Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 527 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O SOBOTNIM KONCERCIE PAULA

środa, 26 czerwca 2013 1:19

 

      Paul McCartney jest wielki. Można mu zarzucić parę starczych wad – muzyczną powierzchowność, płytkość, staroświeckość, brak rozwoju. Ale wszystkie te argumenty rozsypują się w miałki proch, jeśli tylko zobaczycie go na żywo. Jeśli czekaliście długie lata, żeby go ujrzeć i usłyszeć. Tych wszystkich, którzy uwierzyli w mit śmierci Paula - ten słynny, potwierdzony licznymi znakami - pragnę zapewnić, że Paul żyje i ma się świetnie. Jeszcze innych, którzy uważają, że jest starym nudziarzem o trzęsącym się głosie, pragnę przekonać, że to nieprawda. Ci, którzy pojawili się na sobotnim koncercie na Stadionie Narodowym, wiedzą lepiej – mieliśmy wspaniałą okazję posłuchać kogoś, kto stał się istotną częścią naszej muzycznej rodziny. Rodziny, składającej się z wujków Paula, Johna, George i Ringo, których cudowna, niepowtarzalna muzyka dotknęła i subtelnie zmieniła nasze całe życie.

 

   Przede wszystkim niepokoiłem się o jego formę. Czy chłopisko ma jeszcze resztki tego genialnego głosu? Dwa dni wcześniej obejrzałem koncert na DVD, na którym skompilowane zostały najlepsze wykonania piosenek z trasy The US Tour z roku 2005. Wrażenie robią zarówno nieskazitelny, muzyczny performance, jak i emocjonalne reakcje ciżby fanów – od kilkunastoletnich podlotków, po podstarzałych hippisów oraz ich ekstatycznie przeżywające muzę, piękniejsze połowy. Pal licho produkcyjny perfekcjonizm DVD, na którym zespół brzmi jak kolektyw napalonych, rockowych sessionhacków, odgrzewających dawne hity nie do podrobienia. A jednak prawdziwe przeżycie czeka Was dopiero w konfrontacji z McCartney’em na żywo. Ten facet ma 71 lat i mógłby już być emerytowaną galaretą. Zamiast tego jeździ po świecie, niezmordowanie grając trzygodzinne koncerty; hasa i pląsa po scenie, wyśpiewując swoje genialne ballady albo drąc się swoim „little-richardowskim“ głosem. Absolutny szacunek.

 

   Czterdzieści tysięcy ludzi, którzy mieli okazję zobaczyć jego pierwszy polski koncert, wyszło ze Stadionu Narodowego oczarowanych. W większości to młodzież, która chciała doświadczyć choć drobnej części legendy Beatlesów. Tym, którzy odrzucili argumentację racjonalnego umysłu, dane było przeżyć momenty magii. Choć z moimi synami Lukasem i Kosmą obiecaliśmy sobie, że nie będziemy celebrować badziewiastych numerów z okresu Wingsów typu „Mrs Vanderbilt“ czy „Listen To What The Man Said“, po trzech numerach skakaliśmy jak tercet szczęśliwych goryli, wyśpiewując każdą zwrotkę, każdy refren. Skapitulowaliśmy jakoś w okolicach „Let Me Roll It“, w ekstazie wydzieraliśmy się w „Maybe I’m Amazed“, wreszcie zachrypliśmy razem z Paulem, wyjąc do „Hey Jude“, „Day Tripper“ oraz „Helter Skelter“. Kontakt empatycznej widowni i zespołu Paula przypominał mi sceny z filmu „Avatar“, w którym tubylcy Pandory, Na’vi, utrzymują organiczną więź ze swoim bóstwem-naturą, Eywą. Kiedy McCartney śpiewał „Hey, Jude“, morze fanów poruszało karteczkami z napisem „Hey, Paul“; podczas „Yesterday“ jednorodny tłum świecił w ciemności rozświetlonymi ekranami swoich komórek. Eks-Beatles momentami wyglądał na wzruszonego. W pewnym momencie obiecał nawet, że wróci do Polski. Trzy żywiołowe bisy dopełniły historii pierwszego gigu Paula McCartney’a w naszym pięknym, nadwiślanskim kraju. Było niezwykle, magicznie i metafizycznie. Był mesmeryzm zwierzęcy, voodoo, nadprzewodzenie i UFO. I na chwilę powrócił nieśmiertelny duch Beatlesów.

 


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

REPEAT MIAMI HEAT!

sobota, 22 czerwca 2013 2:47

 

   Już po finałach NBA – dziś w nocy, po morderczej serii do siedmiu meczów, koszykarze Miami Heat pokonali San Antonio Spurs, po raz drugi z rzędu sięgając po mistrzostwo. Teoretycznie mistrzostwo Ameryki, praktycznie – mistrzostwo świata. Powiedzmy sobie szczerze, że NBA to po prostu something else. Absolutnie. Bez względu na to, że ostatnimi czasy do amerykańskiej ligi trafia coraz więcej wybitnych zawodników z innych kontynentów, głównie zresztą Europy. Tony Parker, Boris Diaw, Marc Gasol, Dirk Nowicki, Danilo Gallinari, Luol Deng, Serge Ibaka, Thabo Sefolosha, Ricky Rubio, Marcin Gortat – oto subiektywny zestaw najwybitniejszych europejskich graczy, biegających po parkietach NBA. Jedynie dwóch pierwszych grało w tegorocznym finale po stronie San Antonio. Jeśli chodzi o kluczowe role w swoich zespołach, odgrywają je jedynie Parker, Marc, młodszy z braci Gasol, podstarzały Nowicki i może jeszcze Deng, pod nieobecność Derricka Rose’a. Reszta to tło.

 

   Oglądam finały NBA od 1996 roku, kiedy Chicago Bulls z powracającym do ligi Michaelem Jordanem wygrało 72 mecze w regularnym sezonie, w finale pokonując Seattle Supersonic. Nigdy dotąd nie widziałem tak wyrównanej walki o mistrzostwo najlepszej ligi świata. Od kiedy pamiętam, normą była supremacja jednego teamu. Może jedynie siedmiomeczowa rywalizacja Lakersów z Bostonem z czerwca roku 2009 pod kątem intensywności i dramaturgii mogła nieco przypominać tegoroczne finały. A jednak w tym roku stała się rzecz niebywała – troszkę słabszy zespół wygrał z lepszym. Nie mam interesu chwalić drużyny z San Antonio: po odpadnięciu Lakersów byłem zdecydowanie za Miami, bo jestem fanem duetu James-Wade. Ostrogi prowadziły w serii od samego początku, konfrontując synergię całej drużyny przeciwko tytanicznemu wysiłkowi jednego człowieka (LeBrona), wspieranego przez kulawego pomagiera (Wade’a). Wygrały nawet małymi punktami, jeśli policzyć całą punktową zdobycz siedmiu meczów. A jednak mistrzostwo zostało w Miami. Wszystko przez kuriozalną końcówkę szóstego starcia, którego Ostrogi nie miały prawa przegrać. A jednak przegrały.

 

   Co dalej? W następnym roku drużynie Miami będzie jeszcze ciężej wygrywać. Kolana Dwyane Wade’a domagają się operacji, reszta zespołu nadaje się na złom albo do wymiany. Osobiście zostawiłbym tylko Chalmersa, Allena, Andersona, Battiera, żeby grzali ławę. W obecnym składzie nie widzę poważnych kandydatów do pierwszej piątki mistrzów. Na pewno nie jest nim Bosh, który przez wszystkie mecze finału grał poniżej oczekiwań kibiców i ekspertów, a w ostatnim zniknął w ogóle. Co gorsza, inne zespoły są coraz silniejsze. Obawiać się można nie tylko świetnych San Antonio i Indiany, ale również Oklahomy i Chicago z powracającym Derrickiem Rosem. Zagrożenie mogą stanowić nawet Warriors, Grizzlies czy Clippers. Dla Miami to wakacyjny ból głowy, dla nas, fanów, gwarancja świetnego sezonu.


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 925  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698925
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl