Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

EVERYDAY MIND IS THE WAY

wtorek, 31 lipca 2012 23:23

 

     Niezwykłe w życiu jest to, że każdy dzień jest częścią ścieżki i Drogi. Mało tego – każdy dzień jest ścieżką i Drogą samą w sobie. Mistrzowie Zen mawiali: „everyday mind is the Way“. Kiedyś tego nie rozumiałem. Każdy dzień wydawał mi się oddzielony od reszty; człowiek nieustannie gdzieś pędził, ciągle tylko naprzód i naprzód. Zamiast doświadczać tego, co jest, być tu i teraz. Dostojnie pożuć tę chwilę, która jawi się Drogą samą w sobie.

 

   Przyjemnie jest się starzeć. Czuję, że to najlepszy okres w moim życiu. Zrealizowałem sporo pomysłów, o których zawsze marzyłem. Całe szczęście nie wszystkie, więc mam ciągle sporo do zrobienia. Mam prawie dorosłych i zajebiście fajnych synów, którzy w istocie rzeczy są moim największym sukcesem. Jeszcze się od siebie nie oddzieliliśmy, mamy bardzo dobry kontakt i świetnie się rozumiemy. Czuję, że jestem im bardzo potrzebny i bardzo ich potrzebuję, ale to też sytuacja dynamiczna. Nie muszę już walczyć o każdą rzecz, mogę sobie odpuścić. Rozpoczynam drugą połowę mego życiowego meczu, a sprawy toczą się niejako z górki – bez wysiłku, same z siebie. Owszem, ciągle bardzo dużo pracuję, żeby zasiewać dobrą karmę kreacji i jej plonów. Dbam o ruch, dbam o to, co jem – żeby wygenerować dobrą karmę zdrowia. Ale oto pojawił się jakiś balans, jakieś wielce przyjemne zrównoważenie, które do tej pory nie było moim udziałem. Bo całe życie byłem po prostu popierdolony. Męczyłem się sam ze sobą i choć czułem, że idę w dobrym kierunku, wszystko ciągle było jakoś nie tak. Ja byłem jakiś nie taki. Było mnie za dużo albo nie było mnie w ogóle.

 

   Czy wspominałem już o tym, że za czasów Totartu razem z Kudłatym usiłowaliśmy napisać teoremat pod głupkowatym tytułem “O Wszystkim“? Miał dotyczyć nowego porządku świata, który ogłaszał Totart: końca koncepcji sztuki i artysty, zarania świata ujawnień i imprzejawników, w którym wszyscy mogą tworzyć i tworzą do rozpuku, bo kreowanie jest najlepszą terapią. „Mind games – forever“. Bo jesteśmy pojebani i musimy tworzyć, żeby znaleźć drogi do siebie samych. Bo nie istnieje Bóg, który nam pomoże. Bo nie istnieje przeszłość i przyszłość, jest tylko ten moment. Bo nie wierzymy w tezy mędrców, filozofów, naukowców, kustoszy i wszelakich jurorów. Bo nie istnieje gorsza i lepsza twórczość – wszak wszystko jest wartościowe. „Wszystko jest warte“, powtarzaliśmy sobie z Kudłatym w pociągach i tramwajach, tworząc naszą juwenilną teorię wszystkiego. Nigdy jej nie opisaliśmy, bo koniec końców nas przerosła. Podobnie jak codziennie przerasta nas życie, które samo w sobie jest nauczycielem – bez Boga, Buddy, pratyki i systemu. Jeśli tylko jesteś uważny i obserwujesz. Bez przywiązania. Pozwalając zjawiskom przychodzić i odchodzić. Tak to mniej więcej wygląda.

 


Podziel się

komentarze (46) | dodaj komentarz

ZACZĄŁEM KUMAĆ, O CO CHODZI Z TYMI KOTAMI

środa, 18 lipca 2012 10:46

 

    Dziwne te wakacje. Przez pierwszą połowę lipca było ciepło, nawet parno, ale zaraz po południu zaczynało padać i ładną pogodę brało licho. Teraz jest jeszcze gorzej – zrobiło się wręcz zimno. Co to ma być, do kaduka? Przedwczesna jesień? Mam chodzić na solarium, żeby się wygrzać i wyglądać na rezydenta-trójmiejszczanina? Teoretycznie mam wolne - niewiele koncertów, jakieś pojedyncze strzały w weekendy. Choć przecież trzy godziny nawijania z Kędziorem w „Rannym Kakao“ to normalna praca. Może nie całkiem normalna, ale regularna. Z drugiej strony – bo przecież wszystko ma dwa końce, a proca nawet trzy – w taką pogodę lepiej pracować. Powiedział pracoholik, który szukał wytłumaczenia.

 

   Dwa tygodnie temu rozstaliśmy się z Ritą – polubownie i w przyjaźni, co mnie bardzo cieszy. Byliśmy ze sobą dwa lata. Był to dla bardzo dobry czas, w którym oboje zebraliśmy się do kupy. Czemu się rozstaliśmy? Najprościej powiedzieć: trafiła kosa na kamień. To znaczy – ona kosa, ja kamień. Ale przynajmniej mamy do siebie duży respekt, a tego nie mogę powiedzieć o moich wszystkich istotnych związkach.

 

   W schedzie po Ricie dostałem kota - czarnoszarą kotkę o imieniu Dharma. To Rita ją tak nazwała, gwoli ścisłości. Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że przywiążę się do małego kota żeńskiej płci, nie uwierzyłbym. „Głupi kot“, powiedziałbym a la niejaki Eustachy Motyka, jeden z bohaterów mojej ulubionej kreskówki pt. „Chojrak“. Bo ja nigdy nie byłem fanem kotów. Szczególnie tych półdzikich, wkurwiająco-drapiąco-gryzących. Które mają cię w dupie, chyba że akurat dajesz im żarcie. Nie kręciły mnie też nigdy te wielkie, grube, wykastrowane kocury domowe, które wyglądają jak małe knury. Nie mówiąc już o nieznośnym odorze kocich szczochów. Zawsze wolałem psy, bo ludzko-psia miłość jest łatwiejsza i bardziej oczywista. Ale kotka Dharma uczy mnie rozumieć i szanować koty (kobiety?). Jest przyjazna, delikatna, słodka jak miód. Jej ciałko jest aksamitne, miękkie i sprężyste. Gdy się ze mną bawi, robi to subtelnie i empatycznie, żeby tylko nie pogryźć i nie podrapać. Gdy tylko zamieszkała u nas w domu, dostała kuwetę z piaskiem, w której zaczęła zostawiać swoje kocie bobki – bez żadnego przyuczania z naszej strony. Od razu wyczaiła, że jeśli jej piasek nie został zmieniony, może sprytnie nasikać do odpływu prysznica. Oczywiście nie jest to żadna wyjątkowa kocia błyskotliwość, one po prostu takie są – czyste i kumate. Mamy z Kosmą mnóstwo frajdy, obserwując jej zwyczaje - poranną gimnastykę, wygibasy przed lustrem, zainteresowanie światem, spontaniczne harce. Akurat gdy pisałem te słowa, kotka Dharma wskoczyła mi na plecy. Teraz siedzi sobie na mnie jak na grzbiecie słonia i triumfuje. Kochana Ritko – dziękuję za dwa lata nauk o kobiecych potrzebach. I za kota. Byłem mało pojętnym uczniem, przyznaję. Już taka moja męska natura. Ale moja kocica osładza mą kolejną życiową porażkę.

 


Podziel się

komentarze (39) | dodaj komentarz

PRZYSZEDŁ GONIEC I BAJKI KONIEC

poniedziałek, 02 lipca 2012 23:29

 

   Hiszpania po raz drugi z rzędu mistrzem Europy... Dla mnie, fana Barcelony, to wielka satysfakcja. Hiszpanie od lat grają najładniejszy futbol; należały im się te rzadkie we współczesnej piłce rekordy. Trzy zwycięskie turnieje, wieloletnia dominacja w mistrzostwach Europy – to naprawdę robi wrażenie. Od kiedy odpadła Polska, w duchu kibicowałem za Hiszpanami, ale miałem też wielki komfort braku przywiązania do ulubionej drużyny. Gdyby w półfinale Portugalia okazała się lepsza, nie miałbym do nikogo wielkiego żalu. W drugim spotkaniu kibicowałem za Włochami, bo jakoś nie umiem trzymać kciuków za Niemców. I wcale nie chodzi mi o tę dawną, popapraną wojnę, w której uzbrojone po pachy Niemaszki uganiały się w swych garnkopodobnych hełmach, krzycząc „Raus“ i „Haende hoch“... Wcale nie. Po prostu jakoś nie podoba mi się ich pewność siebie i arogancja, która kojarzy mi się z atmosferą wokół Bayernu. Ale – z drugiej strony – to nie tak, że nie przepadam za nimi do tyla, żeby nie docenić ich świetnej gry czy ewentualnego zwycięstwa w turnieju. Może nawet fakt mojego braku entuzjazmu dla niemieckich triumfów bierze się z czystej zazdrości – gdyby to Polacy tak uwierzyli w siebie, gdyby umieli to jeszcze udowodnić na boisku, zapewne nie miałbym do ich buty najmniejszych obiekcji. Ot, emocje i sentymenty. A jednak półfinał wygrali Włosi: inteligentny i skromny Prandelli, kapitalny Pirlo, spolegliwy Buffon i nieobliczalny Balotelli. W oparciu o resztę ciężko harujących rzemieślników z Juventusu, Milanu, Palermo, Romy, Napoli i Udinese. Aż miło było patrzeć!

 

   Finał był prawie perfekcyjny – do czasu kontuzji Motty, który z pośledniości Włochów uczynił pretekst do smutnego pogromu. Niepokoiłem się o formę przemęczonych sezonem Hiszpanów, którzy na boiskach Polski i Ukrainy przecież nie zachwycali. Szczęśliwie okazało się, że na koniec wyszedł im najlepszy mecz imprezy. Decydująca była druga bramka, rozegrana przez duet Xavi – Alba. Przyznam, iż czasem deczko drażni mnie specyficzne tempo rozgrywania akcji przez Xaviego, który, w nieskończoność bawiąc się piłką i dając innym sygnał do podobnej zabawy, częstokroć zwalnia kontry, z których mogłaby wyniknąć stuprocentowa okazja. Tym razem stało się inaczej: mózg Barcelony zawierzył brawurze 23-letniego lewoskrzydłowego La Roja (od września zawodnika wicemistrza Hiszpanii). Właściwie to był już koniec – w historii powojennych finałów tylko Niemcy byli w stanie pokonać Węgrów, do przerwy przegrywając 0:2. Gdy kontuzja Motty stała się faktem, było mi żal Włochów, ale taka jest piłka. Jeśli rzuciłeś na szalę wszystkie siły i nie jesteś w stanie wygrać, szykuj się na lanie. Z drugiej strony nie oczekujmy, że dzisiejszy Juventus, remisujący kilkanaście meczy w sezonie, z pomocą kilku piłkarzy przeciętnych włoskich ekip jest w stanie rozbić i upokorzyć zmasowane siły Barcelony i Realu.

 

   Euro 2012 skończyło się dla nas schizofrenicznym sukcesem: triumfem polskiej i ukraińskiej organizacji, promocją naszych krajów i życzliwych, gościnnych ludzi, oraz kolejnym – jakże bolesnym dla tych, którzy pamiętają lepsze czasy - potwierdzeniem mizerii rodzimego futbolu. Pyrrusowe zwycięstwo, można by powiedzieć. Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz, jak mawia mój kumpel z grupy Kury, Piotrek Pawlak. A przecież mogłoby być znacznie gorzej. Mogłoby nie być stadionów, dróg, hoteli, niczego. Mogłyby wyniknąć jakieś burdy, ruchawki czy inne zamachy... Brrr, aż nawet nie chcę o tym myśleć. Czyli mamy względny happy end - i choć nie było wytrysku, jest spora szansa na sequel. Franek Smuda dostał wymarzoną dużą bańkę za dwa remisy. Zbychu Boniek będzie najlepszym prezesem PZPN-u w historii, bo pierwszym bogatym z domu i przez to uczciwym. Waldek Fornalik to poukładany typ i dobrze mu z oczu patrzy, a nasza reprezentacja jest młoda i perspektywiczna. Zatem od września znów zaczynamy trzymać kciuki, modlić się do piłkarzy i do tej głupiego, kulistego przedmiotu, ongiś zwanego szmacianką. I tak w kółko, Macieju - do usrania.

 


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 916  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730916
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl