódczanego zombie? A rano – a rano jest tak źle, że gorsza jest już tylko śmierć i nieistnienie. Gorzej jest tylko rozpaść się i szczeznąć jak papierosowy popiół.

 

   A teraz o drugiej stronie medalu. Mój przyjaciel Marcin Gałązka bardzo się cieszy z mego kaca. Zaciera rączki i mówi: „Pan Rysiu ma mega kaca, w busie będzie wesoło!“ I faktycznie, jest wesoło. Wielu ludzi zna mnie jako osobę otwartą, kontaktową. Na kacu cieknie mi z mózgu jak z pękniętej rury kanalizacyjnej. Ruja, poróbstwo, kazirodztwo i UFO. Nie ma tematów tabu. Absurd, pure nonsens, kalambury, duby smalone i androny – od rana do wieczora! Zdarzyło mi się napisać parę niezłych tekstów na owym kacowym „otwarciu“. Kto wie, czy na kacu nie powstała sama „Jesienna Deprecha“? To poszukiwanie przyczyn smutku i traumy, choroby psychicznej, to zwalanie winy na Bogu ducha winne wojsko i komary – tak, to wszystko mogło być efektem kaca giganta. Na ostatnim - sobotnim - kacu wymyśliłem fragmenty dwóch tekstów piosenek. Wymyśliłem też, że zmienię nazwę zespołu na „Żółto-Brązowi“ (na wokalu ja, czyli Debil, na gitarze Jadźko, na basie Godźko i na perkusji Wołodźko). Rozważałem też, czy nie nie zmienić nazwy filmu „Polskie Gówno“ na „Polskie Liście“ (nikt by się nie obraził) lub na „Gówno Szatana“ (ditto). Potem zacząłem snuć ciekawe refleksje na temat buddyzmu i chrześcijaństwa, kapitalizmu i socjalizmu. Inflacji wyrazu we współczesnej sztuce i kulturze. To znaczy refleksje snuły się same, pojawiając się i znikając na ekranie mojego umysłu. Piwny kac tlił się niczym bunsenowy palnik, kreując opary mimowolnej i słodkiej głupoty. Ach, gdyby tylko można było obmyślać podobne dziwności bez picia i bez cierpienia. Muszę wreszcie skończyć ten wiersz, zaczynający się od słów: "Istnieje pewna suchość...". Tylko czy można go skończyć na trzeźwo? O kacu mój - choć oferujesz gnój - choć czasem przy mnie stój...


Podziel się

komentarze (27) | dodaj komentarz

ZACZAROWANY STADION LECHII

wtorek, 10 kwietnia 2012 19:14

 

   Choć jestem zdeklarowanym fanem Lechii Gdańsk, nie byłem jeszcze na nowym i oszałamiająco światowym stadionie mego ulubionego zespołu. Wstyd przyznać, ale tak jakoś wyszło. Od września do stycznia miałem w weekendy sporo koncertów, podczas gdy mecze Lechii najczęściej wypadały w dni mojej pracy. Większość meczy po prostu nagrywałem na twardziela. W wolnej chwili waliłem się na kanapę i do znudzenia oglądałem potyczki z udziałem Barcelony, Borussii i Lechii. Barcelony – bo nigdy w życiu nie widziałem tak finezyjnej piłki. Borusii – bo od zawsze z nią sympatyzowałem, a teraz triumfy w Dortmundzie święci znakomity polski tercet. Lechii – bo miejsca urodzenia i ulubionego klubu się nie wybiera. Są w naszym sercu od zawsze.

 

   Lubiłem stary stadion na Traugutta. Przychodziłem tam jeszcze pod koniec lat 70-tych, kiedy biało-zieloni toczyli zażarte boje o ekstraklasę z Gwardią Warszawa, Zawiszą Bydgoszcz i Bałtykiem Gdynia. Na nowym obiekcie Lechia wygrała dotąd tylko raz. Dołek, który gdańszczanie zaliczyli w związku z kiepskim finiszem poprzedniego sezonu, przełożył się na spadkową formę w nowym. Niby ten sam zespół, a wyglądało to coraz gorzej. Jeszcze w tamtym sezonie Lechia grala frapująco, ofensywnie, przyjemnie dla oka. Wygrywała mecze z Legią, Wisłą i Lechem, skądinąd ocierając się o trzecie miejsce w ekstraklasie. Koniec końców niedoszli uczestnicy europejskich pucharów wylądowali w niepokojącym rejonie tabeli, zostając jednym z czterech głównych kandydatów do spadku. Złośliwi twierdzą, że będziemy zespołem z najładniejszym stadionem w pierwszej lidze. To dość przykra perspektywa.

 

   Wczoraj obejrzałem spotkanie Lechii z Zagłębiem. Mecz przegrany, choć to lechiści mieli wyraźną przewagę i starali się konstruować grę pozycyjną. Zgoda, Zagłębie umiejętnie się broniło i niebezpiecznie grało z kontry, ale w istocie rzeczy prezentowały nudny, tak typowy dla polskiej ligi antyfutbol. Przez większość czasu lechiści męczyli się, byli nieskuteczni, nie potrafiąc wykończyć akcji celnym strzałem lub przedrzeć się przez gęste zasieki obrony lubinian. Co chwilę kląłem na czym świat stoi: tu strata, tam szmata. Wreszcie kolejna minimalna przegrana stała się faktem, a Lechia zawisła nad przepaścią. Zacząłem szukać przyczyny. Czy to możliwe, żeby ten piękny stadion przynosił nam pecha? Był naszym zaczarowanym lasem, w którym lechiści pogubili się niczym Jaś i Małgosia? Czy też po prostu biało-zieloni, skądinąd niezły zespół z piłkarzami klasy Traore, Surmy, Nowaka czy Koseckiego, nie potrafią unieść odium odpowiedzialności grania na obiekcie europejskiego formatu? Raczej to drugie, bo przecież trudno jest zaczarować stadion... Osobiście wierzę, że Lechia zdoła się jeszcze przebudzić, choć terminarz nie jest dla nas zbyt łaskawy, a do końca już tylko pięć meczy. Lechio - do boju!!!

 


Podziel się

komentarze (74) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 630  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862630
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl