Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

LECHIA GRA Z BARCĄ!

wtorek, 30 lipca 2013 14:33

 

   Miałem straszną ochotę pojechać na mecz Lechii z Barceloną, ale w pierwotnym terminie było to niemożliwe. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności spotkanie przeniesiono na 30 lipca. Jakiś tydzień temu wygadałem się w audycji, że marzę, żeby tam być. Za chwilę odezwał się Majki, gdańszczanin, aktualnie mój sąsiad z Bobrowieckiej. Planował wypad do Gdańska na pół dnia, oczywiście w tym samym celu. Minęły dwa kolejne dni. Niespodziewanie w piątek, wychodząc z cukierni na Chełmskiej, natknąłem się na Majkiego – a właściwie to on, jadąc rowerem, usłyszał mój tubalny głos. Uznaliśmy, że to sygnał z Kosmosu, że trzeba jechać.

 

   Za chwilę zbieram dupę w troki i jadę pod miejsce pracy Majkiego. Plan jest prosty jak samogwałt: śmigamy do Gdańska, zostawiamy jego auto na moim wrzeszczańskim podwórku, po czym przepakowujemy się do taksówki Superhallo. Oczywiście zabieram ze sobą moich dwóch dużych chłopaków, bo przecież o to o nich również chodzi – Lukas i Kosma, podobnie jak ja, są fanami Barcelony… Jaramy się bardzo, bo ponoć właśnie dzisiaj, na boisku gdańskiej Lechii, w koszulce Blaugrany wybiegnie na boisko Neymar. Przypomina mi mecz dwumecz biało-zielonych z Juventusem sprzed 30 lat. W Turynie było 0:7, w Gdańsku już tylko 2:3. Różnica taka, że tamten mecz był pucharowy, a ten jest o pietruszkę. Tak swoją drogą, chcielibyście wiedzieć, za kim jestem? Oczywiście, że za Lechią!!! Stara miłość nie rdzewieje… Jutro napiszę więcej.

 


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

O POLSKO-NIEPOLSKICH IMIONACH I JAK ZWYKLE, NIE TYLKO

środa, 24 lipca 2013 19:58

 

     Moja żona Marysia urodziła w trzy i pół godziny. Powiła – dziwne słowo, ale istnieje i stoi na mentalnym podorędziu, więc czemu go nie użyć - zdrowego, polskiego chłopca, nazwaliśmy go Teo. W warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego panie trochę kręciły nosem, że nie ma takiego imienia, że owszem – jest Teodor, Teofil i Teobalt – ale Teo to nie bardzo po polsku. Jak wiadomo, nasza koncepcja tego, co po polsku, jest trochę szersza, mało tego, zamierzamy rozszerzać ją dalej, więc uparcie trwaliśmy przy swoim. „Taki Michał Wiśniewski nazwał swoje dzieci tak i tak“, mówię do pani urzędniczki. „No, ale Michał Wiśniewski to jest artysta“, powiada pani. „A ja to kto jestem?“, mówię na to. I wyjaśniam, że jeżeli Michał Wiśniewski jest artysta, no to ja jestem uber-artystą i mogę sobie nazwać dziecko, jak mi się żywnie podoba, choćby „Ojciec Dyrektor“,  „Jowisz“ albo „Buzdygan“. Panie urzędniczki były miłe, nie oponowały zbyt długo, poza tym zgodziła się sympatyczna pani kierownik urzędu. I zostało: „Teo“, czyli Bóg.

 

   Nie wielbiący, nie kochający Boga, ale po prostu „Bóg“. Zgodnie z naszymi pra-słowiańskimi intucjami, ba, nawet zgodnie z biblijną myślą, iż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga... Bo jeśli tak, to przestańmy się wreszcie cykać i jedźmy konsekwentnie. Poza tym, według buddyjskiej filozofii i kosmogonii, być Bogiem nie jest za fajnie. W istocie rzeczy bogów jest wielu i wcale nie są oświeceni, cierpiąc z powodu ludzkich ograniczeń. Na przykład są gniewni i zazdrośni. Dlatego osobiście nie pałowałbym się zanadto tą naszą wrodzoną boskością – przystańmy na to, w człowieku krzyżują się aspekty boskie, ludzkie i zwierzęce. Wszystkie mają swój sens oraz zastosowanie, po prostu tak jest i tak ma być. A teraz powróćmy do kwestii imion.

 

   Polska nigdy nie była tylko dla Polaków. I całe szczęście, nie będzie. Ci, którzy wykrzykują podobne hasła, są hiper-idiotami i nie mają pojęcia o historii Polski, która od wieków stanowiła miks przeróżnych nacji, w swoim najlepszym archaicznym okresie będąc etniczną i polityczną konfederacją Polaków i Litwinów, a w istocie rzeczy i Ukraińców, Rusinów, Żydów, Niemców itd. W owych czasach pojęcie państwowości nie było tak silne, stąd czasem trudno przypisać Kopernika czy Heweliusza wyłącznie jednej nacji. Nasi królowie również niekoniecznie byli Polakami, a pan Jezus był nawet Żydem. Ale ludzie mądrzy i oczytani akurat to wiedzą, więc nie trzeba ich przekonywać, a nieoczytanych hiper-idiotów przekonywać po prostu nie warto. W zamierzchłych czasach rzeczonej konfederacji Polacy nosili imiona wszystkich zamieszkujących ją narodów: dawne, pra-słowiańskie (jak Mściwój czy Sieciech), hebrajskie (Abraham, Sara), aramejskie (Tomasz, Marta), greckie (Teodor, Hektor, Agnieszka), łacińskie (Walenty, Łucja), germańskie (Konrad, Robert), a nawet celtyckie (Gaweł, Brygida). Koniec wolności da imion ogłosił kościół katolicki, który od czasów niepamiętnych ma w zwyczaju psuć polskim katolikom i innowiercom świetną zabawę, choć jego urzędnicy potrafią się zabawiać iście po szatańsku. Na Soborze Trydenckim w 1564 roku nie znający się na żartach biskupi ogłosili, że odtąd można nazywać dzieci imionami z kalendarza chrześcijańskiego. I chuj, tak się skończyła kosmopolityczna swawola. 

 

   Polska to piękny i wolny kraj. A jednak sporo w nim do nadrobienia tego, co naknociły wojny, zabory, okupacje i przeróżne endeckie oraz klerykalne regresje. Jesteśmy zacofani pod względem gospodarczym, prawnym, społecznym i obyczajowym. Oczywiście nie wszystko, co polskie, co znika na rzecz postępującej westernizacji naszego świata, jest kiepskie, żenujące i regresywne. Na przykład – jesteśmy wciąż cudownie gościnni, prawie tak jak Gruzini i Ormianie, ale owa piękna cecha powoli zanika na rzecz zachodniego wyrachowania, zgodnie z maksymą: „czas to pieniądz“. A jednak polskie zacofanie pozostaje niezbitym faktem, wynikającym z naszej bolesnej historii. Dlatego cierpliwie czekam na polskie zmiany. Na czasy polsko-azjatyckich miksów genetycznych i  mówiących piękną polszczyzną Afropolaków. Na czasy reformy przestarzałego systemu prawa i oświaty, na czasy Pendolino i polskich autostrad od gór do morza. Na czasy boomu w rodzimej, polsko-afrykańsko-azjatyckiej piłce oraz czasy bezpieczeństwa polskich stadionów. Wreszcie na powrót znakomitej tradycji polskiej tolerancji religjnej, popartej potężną rzeszą polskich innowierców. I już się cieszę, i już zacieram rączki, bo wiem, że ten proces jest w toku, in statu nascendi. I tylko sobie myślę: „a bijcież sobie w dzwony, polscy hiper-idioci, bijcież choćby i bejsbolami waszemi… Przecież kijaszkami Wisły nie zawrócicie…“.

 


Podziel się

komentarze (61) | dodaj komentarz

WAKACJE W WAWIE

czwartek, 11 lipca 2013 20:27

 

   Na początku lipca przeniosłem się do Warszawy. Marysia człapie na ostatnich nogach, w każdej chwili może urodzić synka. Czuje się bezpieczniej pod opieką stołecznego lekarza, w pobliżu stolecznych szpitali. Niestety, muszę jej przyznać rację, Zaraz po po grudniowych świętach zrobił jej się ropień w pachwinie. Przez tydzień biegaliśmy po gdańskich szpitalach – jeszcze raz okazało się, że mieszkam na prowincji. Wpierw nie chciano jej operować w żadnym prywatnym szpitalu, bo przecież nikt nie odważy się zrobić znieczulenia babce w ciąży. Potem, gdy już zlitował się jakiś chirurg w Szpitalu Wojewódzkim, Marysi nakazano pojawiać się co drugi dzień na zmianę opatrunku. Polecono nam przychodnię na Morenie, gdzie czekaliśmy z dwie godziny, zanim nie zakomunikowano nam, że nie ma chirurga i nici ze zmiany opatrunku. Pojechaliśmy do Akademii Medycznej – następne dwie godziny czekania. Zadzwoniłem do kolegi chirurga, który pomógł nam się przebić się eksperta od zmiany gazy, ale był to w gruncie rzeczy pomysł jednorazowy. Następnym razem Marysia sama pojechała do Szpitala Wojewódzkiego, gdzie zmęczony dyżurem chirurg przemył jej ranę wodą i nakazał dać sobie luz z odsączaniem ropy. Zadzwoniła do znajomego lekarza z Warszawy, który z kolei opierdzielił, że tak się nie robi z raną głęboką na palec. „Nie gniewaj się, ale wolę urodzić w Warszawie“, powiedziała Marysia. Rozumiałem. Warszawa zdystansowała resztę dużych polskich miast o dekadę, jeśli chodzi o opiekę medyczną, komunikację, edukację, gastronomię. O małych miastach nie wspomnę, bo i po co. A w Trójmieście dobrze się wypoczywa i chociaż tyle.

 

   Umówiliśmy się, że od lipca zamieszkamy razem. Marysia wynajęła swoje mieszkanko na Nowolipkach, przenieśliśmy się do chaty na parterze w pobliżu Agory. Drugiego lipca spakowałem większość swoich rzeczy i razem z kotami, Dharmą i Lucy, zapakowaliśmy się do mojego Sharana. Koty były przerażone podróżą; na dodatek w nowym mieszkaniu głównym zwierzęcym rezydentem był wielki, rudy kot Pin. Przez pierwsze dni koty prychały na siebie, omijając się szerokim łukiem. Wnet Dharma i Lucy odkryły dobrodziejstwa przytulnego ogródka, otoczonego bambusowym płotem. Zaczęło się regularne wylegiwanie na słońcu oraz plenerowa chuliganerka. Samice szybko dostroiły się do imprezowego tempa stolicy, urywając się na nocne eskapady. Wygląda na to, że moje koty mają świetne wakacje. Zresztą nie tylko one.

 

Nieco obawiałem się lata w stolicy, z dala od morza oraz przyjemnie zagraconego mieszkania we Wrzeszczu. Jak zwykle okazało się, że na każdym etapie życia warto poddać się zmianie. To rodzaj praktyki duchowej, w której odcinasz stare nawyki i przywiązania. Po paru dniach wszystko wskoczyło w odpowiednie tryby, jakbym mieszkał tu od lat. Do pracy w „Rannym Kakao“ jadę rowerem w pięć minut. Kanikularne słońce dodaje animuszu i pobudza moje ADHD – z radia wracam, nabuzowany jak szerszeń. Co drugi dzień idę na siłownię i saunę w Agorze, odnalazłem właściwy rytm dawania do pieca i odpoczynku. Matka Agora karmi, dogląda, hołubi i pieści – jak tu narzekać na takie luksusy? Gdy wracam, jemy śniadanie lub brunch w ogródku, w którym Marysia zasiała trawę. Po południu piszę, pracuję nad muzyką lub wspólnie oglądamy filmy, oczekując opieszałego potomka. So far, so good...

 


Podziel się

komentarze (68) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 893  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730893
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl