Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

JAKA JEST ROLA INDIANINA?...

środa, 22 czerwca 2011 10:56

 

 

   Na samym początku chciałbym wyjaśnić, że od dziecka podziwiam Indian, a niniejszy tekst nie zawiera treści rasistowskich. Chodzi tu tylko o pojedynczy ludzki przypadek. Otóż od dawna podejrzewałem, że Indianin z Black Eyed Peas to wyjątkowy nieudacznik. Zdać by się mogło, iż Will.I.Am i Fergie wzięli go do kapeli, żeby go pocieszyć; w istocie rzeczy od lat ciągną z tego grubą kaskę. Lata temu napisali w swym podaniu o grant, że ich muzyczny projekt jest międzynarodowy i międzyrasowy. Że gra w nim dwóch czarnych i białaska, ba: jest nawet Indianin, potomek Saneczkującego Węża i Zamarynowanej Renklody. Owszem, ich Indianin jest jakiś dziwny, jakby na modłę Wodza z pamiętnej książki Kena Kesey’a pt. „Lot nad kukułczym gniazdem“ - i o to chodzi. Jego rodzina zapiła się na śmierć wodą ognistą, którą sprzedawały im podstępne białasy. Ich Indianin ma zadanie budzić litość międzynarodowych widzów, boć przecież wszyscy kochamy kulturę Indian: uduchowionych i odważnych dzieci Natury. Budzi litość, bo jest cokolwiek nieudaczny: słabo tańczy i kiepsko rapuje. Jest typowym „loserem“, któremu wstrętny Will.I.Am i suka Fergie rzucają nędzne ochłapy pojedynczych fraz, nieistotnych i marginalnych partii wideoklipu. To wyrapuje jakiś żenujący dwuwers; to w bezruchu zawiśnie nad imprezowiczami. W jeszcze innym klipie jest astronautą, który leci ku Słońcu: Will.I.Am i Fergie  wysłali go na niechybną śmierć przez roztopienie (niczym radzieccy komuniści suczkę Łajkę).

 

   Aż tu naraz okazuje się, że w nowym klipie B.E.P. Indianin gra pierwsze skrzypce. Jest go wszędzie pełno: śpiewa, stepuje, popierduje, rapuje i tańczy. I cóż mam o tym wszystkim myśleć? Czy Will.I.Am i Fergie postanowili podarować mu piosenkę, żeby wyciągnąć jeszcze więcej grantowego siana i żeby zauroczyć indiański target, czy też sprawy mają się zupełnie inaczej? Tak naprawdę to nieudaczny Indianin pociąga za sznurki, a niemądrzy Will.I.Am i Fergie są jeno poślednimi podwykonawcami? I to właśnie nasz „loser“ jest wielkim muzycznym producentem, pisuje chwytliwe melodie i generuje legendę zespołu, podczas gdy reszta jawi się bezmyślnie bezwolnymi pacynkami w jego indiańskich dłoniach?...

 

   Nie wiem, jak jest naprawdę. I chyba wcale nie chcę wiedzieć, bo mnie ta niewiedza jakoś dziwnie podnieca. Nie sprawdzałem faktów w Wikipedii – niech zagadka rozwikła się sama, tak myślałem. Ale może Wy wiecie coś więcej? Może Wy mnie oświecicie? Proszę tylko – bez oskarżeń o rasizm.

P.S. W głębi ducha sądzę, iż my - białasy - wyginiemy. To znaczy - zmieszamy się z czarnymi, żółtymi, czerwonymi, bo taki już los ludzkości. Bo przez wieki byliśmy białymi, aroganckimi gnojami. Bo entropia i tak dalej... On and on is all we are.

 


Podziel się

komentarze (94) | dodaj komentarz

JAK KUPOWAŁEM AUTO

piątek, 10 czerwca 2011 14:07

 

   To było tak. Miałem po dziurki w nosie zdezelowanego, zespołowego busa, którego naprawy i wieczny rozpad kojarzyły mi się z pewnym okresem życia – właściwie z całą uprzednią dekadą. Nowe auto miało być wehikułem rodzinnym, a nie własnością pułku, ustawicznie toczącą się po krajowych asfaltach i szutrach, ledwie zipiącą pod toną ciężkiego osprzętu i cielskami muzykujących samców. U znajomego zamówiłem używanego VW Sharana z Niemiec, celując w sprawnego sześciolatka. Uzbierałem większość kasy, mozolnie dłubiąc przy muzyce do teatru i innych ambitnych chałturach. Resztę pożyczyłem od mojej mamy, która jest mistrzem świata w oszczędzaniu. Przycina nawet na tramwajach, będąc pierwszym piechurem Trójmiasta. Na najwyższym miejscu podium stoi tuż obok Końja, o którym Krzychu Skiba opowiadał, że potrafił codziennie przejść 5 kilometrów z rodzinnego Brzeźna do Wrzeszcza (gdzie mieściła się ongiś dawna redakcja Gazety Morskiej) za darmową gazetą i kawą. Szacunek! Kolega Marcina zadzwonił, że ma Sharana w dobrym stanie i o małym przebiegu. Obejrzałem zdjęcia na mejlu – auto wyglądało git. Spotkałem się z kolegą i wpłaciłem mu większość sumy za pisemnym potwierdzeniem. Nazajutrz kolega pojechał do Niemiec po auto. Dwa dni później mój Sharan znalazł się w warsztacie samochodowym w Słupsku celem niewielkiego liftingu. Przy okazji zmieniono mu rozrząd, olej i sprawdzono elektrykę. W międzyczasie zacząłem załatwiać sprawy urzędowe. I wtedy zaczęły się schody.


  Dzień pierwszy. Pojechałem do urzędu celnego, gdzie zostałem rozpoznany. Zapłaciłem 800 zł akcyzy, pani urzędniczka i pan plutonowy od ręki wydali mi wszystkie papiery. Pojawił się mały problem – auto zostało zarejestrowane na początku roku 2005. Po rozkodowaniu czegoś tam państwo celnicy stwierdzili, że auto zostało wyprodukowane w grudniu 2004. No cóż, powiedziałem. Poradzimy sobie i ze sprawnym siedmiolatkiem.


  Dzień drugi. Przelewem zapłaciłem 500 za recycling. Wydrukowałem dowód przelewu. Pojechałem do urzędu skarbowego i w okienku „kancelarii“ złożyłem wszystkie tysiąc papierów: dokumenty akcyzowe, dowód przelewu, oryginały kupna/sprzedaży, papiery wozu, tłumaczenie tych ostatnich na polski, badania techniczne, dokument od diagnosty, wypełniony formularz podatkowy. Kazano mi przyjść trzy dni później.


  Dzień piąty. O godzinie ósmej rano stawiłem się przed okienkiem „kancelarii“. Pani urzędniczka kazała mi pójść do pokoju 312. Tam przywitał mnie oschły pan, który oferował mi krzesło. Gdy usiadłem, zadał mi proste pytanie: „Kto kupił auto?“ Przypominam – ósma rano. Za wcześnie, żeby kłamać. Poza tym – urząd skarbowy. Staram się nie kłamać, wedle buddyjskich wskazań. A jednak raz na sto lat zdarza mi się nałgać jakiemuś nieszczęsnemu babilończykowi – są tzw. kłamstwa strategiczne. Ale żeby dobrze ściemnić, trzeba wiedzieć, w którą stronę – nie wiedziałem. „Kolega“, odparłem prostolinijnie. „I kolega podpisał się za pana?“, kontynuował urzędas. Nie potrafiłem zaprzeczyć. Przypomniało mi się, że kolega popełnił spory błąd w sztuce i podpisał się „Tymiński“. Nie miałem siły tłumaczyć, że miałem mega-kaca, a na kacu gigancie podpisuję się zawsze „Tymiński“. „Rozumie pan, o co mi chodzi?“, triumfowała męska biurwa. „Brakuje dokumentu kupna/sprzedaży od pana, który kupił auto“. „To co kolega ma zrobić?“, zapytałem rozdrażniony. „Jechać do Niemiec po podpis?“. „To już pana sprawa“, ucięła biurwa. Byłem w dupie. Był piątek - musiałem wycofać wniosek i zebrać myśli.


   Dzień szósty. Odebrałem nowe papiery z pociągu relacji Słupsk – Gdańsk.


   Dzień siódmy. We wtorek poszedłem do innego urzędu skarbowego. Skorzystałem z tego, źe pewien czas temu zmieniłem adres zameldowania. Wypełniłem formularz NIP-u 3 i z niepokojem w sercu pojechałem na ulicę Żaglową. W urzędzie przywitała mnie atmosféra kanikuły. Było niewielu petentów, urzędniczki były ludzkie i miłe. Pani zajmująca się moją sprawą kazała wrócić w środę po papiery podatkowe.


   Dzień dziewiąty. Pojechałem na ulicę Żaglową. Ta sama miła pani wydała mi dokumenty. Ostrzegła, że w związku z niezgodnością co do roku produkcji mogą mnie czekać kłopoty w urzędzie komunikacji. W razie draki - zapraszała ponownie. Pojechałem do urzędu miejskiego na Partyzantów. Kolejny pan biurwa przyjrzał się papierom i powiedział spokojnie: „nie da się tego zrobić - są dwie wersje roku produkcji. Albo pojedzie pan do urzędu celnego i poprosi o zmianę roku produkcji na 2005, albo będzie pan musiał wrócić do urzędu skarbowego oraz diagnosty i zmienić rok produkcji na 2004“. „Panie“, powiedziałem wzburzony. „Diagnosta mieszka w Słupsku“. „Nic panu na to nie poradzę“, odparł urzędas. Zawrzałem świętym gniewem. „Człowieku, co to ma być? Chodzę po urzędach jak jakiś szczur, jak śmieciarz, prosząc was u przysługę. Kupiłem auto za ponad 40 tysięcy złotych. Przyłażę tu już prawie dwa tygodnie, a wy pijecie kawkę i robicie ludziom łaskę! A jak ktoś mi zarąbie auto, ubezpieczyciel łaskawie wypłaci mi połowę sumy! Gdzie ja, kurwa, mieszkam?“. Pan był spokojny – pewnie nie raz słyszał ludzkie jęki. Wybiegłem z urzędu z pianą, cieknącą mi z ust. Zadzwoniłem do Wyborczej i poprosiłem kumpla o przysługę. „Stary, czy mogę napisać artykuł o rzeczywistości urzędowej w Polsce? Jestem to winien tysiącom ludzi, którzy nie mogą zainterweniować. Żyjemy w państwie, które jest upierdliwe i represyjne, a oferuje ci chuja w zamian! Płać, płać, płać, płać! A jeśli czegoś od nas chcesz – cierpliwie stój w kolejkach“, wykrzyczałem do telefonu. Kumpel zachichotał i powiedział: „Dokładnie tak. Spoko, pisz“.


   Dzień dziesiąty. Musiałem pojechać na koncert. Moja dziewczyna Rita wsadziła diagnostyczne papiery do poprawki do pociągu relacji Gdańsk – Słupsk.


   Dzień jedenasty. Po weekendzie przyszły papiery. W poniedziałek rano pojechałem do urzędku skarbowego. Ujmująco miła pani kazała mi podpisać decyzję o zmianie roku produkcji auta. W ten sposób Sharanowi przybyl rok. W sumie miałem to w dupie. Chciałem mieć moje auto, które - wypucowane i lśniące - od ponad tygodnia czekało na mnie w warsztacie w Słupsku. Dzień dwunasty. O godzinie 15-tej przywlokłem się do urzędu miejskiego na Partyzantów. Byłem tu już parę razy i wiedziałem, że okres oczekiwania w kolejce wykracza poza godziny urzędowe. Można było rejestrować się online – kolejka kończyła się mniej więcej za tydzień. Dlatego grzecznie usiadłem na krześle i czekałem, aż pojawi się numerek, którego właściciela nie będzie. Miałem szczęście. Szybko wskoczyłem na puste miejsce, pani urzędniczka westchnęła i powiedziała: „tylko szybko, zaraz kończy się nasz czas pracy“. Siedziałem cicho; miałem nadzieję, że pani nie znajdzie jakiegoś paskudnego kruczka. Nie szukała – gawędziła z małą wnuczką i spieszyła się do domu. Na koniec przypętał się sympatyczny pan, który zapytał, co zmoim musicalem. Okazało się, że sam pisze scenariusze filmowe; obiecał nam kibicować. Na koniec zwrócił się się do pani urzędniczki i powiedział: „tacy ludzie powinni być obsługiwani poza kolejnością – za wkład w kulturę“. „Bardzo mi miło, że pan tak myśli“, odparłem. „Ale wolałbym być obsługiwany na równi z innymi – przez dwa, trzy dni, a nie dwa tygodnie!“. Zreasumujmy - w naszych urzędach jest sporo miłych ludzi, którzy nie są odpowiedzialni za nieudaczę polskich reform, luki prawne, biurokrację i absolutną niewygodę przepisów. Pozostaje faktem, iż mieszkamy we wczesnokapitalistycznym państwie urzędowej niesprawiedliwości i upierdliwości. Ja dla tego państwa muszę upuszczać krew i płacić, płacić; robić wszystko (łącznie z odśnieżaniem wspólnego podwórka). To samo państwo proponuje mi w zamian – gówno. Mogę sobie postać w kolejkach do lekarza, który przyjmie za pół roku. No cóż – trzeba cierpliwie przeczekać tę fazę, jesteśmy zapóżnieni w rozwoju o kilkadziesiąt lat. Z drugiej strony - co mają powiedzieć biedni Białorusini?...


   Dzień trzynasty. Dzień wcześniej Rita wysłała koledze w Słupsku papiery wozu i tablice rejestracyjne. Pod wieczór na podwórko zajechał mój Sharan. Wyglądał pięknie i jeździł jak mistrz. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Chociaż - jak w kawale - niesmak pozostał.


Podziel się

komentarze (51) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 890  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730890
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl