Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 527 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O NATCHNIENIU I "NADPRZEWODZENIU"

czwartek, 26 sierpnia 2010 22:28


Czy dzieliłem się z Wami koncepcją artysty jako przekaźnika? Od kilkudziesięciu lat zajmuję się domorosłą analizą tzw. natchnienia i aktu twórczego. Sporo cholernie ciekawych rzeczy o natchnieniu, podświadomości i śnie pisze Jung, ale ja - jako wielki ignorant - zajmę się raczej intuicyjno-wrażeniową stroną doświadczania natchnienia. Proces tworzenia można podzielić na tworzenie „natchnione“ i tworzenie „rzemieślnicze“. Zdaje się, iż wybitny artysta potrafi inicjować pomysły pod wpływem natchnienia i rozwijać je, korzystając z rzemieślniczej wiedzy o strukturze swojego genre’u. W arcyciekawej książce pt. „Many Years From Now“ Barry’ego Milesa wybitny wokalista, basista i kompozytor Paul McCartney komentuje swoją przygodę współtworzenia piosenek tete-a-tete z innym muzycznym geniuszem, Johnem Lennonem, opisując je właśnie w kategoriach „inspiration“ i „work“. Dodaje też: „That creative moment when you come up with an idea is the greatest, it’s the best. It’s like sex. You’re filled with a knowledge that you’re right, which, when much of your life is filled with guilt and the knowledge that you’re probably not right, is a magic moment. You‘re actually convinced that it’s right, and it’s a very warm feeling that comes all over you, and for some reason it comes from the spine, through the cranium and out your mouth“. O dziwo, opis ten przypomina działanie energii Kundalini, opisywanej przez wybitnych joginów – energii, mocy twórczej, uznawanej za manifestację potęgi umysłu i odpowiedzialnej za wszelkie zdolności oraz talenty artystyczne czy wynalazcze. McCartney opowiada o historii powstania przepięknej piosenki „Yesterday“, której melodia przyśniła mu się w domu jego dziewczyny Jane Asher: „I woke up with a lovely tune in my head. I thought, that’s great, I wonder what that is?“. Wspomina też o lennonowskim zmaganiu z kapitalną piosenką „Nowhere Man“, która zmusiła Johna do mentalnej kapitulacji (co przypomina z kolei zenistyczną praktykę pracy z  tzw. koanem): „I’d spent five hours that morning trying to write a song that was meaningful and good, and I finally gave up and lay down. Then „Nowhere Man“ came, words and music, the whole damn thing, as I lay down“. John Coltrane usłyszał tematy swojej wielkiej muzycznej suity „A Love Supreme“, medytując przez całą noc. Naukowiec Niels Bohr wyśnił swój pomysł o modelu atomu wodoru, w którym elektrony obiegają dodatnio naładowane jądro – we śnie wydawało mu się mianowicie, że siedzi na słońcu. Z kolei Dymitrowi Mendelejowowi przyśniła się tablica pierwiastków, dzięki której wpadł na słynne prawo okresowości. I tak dalej, i tak dalej.

 

   Wiedza, praca i doświadczenie służy wyćwiczeniu pierwiastka rzemieślniczego, natomiast sen, podświadomość i medytacja przywołują natchnienie. Artysta uczy się „znikać“ po to, żeby przeszły przez niego miliony wolt kosmicznej informacji – doświadczenie, które nazywam energetycznym „nadprzewodzeniem“. Jestem przekonany, iż niektórzy artyści, uczeni czy wynalazcy (oczywiście nie tylko oni, bo energetyczne „nadprzewodzenie“ jest zjawiskiem wspólnym dla całego rodzaju ludzkiego) potrafią bywać medium, które poddaje się transowi twórczemu. Dzięki niemu twórca odkrywa  powstające lub wręcz gotowe, nieskończenie piękne formy, którym – koniec końców – podobnie jak własnym dzieciom, trudno jest przypisać ostateczne autorstwo tudzież ojcowstwo... Oczywiście, w  pewnym sensie jesteśmy autorami naszych dzieł tudzież ojcami czy matkami naszych dzieci, ale skoro ego jest złudzeniem, mirażem, uwarunkowanym konstruktem, to cóż to wszystko oznacza? Nie pamiętając początku swego życia, nie znając jego końca, mając połowiczny wpływ na swoje życie, nie wydajemy się być autorami ani ojcami niczego, w tworzeniu czego pośrednio uczestniczyliśmy. Możemy być tylko świadomym lub nieświadomym przekaźnikiem pewnej energii, której prawdziwym autorem wydaje się być większa siła: Umysł, Absolut, Bóg, Kosmos, Natura, czy jak tam chcecie to sobie nazwać.



Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

NAJGORSZE ZAWODY ŚWIATA

niedziela, 08 sierpnia 2010 23:49

 

   Najgorsze trzy zawody świata to – według mnie, ma się rozumieć – polityk, komornik i strażnik miejski. Osobiście wolałbym być kurwą niż politykiem, choć te zawody mają ze sobą pewną wspólną cechę. Otóż zarówno polityk, jak i kurwa, chętnie wynajmują wyżej postawionym swoje usta. Jeśłi chodzi o komorników - chroń nas przed nimi, o panie Boże. Trzeba mieć wyjątkową mentalność, żeby na psi sposób służyć babilońskiemu Urzędowi Skarbowemu. Warczeć, gryźć i szczekać, przynosząc w zębach pieniądze od uciskanych biedaków. Komornik mało śpi. Całą noc pali pety i obmyśla plan, kogo tu pierwej dopaść. Telefon od komornika potrafi zabrzęczeć nawet o szóstej rano. Bo Babilon nie czeka. Babilon alias Moloch to instancja bezlitosna – oczekuje Twego potknięcia, żeby przejechać cię prawnym walcem i ustawowo wdeptać w miękki od słońca asfalt. Ale największe tałatajstwo w państwie polskim to straż miejska.


   Po co komu straż miejska? Ano, straż służy miastu. Chodzi o to, żeby z mandatów odzyskać co nieco do municypalnej kasy. Taka policja ma w sumie jakiś sens – weźmy choćby taką drogówkę. W Polsce ginie na drogach mnóstwo ludzi. Sam jeżdżę jak zapyziały, pokonując rocznie tysiące kilometrów i spędzając w trasie dobrą jedną trzecią roku. Potrafię jeździć za szybko, często spiesząc do domu po nocach - a drogi w Polsce jakie są, każdy widzi. Od kiedy wybudowano sto kilometrów autostrady z Nowych Marz do Gdańska, ostatni odcinek trasy z Krakowa (Katowic czy Łodzi) do Gdańska pokonuję z bananem od ucha do ucha.. Ostatnio zatrzymały mnie dwie miłe panie – w jakich okolicach, nie wyjawię. „Proszę wyjść z wozu, panie kierowco“, powiedziała ładniejsza. „Trzydzieści kilometrów za szybko i w dodatku telefon przy uchu“. „Nie dodzwoniłem się do kolegi“, odparłem zgodnie z prawdą. „Usiłowanie to też przestępstwo, drogi panie“, powiedziała ładniutka pani władza i zaprosiła mnie do radiowozu. Gdy przeczytała dane mojego prawka, westchęła i rzekła: „Panie Ryszardzie. Koleżanka skasowała panu dowód wykroczenia, zatem poprzestaniemy na upomnieniu. W zamian proszę podpisać nam autograf i obiecać, że jak przyjdziemy na piwo do pubu X w mieście Y, będzie pan dla nas miły i będzie nas pamiętać". Podpisałem i obiecałem, że nie zapomnę. Jak tu zapomnieć,  kiedy taka sympatyczna bywa ta nasza policja... Ale straż miejska?


   Straż miejska wali mandaty na lewo i prawo, bo przecież o nic innego im nie chodzi. Nie dość, że potrafią wlepić ci dwie stówki za parkowanie na pasie zieleni niedaleko plaży w Brzeżnie, to jeszcze bezczelnie zostawią ci wezwanie do siedziby straży miejskiej na ulicy Kartuskiej czy gdzie tam. Nie wystarczy dojebać delikwentowi po kieszeni.  Trzeba do dodatkowo upodlić i przeczołgać przez procedury. Jak się nie stawi, wszczyna się przeciwko niemu postępowanie karne. Co to, kurwa, jest – nawrót komuny? Straż miejska dzieli się na złą i mniej złą. Mniej zła (bo przecież nie lepsza) grasuje w okolicach Gdańska, Gdyni i Sopotu. Jeśli opłaciłeś bilet parkowania na trzy godziny i spóźnisz się z dopłatą lub wyjazdem, powiedzmy, kolejne 45 minut, lokalna straż miejska (zgodnie z filozofią „manany“) potrafi puścić ci to płazem. Z kolei poznańskie tałatajstwo (wiem, co mówię) za cholerę nie odpuści. Wystarczy, że zapomnisz dopłacić – w piętnaście minut potrafią zatknąć ci  za wycieraczkę swój nędzny, urzędowy świstek lub co gorsza, unieruchomić cię blokadą... A po co to wszystko? Żeby udręczyć, udupić, upierdolić nieszczęsnego obywatela, który spiesząc do domu, liczy astronomiczne rachunki do popłacenia... Nie będzie mu dane wyjechać – trzeba się pofatygować do rzeczonej siedziby straży miejskiej na Kartuskiej czy gdzie tam. Ukorzyć się, pomachać ogonem i poprosić o zmniejszenie kary z tysiaka do pięciu stów.


    Przypomniała mi się pewna piękna historia. Razem z zespołem Kury (już po śmierci Jacka Oltera) pojechałem na press tour do Warszawy. Ostatni wywiad miał być dla Radiostacji – był rok 2001, a płyta nazywała się „Sto Lat Undergroundu“. Po wyjściu z budynku przyjrzałem się dokładnie memu Oplowi Omedze i ze sporym smutkiem skonstatowałem, iż mamy blokadę. „I co teraz“, zapytał Piotrek Pawlak. Zapatrzyłem się na unieruchomione koło i znienacka poczulem przypływ sportowej złości. Wyciągnąłem za paska scyzoryk Leathermana, podarowany mi przez mojego przyjaciela Olafa Deriglasoffa. Zacząłem w szale piłować złowrogie ustrojstwo; po pięciu minutach stal puściła. Piotrek Pawlak odciągnął przepiłowaną część i zakomenderował: „A teraz wolno przejedź przez to gówno“. Zrobiłem tak, jak kazał. Za chwilę ogarnęła nas euforia, nasz irlandzki perkusista Rory Walsh zaczął pohukiwać z radości. Nawet trzech wąsatych biznesmenów spod Sheratonu wystawiło nam do góry kciuki – brawo, panowie! Zdezelowaną blokadę wyrzuciliśmy w krzaki. Pewnie troche za gorączkowo – można by jej przecież używać jeszcze przez długie lata... Niemniej  satysfakcja byla iście robinhoodowska. Oh yeah! Miejska straż to prawdziwa zaraza.


Podziel się

komentarze (126) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 698 935  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2698935
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl