Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 738 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

OSTATNIE PODRYGI MIŁOŚCI

piątek, 31 lipca 2009 9:19

         Dwa dni temu mieliśmy z Miłością próby do sierpniowego koncertu na Offie. Przyjechał Filip (Dzierżawski), żeby skręcić nasze pierwsze spotkanie bez Mikołaja. Filip od roku robi dokumentalny film o Miłości; wydaje mi się, że temat jest naprawdę ciekawy i potrafi zaintrygować nawet tych, którzy nie mają pojęcia o jazzie. Zresztą co to znaczy: pojęcie o jazzie. Jeśli w knajpie widzisz bandę spoconych typów, którzy, jak w transie, napierdalają kosmiczne androny - wypij dwa, trzy piwa i wejdź w muzykę. Po prostu, bez oceny. Jeśli muzyka jest dobra, a ty jesteś otwarty - odlecisz na Aldebarana. Tak było z ludźmi, którzy przychodzili nas słuchać. Nasza wspólna historia... Bzykanie wspólnych przyjaciółek, wspólne dragowanie... Eksperymenty wspólnotowe i muzyczne, przebywanie ze sobą na okrągło przez 24 godziny na dobę... Nasze sympatie i animozje, setki godzin prób i koncertów, przegadane noce... Choroba i samobójstwo Oltera... Tego wszystkiego nie da się opowiedzieć, ale to wszystko - podskórnie - pulsuje w naszym filmie.


        Przede wszystkim widać i czuć (pomimo Mikołajowego dystansu), że stara chemia nie wygasła. Pierwszego dnia zdjęć badamy się nieco, drugiego dnia jest już fajnie. Trzeciego dnia kapela smaży fryty, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. Nie zgadzam się z Mikołajem, że ten eksperyment nie miał sensu. W sekcji z Kubą gramy jak Czech z Terry'm na obronie, Możdżer jest naszym Cristiano Ronaldo. Ronaldo-Możdżer uruchamia Sikałę, który zasuwa na prawej flance niczym niezmordowany Ribery. Natomiast z lewej strony w miłościowych barwach występuje bałtycki yeti. Yeti to Mikołaj Trzaska, który mówi w innym języku. Rzęzi, warczy, jazgocze i skamle. Atakuje energią przedpotopową, prekambryjską, przypomina o dzikich pieśniach Żmudzinów i Jaćwingów. W całości muzyka brzmi fascynująco, niemożliwie: oto połączenie dalekich pierwiastków, które rodzi atomową wręcz moc.


       Próby w kwartecie to nie to samo. Cholera - no pewnie, że brakuje Mikołaja. Jednak to my z Mikołajem współtworzyliśmy front tego pokręconego zespołu. Z pewnością dobrze by było, gdyby wystąpił - to jego kapela i tyle. Na koniec naszej ostatniej rozmowy powiedział: „Słuchaj. Nie mówię, że nigdy razem nie wystąpimy. Kiedyś, kiedy będziemy starzy i będzie nam ciekło z dupy... To może być frajda. Ale teraz to nas nie posuwa do przodu. Każdy ma swoje projekty i coś ważnego do zrobienia. Wygląda, jakbyśmy nie mieli już nic innego do roboty prócz wskrzeszania starego trupa". Jest w tym sporo racji. Obiecałem Mikołajowi, że to ostatni gig w tym składzie. Potrzebujemy go do zakończenia naszego filmu; mam też pomysł na to, żeby ów mysłowicki koncert nie okazał się smętną stypą po pogrzebie Miłości. Większość z ludzi, którzy przyjdą nas zobaczyć, będą mieli okazję usłyszeć nasz band po raz pierwszy... Bardzo możliwe, że i ostatni. I to jest w tym wszystkim zajebiste.



Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

LESTER SAYS

wtorek, 21 lipca 2009 13:54

         Z Dave'm Douglasem poznałem się sporo wcześniej. Robiłem z nim wywiad do Łossskotu; innym razem byłem jego tłumaczem przy okazji katowickiego koncertu jego sekstetu. Nie mogę powiedzieć, żeby między nami specjalnie iskrzyło. Myślę, że darzymy się obopólnym szacunkiem i względną sympatią, ale na tym koniec. Dave to gość, który jest dyplomatycznie sympatyczny. Dyktuje jednak swoje warunki kontaktu typu: „Powiedz dwa, trzy ciekawe zdania. Więcej nie mów, bo cię nie będę słuchać". Daje z siebie to, czego w we wspólnym muzykowaniu potrzeba. Udziela się, jak przystało na prowadzącego warsztaty; komplementuje zespół i kompozycje, chwali sound i odwagę solistów, wygłasza celne uwagi. W sensie warsztatowym było to spotkanie nauczyciela pierwszej klasy, swoistego playmakera zwycięskiego teamu NBA. Dostaliśmy wielkie, merytoryczne nauki: za to Dave'owi cześć i chwała. Liczyłem na spotkanie trzeciego stopnia, ale to jest doświadczenie niezwykle rzadkie. Doświadczenie, które czyni różnicę pomiędzy masą świetnych nauczycieli a garstką pojedynczych mistrzów... Możliwe, że zagrało między nami jakieś samczo-liderowskie napięcie. Może po prostu nie jestem zanadto pokorny i nie padłem przed Dave'm na kolana.


         Prawda jest bowiem taka, że od Lestera Bowie'go dostałem na tacy wszystko i więcej. Było w tym akcie coś ze szczodrości i bezinteresowności mistrza Zen, który przyjeżdża dać przekaz mocy swoim zapomnianym uczniom - białym Murzynom z Polski. Kiedy Lester pojawił się w naszym busie w lutym roku 1996, pierwszy, zupełnie niesamowity i czadowy koncert zagraliśmy w warszawskim Remoncie. Po koncercie tłumaczyłem jego wywiad dla Jazz Forum. „Czym jest jazz?", zapytał polski dziennikarz. „Jazz to kreatywna przestrzeń", odparł Lester. „Możesz robić, co ci się żywnie podoba. Wpierw naucz się zasad gry - porządnie, rzetelnie - a potem je złam. Potem pierdol zasady, pierdol jazz!". Poczułem, że zwiało mi kopułę czaszki. To było to, czego na próżno oczekiwałem od polskich, zasuszonych pseudo-masterów; to było coś, czego nigdy nie usłyszałem od nikogo oprócz paru duchowych nauczycieli, których miałem wielkie szczęście spotkać na swojej życiowej ścieżce.  Jeśli już usłyszałem od kogoś coś ciekawego, oryginalnego, idiosynkratycznego, zawsze brzmiało to jak egotyczne bajdurzenie Wałęsy - „ Zrobiłem to i tamto, wsławiłem się tym i owym. Gdyby nie ja...". W polskim jazzie nie ma takich gości jak Lester Bowie. Są tłumy koleżków od pilnowania tradycji i zasad, ciżby kustoszy czuwających nad zmurszałym muzeum, zastępy nocnych stróży, pilnujących stylistycznej czystości basenu jazzu, w którym już dawno zaschła wszelka woda. Było też kilku szalonych freaków, którzy wyrwali się z tego getta i uciekli w wielki świat. Ktoś kiedyś uruchomił ten polski akwapark, inspirując się różnorodnością amerykańskiego oceanu jazzu -  panowie Tyrmand i Eile, Milian i Komeda, Trzaskowski i Matuszkiewicz, Ptaszyn Wróblewski i Stańko. Niestety - wskutek różnorodnych, bolesnych przyczyn (komuna, bieda, małe, wąskie koryto, „fala" starszych wobec mlodszych) - polski jazz stał się smętnym, pobielanym grobem, który straszy na skansenach, szumnie nazywanych jazzowymi festiwalami...


       Pamiętam jeszcze, jak powiedziałem Lesterowi: „Wiesz co? Teraz, kiedy cię poznałem, mam wątpliwości co do tego, czy będę grał jazz. Będę grał to, co chcę - i ty mnie w tym upewniłeś". „I bardzo dobrze", odpowiedział Lester. „Większość jazzmanów będzie jechała po tobie za to, że grasz rocka. Rockowcy będą robili to samo - bo grasz jazz. Pierdol to wszystko, stary. Jeśli nie należysz nigdzie, należysz wszędzie - i oni ci tego zazdroszczą. Graj to, co ci gra w duszy. To jest najważniejsze - i to jest twoja jedyna powinność".

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Back to bassics

poniedziałek, 13 lipca 2009 11:16

   Po latach postanowiłem wrócić do kontrabasu. Zbierałem się z tą decyzją ładnych parę lat. Przez całe lata 90-te obijałem się z mym kolosem po przeróżnych scenach, garderobach, hotelach i pociągach. W pewnym momencie zacząłem serdecznie nienawidzić basowego krzyża, kolejnych stacji jazzowej tortury. Bólu palców, trzeszczących ścięgien. Tego, że w większości klubów brzmienie bylo dalekie od doskonałości, a kontrabas albo buczał i sprzęgał, abo go w ogóle nie było słychać. Jednak głównym powodem mej ucieczki od jazzu była śmierć Oltera. Dobry jazz powstaje dzięki wielkim zespołom, będąc wypadkową kreatywności, chemii i synergii ich członków. Bez Jacka nie było sensu dalej grać tego typu muzyki.

   Skupiłem się więc na rokendrolu; w międzyczasie przyszła wielce interesująca propozycja od Smarzola, który przysłał mi znakomity scenariusz filmu pt. „Wesele". Przez dwa lata miałem co robić; założyłem Tranzystory. Zbudowaliśmy nowy repertuar praktycznie od zera, z rzadka posiłkując się garścią standardów tudzież kilkoma hitami Kur. Potem pojawił się pomysł na Yass Ensemble. Postanowiłem połączyć energię chlopaków z  Pink Freuda z doświadczeniem starych tuzów, kapitalnych frików w rodzaju Ziuta Gralaka czy Alka Koreckiego - ludzi, których muzykę podziwiałem od zawsze. Wreszcie w tym roku - w związku z absencją sekcji rytmicznej - zostałem zmuszony do wyruszenia w trasę Yass Ensemble'u z kontrabasem. Na perkusji zagrał Macio Moretti. Cóż - kto był na koncertach, ten wie. To nie był był smooth czy business jazz; to było ostre jazzowe dymanie... Granie z Maciem było czymś kapitalnym. Od dawna nie spotkałem kogoś tak przytomnego, wesołego i pełnego inwencji. Myślę, że i on docenił moje doświadczenie dziesięciu lat zmagania się z grubymi strunami kontrabasu. Pewnie jeszcze nieraz wrócimy do wspólnego koncertowania.

Kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie Mariusz Adamiak, proponując memu składowi występ na WSJD. Jako specjalnego gościa wymyśliłem sobie Dave'a Douglasa - robiłem z nim wywiad do Łossskotu, innym razem bylem jego tłumaczem. Nie wiedziałem, czy się zgodzi; w rozmowach pośredniczył Andrzej Kalinowski, mój menago i serdeczny kumpel. Okazało się, że Douglas nagrał akurat płytę, dedykowaną Lesterowi. Ostatecznie powołaliśmy do życia sekstet o nazwie Tymański Brass Ensemble i umówiliśmy się z Dave'm na wspólny koncert pod tytułem „In Memory of Lester Bowie". O szczegółach naszej współpracy opowiem w następnym wpisie (ileż można czytać, prawda?).

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 592  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862592
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl