Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 526 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

RZEŹBA W CZYM

czwartek, 31 lipca 2008 9:51
Obejrzałem właśnie mecz krakowskiej Wisły przeciw jerozolimskiemu Beitarowi. Mecz niezły, tyle że - jak zwykle - przegrany. Wisła strzeliła gola w pierwszej połowie i prowadziła. W drugiej miała sporo okazji, cisnęła, cisnęła - ale to Beitar strzelał bramki i koniec końców wygrał 2:1. Domyślam się, że w rewanżu będzie 1:1 i na tym skończą się aspiracje najlepszej polskiej drużyny; jedynego klubu, który ma jeszcze nikłą szansę na Ligę Mistrzów. Patrzyłem na poczynania Pawła Brożka, Marka Zieńczuka, Mauro Cantoro i Andrzeja Niedzielana, którzy, jeden po drugim, pudłowali albo oddawali piłkę w ręce izraelskiego bramkarza i szczerze współczułem trenerowi Skorży. Skorża to trener nowego typu: myślący, kombinujący, oczytany. Zdecydowanie bliżej mu do Mourinho i Beniteza niż do Pawła Janasa i jemu podobnych. Cóż z tego, kiedy krakowskiej drużynie ewidentnie brak kreatywnego libero. Brak zimnokrwistego napastnika. Brak dobrych zmienników, którzy zastąpią kontuzjowanych stoperów. Z taką drużyną, chociażby i kosztującą sto milionów złotych, Skorża może bez straty meczu zawojować polską ligę - i na tym koniec. Bez większej kasy, bez profesjonalnego zaplecza, bez finansowej stabilizacji na poziomie lig europejskich, możemy sobie jeno pokibicować... FC Basel, Fenerbahce, CSKA Moskwa czy Sparcie Praga. Nas nawet nie stać na drużynę na poziomie wyżej wymienionych. Na poziomie międzynarodowym od lat polska piłka to niemoc, niemoc i jeszcze raz niemoc. Ciągle pamiętam, jakiego apetytu narobiła mi Wisła, kiedy parę lat temu w pięknym stylu pokonała u siebie Panathinaikos. Rewanżowy mecz (przegrany 1:4) obrzydził mi eliminacje do LM w polskim wydaniu na długo; do dziś pamiętam (słusznie otrzymaną) czerwoną kartkę Sobolewskiego, który, schodząc z boiska, miał rozpaczliwą minę powstańca warszawskiego, prowadzonego pod pluton egzekucyjny. Tylko że ja nie chcę oglądać nowych powstań warszawskich; chciałbym zobaczyć zwycięstwa polskich drużyn. Tym razem czerwoną kartkę zarobił Zieńczuk, który faulował i wykłócał się z sędzią (a miał już na końcie żółtą). Jestem w stanie znieść debilizm piłkarzy, jeżeli są wybitni. Mogę zrozumieć bezmózgowie Zidane'a, któremu nie idzie mecz o mistrzostwo świata i któremu sprytno-głupi Materazzi obraża siostrę. Co prawda na jego miejscu sprzedałbym plombę Materazziemu nie na boisku, ale w drodze do szatni, co by dziatki nie patrzyły i nie uczyły się chuliganerki. Ale Zieńczuk to tylko Zieńczuk: ani to świetny piłkarz, ani grecki mędrzec. Z czerwoną kartką na koncie nie zagra w rewanżu w Krakowie i tyle; zdaje się, że będą kłopoty z zastąpieniem jego czy kontuzjowanego Głowackiego. Panie Macieju - to do trenera Skorży - trzymam za Pana kciuki, bo dobry z Pana fachowiec, ale (z musu) rzeźbi Pan w trudnym materiale. Jakim - sam Pan wie. Jednakowoż - powodzenia.


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

MORZE, PLAŻA, SŁOŃCE

środa, 30 lipca 2008 10:32
Wczoraj wraz z Kosmą spędziliśmy prawie cały dzień na plaży. Ja głównie ten dzień przeleżałem, natomiast Kosma - tak jak ja w jego wieku - przesiedział większość godzin w wodzie. Były spore fale; Kosma rzucał się przez nie, udając parady bramkarskie. Też to kiedyś robiłem, w gruncie rzeczy całkiem niedawno. Wczoraj było prawie bezmurchnie, słońce prażyło cudownie i bezkarnie. Spaliliśmy się dość mocno, więc dzisiaj postanowiliśmy odpuścić sobie plażę. Pojedziemy nad morze jutro rano, żeby pozwolić słońcu dokonać dzieła zniszczenia skóry. Lubię się opalać, choć w dzieciństwie różnie z tym bywało. W przeciwieństwie do mego ojca i brata, ciemnowłosych i oliwkowoskórych, ja byłem - po mamie - ryży, ryszawy. Włosy miałem ciemnawe, o rudawym odcieniu, ale skórę dość bladą i nakrapianą piegami. W latach dziewiędziesiątych ubiegłego wieku - he, he - postanowiłem popracować nad zmianą pigmentacji. Pamiętam koszmarnie gorące lato roku 1994. Woda w morzu i w jeziorach była ciepła jak zupa; chodziły słuchy, iż wkurwione i głodne szczupaki mogą gryźć pływaków po jajach. Potrafiłem wypłynąć na środek jeziora i pozostać tam przez godzinę; raz na parę sekund robiłem leniwy, krokodyli ruch ręką lub nogą, żeby utrzymać się na powierzchni. Po dwóch miesiącach intensywnego opalania moja karnacja nabrała koloru jasnego brązu. Od tej pory coś się zmieniło. Owszem, na początku opalam się na czerwono, ale zaraz potem skóra mi ciemnieje. Muszę tylko pilnować, żeby za pierwszym razem nie zjarać się jak rak, bo zejdzie mi skóra (chociaż już nie boli jak w dzieciństwie, kiedy wszystko piekło tak, że na noc matka musiała smarować mi plecy maślanką). Z jednej  strony jest coś tandetnego w opalaniu. Gdy widzę te wszystkie brązowe laski po solariach, mam wrażenie, że słońce wypaliło im stygmaty ich stanu mentalnego: powierzchowność, bezrefleksyjność, ignorancja. Z drugiej - ludzka skóra kocha słońce. Może nie każda - znam ja totalnych białasów, cieniolubnych kochanków Północy, którzy gardzą plażą i opalaniem. Ja jestem typem Słowianina śródziemnomorskiego. Kocham słońce i wodę, boleję z powodu krótkiego lata, uwielbiam śródziemnomorskie żarcie: owoce morza, sałatki, (prawdziwą) fetę, wino. Zastanawiam się czasem, czemu podczas dawnych migracji i wędrówek niemądrzy pra-Polacy dali się zepchnąć na samą Północ. Może byli kłótliwymi nieudacznikami; a może po prostu przepili swój dostęp do Śródziemia...


Podziel się

komentarze (117) | dodaj komentarz

IRONIA LOSU

poniedziałek, 28 lipca 2008 9:33
Prawie cały miesiąc lipiec było pochmurnie albo lało. Gdy parę razy wybieraliśmy się na plażę, żeby złapać trochę słońca, w ciągu pół godziny chmurzyło się i kończyła się sielanka. W czwartek, piątek oraz sobotę miałem koncerty w Toruniu, Bełchatowie i Sanoku. Nastąpił smutny kres rodzinnej laby, starszy syn musiał wracać do Dusseldorfu. Gdy wyjeżdżałem, chłopcy robili usta w podkówkę - niby w żartach, ale wszystkim nam było przykro. Tak jest zawsze - rzeczy przyjemne trwają krótko, a nieprzyjemne ciągną się i kołaczą jak smród po gaciach. Słodki moment, jaki zapamiętam z tych wakacji - moi synowie, biegnący wzdłuż ulicy za moim autem i machający rękoma. Tak się nad tym zamyśliłem, że zapomniałem skręcić w drugę stronę, ku obwodnicy miasta Gdańska. Bolesna samsara dopadła mnie już za chwilę. Wpierw stanąłem w pólgodzinym korku przed Pruszczem; potem, wracając na obwodnicę przez Chełm, spędziłem za kierownicą kolejną godzinę, poruszając się w ślimaczym tempie pośród orszaku aut. Jak na ironię losu, pogoda była najpiękniejsza, jaka mogła się przydarzyć - tyle że nie do podróży. Słońce wysoko, wysoko, mega-ukrop, na niebie ani jednej chmurki. A ja - powoli topniejący w moim busie, Volkswagenie T4 bez klimy. Parę razy walnąłem pięścią w kierownicę, klnąc i złorzecząc przeciwnościom - i odpuściłem, poddając się powolnemu topnieniu. Jechałem do Torunia ponad cztery godziny; normalnie jedzie się około 2,5 godzin. Te zakorkowane, dziurawe drogi w wiecznej, marudnej przebudowie stają się zakałą mego życia. Spędzam na nich jedną trzecią swojego czasu i mam ich serdecznie dosyć - nawet nie wiadomo, komu za to strzelić słusznego liścia, skoro odpowiedzialne za ten stan rzeczy są wszystkie rządy po kolei. Dwadzieścia lat i prawie nic się zmieniło; i tylko spróbujcie spaprać to Euro - wtedy pakuję manele, lecę gdzieś w kosmos i na zawsze zapominam polskiego języka!.. W Bełchatowie graliśmy po raz pierwszy w życiu, na nasze nieszczęście - miast regularnego koncertu dla rokondrolowej młodzieży - tzw. taperkę do filmu „Metropolis" Fritza Langa. Ciekawego filmu, który sam zasugerowałem, zapomniawszy, że nowa wersja na DVD trwa bite dwie godziny. Jakoś to poszło, choć nie było łatwo. Wracając do hotelu, na głos wywoływaliśmy trenera Janasa - wiedzieliśmy, że może spać w tej samej noclegowni. Nurtowało nas pytanie, w jakim kosmicznym celu w meczu z Niemcami na MŚ 2006, na trzy minuty przed feralnym końcem, wpuścił Brożka. Rano okazało się, że bełchatowianki są całkiem niczego sobie - spacerowały sobie, kuso ubrane i apetyczne, w lejącej się z nieba śreżodze. My natomiast gnaliśmy już do Sanoka, gdzie straszono kolejną falą powodziową. Obyło się bez tragedii, choć sytuacja na miejscu była napięta. Graliśmy plener parę metrów od wściekłej i wzburzonej rzeki San. Brakowało dosłownie dziesięciu centrymetrów, żeby wylała na drogę i skansen, w którym odbywał się festiwal. Gdy tylko skończyliśmy rzępolić, wskoczyliśmy do busa i czmychnęliśmy do domu w kolejną, dręczącą podróż. Nie za bardzo uśmiechała się nam perspektywa kolejnego dnia w zalanym przez rzekę Sanoku. Przejechaliśmy te niebagatelne siedemset kilkadziesiąt kilometrów w całą noc i pół dnia; byliśmy w Gdańsku o 15-tej, śmierdzący, klejący i podduszeni. Mam teraz jeszcze tydzień wolnego, choć powoli zabieram się za ostatnie poprawki do piosenek z „Polskiego Gówna". Jeśli jutro nie będzie pogody, po prostu uduszę; tylko kogo?... Zeusa?...


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 874  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698874
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl