Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 630 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

JEŚLI JAKIMŚ CUDEM WYGRAMY ZŁOTO...

środa, 23 maja 2012 19:29

 

   Cholerka jasna – i mi się udziela patriotyczna gorączka, związana z Euro 2012. Widziałem fragmenty wczorajszego meczu z Łotwą. Nie było tak źle – mamy paru niezłych piłkarzy, a przecież najlepsi dołączą do kadry do soboty. Mamy sporą szansę wyjścia z grupy, jeśli ułożą się nam pierwsze mecze – mecz otwarcia z Grecją i trudna potyczka z Rosją. W ćwierćfinale Polacy mogą uwierzyć w siebie, dostać szwungu – przecież trzech z nich w świetnym stylu wygrało niemiecką ligę i ośmieszyło Bayern, finalistę Ligi Mistrzów. W dodatku pomogą im własne ściany, pomogą kibice. Zatem półfinał... Ten po prostu trzeba wygrać. W finale - jak to w finale - nie ma odwrotu. I tak wygrywamy złoto! Złoty medal dla Polski, pierwszy raz w historii rodzimego futbolu. Zagalopowałem się? Niewątpliwie tak, ale przecież cuda i dziwne historie chodzą po ludziach. Chociażby złoto dla Greków sprzed ośmiu lat...

 

   Jeśli jakimś cudem wygramy złoto, obiecuję zmianę tytułu filmu „Polskie Gówno“ na „Polskie Złoto“. Albo przynajmniej na „Gówno Szatana“ lub neutralne „Polskie Liście“. Bo przecież nie godzi się obrażać uczuć Polaków, ewentualnych zwycięzców Euro. Wiele nie ryzykuję... Trochę się przywiązałem do tego tytułu, ba - wydaje mi się z szatańska i po gombrowiczowsku śmieszny (wujek Witold chwalił się swoim ziemiaństwem, ale też bardzo chętnie wskazywał na swoje wiejskie pochodzenie). Od wsi do gówna jest już bardzo blisko – ot, przecie leży na każdym polu, jak w tetmajerowskim aforyzmie, przy okazji jawiąc się przaśnym symbolem prostoty, przyziemności, kontaktu z pragmą. Dlatego obiecuję... Obiecuję nie obrażać, jeśli taka jest wola Ziemi i Nieba, jeśli tylko mamy wygrać.

 


Podziel się

komentarze (36) | dodaj komentarz

O TEGOROCZNYM FPFF W GDYNI I O ODWADZE W POLSKIM KINIE

niedziela, 20 maja 2012 12:01

 

    Ostatni tydzień miałem tak zakręcony, że nie zdążyłem napisać recenzji z tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Co takiego robiłem? Ano, prowadziłem audycje w Roxy FM, zarówno z Gdańska i Warszawy (w poniedziałek nawet dwie); miałem zdjęciową sesję do „Męskiego grania“ i trzy wywiady (we wtorek); zamkniętą imprezę w Wawie z Tranzystorami, po której, grzecznościowo, wbiliśmy się na scenę ze zdjęciami do „Polskiego Gówna“ (we środę); wreszcie trzy spektakle „Wejścia Smoka“ (czwartek i piątek w Krakowie, niedziela w Bytomiu). Bardzo ciekawie wyszły czwartkowe zdjęcia do filmu, w których po raz pierwszy udział wzięli Sonia Bohosiewicz (Trzoda), Arek Jakubik (Dudek Maszczyk) oraz Krzychu Skiba (Prucnal, kolejny nieuczciwy menago). Chcemy skończyć zdjęcia do końca czerwca, bo od 15 lipca nasz operator Tomek Madejski zaczyna pracę nad kolejną fabułą. Czy się nam uda? Powątpiewam, psia dupa – sama sekwencja konkursu piosenki futbolowej w telewizji Polwsad to jakieś 5 dni kręcenia, 50 aktorów, 50 statystów... Może tę jedną rzecz trzeba będzie ustrzelić we wrześniu i tyle. Natomiast nasza cenna pani montażystka, Agnieszka Glińska, zabiera się do edycyjnej pracy nad musicalem już za parę tygodni. I to jest bardzo dobra wiadomość.

 

    Jednak nie o tym dziś miało być. Wracam do swoich subiektywnych wrażeń z festiwalowych projekcji. Nie miałem czasu ani siły obejrzeć wszystkiego; na czternaście filmów udało mi się zobaczyć sześć. Nie załapałem się na „80 milionów“, „Sponsoring“, „Baby są jakieś inne“ i „Drogę na drugą stronę“. O pierwszym wiedziałem, że jest udany i śmieszny. O drugim, że, owszem, frapujący, ale mnie jakoś męczy suche kino pani Szumowskiej. Oczywiście, nadrobię tę zaległość i obejrzę, żeby nie kierować się uprzedzeniem. A nuż mnie zabije, usiecze? „O babach“ słyszałem, że niezbyt udane, że kiepskim zabiegiem okazało się umieszczenie akcji w jednym miejscu, akcji rozpisanej zresztą na dwóch bohaterów. A szkoda – bardzo cenię sobie filmy pana Koterskiego. Z kolei o „Drodze na drugą stronę“ słyszałem głównie dobre recenzje – chciałbym ten film zobaczyć.

 

   Teraz o tym, co widziałem. Na początku – „Jesteś bogiem“. Film mocny, wiarygodny, smutny, ze znakomitą grą młodych aktorów-raperów i Jakubika-menadżera oraz wydawcy. Prawda o początkach kultowej grupy, w której każdy klepie biedę i uwikłany jest w niełatwe życie, dziejące się w zgrzebnych, dusznych wnętrzach, pośród śląskich ulic i blokowisk. Świetna sekwencja rapu Magika a capella. Jego odjazd na muzykę, klecenie tekstów do rana, podczas kiedy kumpli zmorzył sprawiedliwy sen. Jego nieprzystosowanie do świata, w którym trzeba być odpowiedzialnym tatą i pracownikiem Babilonu. Nędzne trzydzieści zet w kieszeni, kiedy trzeba kupić prezenty dla bliskich na święta. Sprzedawanie swojej nowej płyty znajomemu, żeby powiększyć ten smutny kapitał. Oj, jak ja dobrze znam tę mękę... Magik zginął dokładnie dwa tygodnie przed Jackiem Olterem, w ten sam sposób. Wielu naszych wspólnych znajomych porównywało te śmierci – akty rozpaczy ludzi wrażliwych, cholernie utalentowanych, kochanych, ale na zawsze niedojrzałych.

 

   Bardzo dobra „Obława“. Owszem, można się czepiać, że to film emocjonalnie zimny, po tarantinowsku efektowny i tyle. Ale koncertowo zagrany (kapitalny Dorociński, znakomita Bohosiewicz, świetny, wyjątkowo przekonujący Stuhr). Dobre dialogi, odważny i pojechany montaż. Ja znalazłem w tym filmie prostą myśl przewodnią – wojna jest straszna i bez sensu. No i nie jest to przecież historia wyssana z palca. Tak właśnie było w przypadku rodzimej partyzantki (jak we wspomnieniach Konwickiego), kiedy wpierw Polacy tłukli się z Niemcami, potem z Sowietami, a na koniec sami ze sobą. Wyszedłem z tego seansu wstrząśnięty, w kawałkach. A więc działa.

 

   „W ciemności“ zbytnio chwalić nie trzeba. Bardzo słusznie, że ten śmiały, perfekcyjnie zrealizowany, epicki obrazek zgarnia liczne nagrody – wszystko się tu zgadza. Gra aktorska (genialny Więckiewicz, świetna Preis i Grochowska), zdjęcia, kostiumy, montaż, wszystkie te filmowe ingrediencje noszą cechy niezwykłej staranności i dopracowania. I chociaż może film jest ciut za długi, po prostu trzeba go obejrzeć.

 

   „Pokłosie“. To ciekawe, że dzieło mocno niedoskonałe, z niezbyt trafnie obsadzonym Maćkiem Stuhrem w roli chłopa, z topornymi i łopatologicznie podanymi dialogami, może być jednakowoż obrazkiem godnym polecenia. Przede wszystkim Pasikowski wygrywa wyborem tematu, odwagą i konsekwencją w jego realizacji. Dwóch braci usiłuje dociec prawdy o pochodzeniu ich ziemi, wedle wieści gminnej należącej do ich ojca i dziadka. Ich domorosłe śledztwo nie jest na rękę całej wsi, mającej interes w ukrywaniu strasznych faktów. Odwieczny polski antysemityzm koegzystuje tu z postawami moralnie szlachetnymi i słusznymi – jak w realu. No cóż – tego typu filmy, choćby nie do końca udane, stanowią istotny etap naszego rozrachunku z przeszłością.

 

   Komentowanie „Bez wstydu“ odpuszczę. To słaby i kiepsko zrealizowany film; szkoda czasu na jego recenzję. Natomiast bardzo podobał mi się debiut Marysi Sadowskiej pt. „Dzień kobiet“. Rzecz o rzeczywistości wczesnego, krwiożerczego kapitalizmu, w którym pracujące w znanej sieciówce kobiety są niewolniczo wykorzystywane i upadlane. Film Sadowskiej, choć momentami nieco naiwny, broni się dobrą grą aktorską (świetne role Kwiatkowskiej, Lubosa i Kolak) i montażem. Robi wrażenie i przekonuje przemiana głównej bohaterki, która z zastraszonej kierowniczki sklepu staje się bojowniczką o słuszną sprawę.

 

   Parę lat temu komentowałem konkursowe filmy z Gdyni dla programu „Łossskot“. Mam wrażenie, że coś się naprawdę ruszyło w polskim kinie. Tamte filmy bywały niezłe, przyzwoicie napisane i zagrane, ale z reguły czegoś im brakowało. W filmach tegorocznej edycji FPFF zauważyłem nową jakość. Odwagę w tematach rozrachunkowych i pozytywną bezczelność w przedstawianiu niełatwych tez. Wiarygodność historii i postaci, bezkompromisowość w poszukiwaniu prawdy i dążeniu do artystycznego katharsis. Nie macie pojęcia, jak mnie to cieszy. No bo jak długo można robić źle zrealizowane filmy o niczym za 5 milionów złotych?

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

POLITYKA, SRALITYKA - TO TYLKO MOJE ZDANIE

sobota, 05 maja 2012 11:12

 

   Walek Dzedzej, pierwszy polski punk, występujący w przejściach podziemnych legendarny songwriter, śpiewał kiedyś: „nie jestem w ZMS-ie, nie jestem w KOR-ze, nie jestem w partii, nie jestem, kurwa, niczym“. Wolny człowiek był z tego Dzedzeja! Człowiek wpieprza się w różne układy, bo w coś-tam wierzy, bo w grupie bywa raźniej. Z kolei taki Wooody Guthrie, duchowy ojciec Dylana, poglądowo tęgi socjalista albo nawet komunista, nigdy nie chciał wejść w posiadanie partyjnej książeczki amerykańskiej Partii Komunistycznej. Z obawy? Na pewno nie. Woody chciał po prostu pozostać wolnym człowiekiem, choć jego przekaz był jasny jak grom z nieba, a na jego gitarze widniał napis: „TA GITARA ZABIJA FASZYSTÓW“. Rozumiem tę postawę. Zawsze ciągnęło mnie do lewicy, choć nigdy nie utożsamiałem się z SLD, spadkobiercą dawnego reżimowego PZPR-u. Komuna kojarzyła mi się z najgorszym gównem, najbardziej smutnym i przygnębiającym doświadczeniem mojego życia. Z drugiej strony – kapitalizm, choć ekonomicznie słuszny, nie był w stanie podekscytować mojej wyobraźni. System, w którym paru stuletnich Szwajcarów, Amerykanów czy Izraelitów dzierży w garści cały świat, wszystkie korporacje, banki i firmy, i w którym nikt nie oferuje żadnego duchowego remedium oprócz nadstawiania drugiego policzka tudzież oplątania się semteksem i wysadzenia w powietrze – taki system po prostu ssie dupę.

 

   Po trosze zawsze byłem lewakiem – to po prostu kwestia współczucia, społecznego uwrażliwienia. Nie twierdzę jednak, że prawicowcy nie są wrażliwi społecznie. Wszystko jest pod kontrolą, dopóki na scenę nie wejdą dymiącogłowi ekstremiści. Ale czy warto toczyć z nimi wojnę? Moje zasady biorą się z motta mistrza Funakoshiego, ojca współczesnego karate: karate ni sente nashi (karate nie atakuje pierwsze). Rozumiem ideę wojny prewencyjnej, ale się z nią nie zgadzam. Odczuwam sympatię do lewaków i anarchistów, bo ich poglądy są mi częstokroć bliskie. A jednak uważam, że wszelka walka na barykadach nie ma sensu – siłowa konfrontacja jest zawsze najgorszym rozwiązaniem. Nigdy nie byłem fanem tłumu, nawet tego, który ma rację - od kiedy w wieku 15 lat dostałem w pierdol od popersów na koncercie grupy Classic Noveaux w gdańskiej Oliwii. Pamiętam, że próbowałem się bronić, ale znienacka zacząłem dostawać plomby od kilkunastu osób naraz. Co chwila ktoś ściągał mnie z powrotem za kurtkę na sam środek parkietu i dopiero za czwartym razem udało mi się ostatecznie dać nogę. Cóż, samo życie. Otrząsnąłem się jak pies, poszedłem do chaty, obłożyłem lodem i już godzinę później byłem na imprezie w Rudym Kocie. Tak, tak, człowiek szybko się regenerował – ale, jak się to mówi, niesmak pozostał. Pozostała też pewna nieufność – do wszelkich zgromadzeń. W słusznej i niesłusznej sprawie.

 

 

    To, co powiedziała na Kolorowej Niepodległej Kazia Szczuka, było bardzo mądre i ważne – w Polsce chcemy prawicy z prawdziwego zdarzenia, a w przyszłym roku zapraszamy was na wspólną paradę. Coś w tym stylu. Zgadza się, bardzo słusznie. Ale w Polsce jest po prostu mnóstwo głupich ludzi. Po jednej i po drugiej stronie. W każdym kraju, w każdej demokracji, która jest zresztą czymś w rodzaju mniejszego zła, podobnie jak wszystkie jej instytucje (bo nikt niczego lepszego nie wymyślił) - większość ludzi jawi się bezrefleksyjnymi głupkami, których emocje ciskają na lewo i prawo, po różnych politycznie skrajnych kątach. Problemem kontr-demonstracji z 11 listopada z ubiegłego roku był fakt, iż ramię w ramię ze zdroworosądkowymi prawicowcami, ulicami Warszawy przeszły setki żądnych krwi, nawiedzonych oszołomów, których z kolei usiłowali złowić w sidła swego elektoratu populistyczni politycy. Problemem "Kolorowej" była symetryczna manipulacja i nadużycie polityków. Koniec końców to te amoralne gady wyniosły z tego wszystkiego korzyść. Bo za każdą wojną, zewnętrzną czy domową, stoi jakiś siwogłowy, pozbawiony skrupułów, kuty na cztery łapy polityk, dla którego napierdalanka, nieszczęście i ludzka śmierć oznaczają wzrost notowań lub zer na koncie. I w związku z tym kij mu w mrowisko. Jest jeszcze trzecia strona medalu – młodzi ludzie lubią się ponapierdalać, bo chemia wrze im w głowie i zakłóca wszelką refleksję. Ostatnio zakumplowałem się z elektrykiem Mariuszem z Gdyni, kibicem Arki w moim wieku, który pomagał mi w domu w związku z awarią instalacji. Mariusz jako młody kibic miał swoje za uszami, ja zresztą również. Teraz pośmialiśmy się z tego, wypiliśmy po piwie i życzyliśmy sobie oraz swoim klubom wszystkiego najlepszego. Jeśli ktoś się uważa za prawdziwego Polaka, będąc fanem Lechii czy ŁKS-u, i widzi w fanie Arki czy innego Widzewa, wroga, lewaka, pedała i Żyda – jest debilem w najczystszej postaci. Jeśli (choć umiarkowanie) nie kibicuje Legii czy Lechowi, grającym w europejskich pucharach, jeśli demoluje krzesełka na polskich stadionach, chyba też całkiem daleko mu do postawy patriotycznej. Niemądry kibolu, naziolu, zrozum to wreszcie – nie ma czegoś takiego jak prawdziwy Polak. Każdy współczesny Polak to mieszanka polskości, niemieckości, śląskości, kaszubstwa, mazurstwa, żydowstwa, rusiństwa... A pewnie też i koziństwa, bo my, Polacy, niejednokrotnie uprawialiśmy seks z kozami i różnymi zwierzętami gospodarstwa domowego. Dlatego Polak czystej krwi to mit, he-he! Ale prawdziwego patrioty – niestety - też dziś ze świecą szukać.


Podziel się

komentarze (65) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 681 872  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2681872
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl