Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

SLADE - MISTRZOWIE GLAM ROCKA

środa, 13 stycznia 2010 16:53

Kiedy miałem 5-7 lat, w radiu królował bezwstydny glam rock. Pamiętam, że mój starszy brat Roman usiłował nagrywać ambitniejszą muzykę na swoim magnetofonie typu Tonette (stary szpulowiec z charakterystycznym, zielonym i mrugającym „okiem“) – Beatlesów, Stonesów, Led Zeppelinów, Deep Purple, Genesis czy Yes. Tak czy owak, pomiędzy Bitlami, Zeppelinami czy Zappą (tak, tak: pamiętam z dzieciństwa fragmenty „Overnite Sensation“ – „ Dirty Love“ oraz „I Am The Slime“), tu i ówdzie pałętały się numery Slade‘ów, Mudów, Gary Glittera tudzież Suzi Quatro… Braciak przegrywał pojedyncze numery z radia lub od kumpli, którzy słuchali dobrego „stuffu“. Pewnie już nie raz wspominałem, że gdyby nie koledzy Romana, moi starsi współbratymcy z nauczycielskiego osiedla w Gdańsku Wrzeszczu, nie miałbym większego pojęcia o dobrej muzyce… Kilku z nich zawdzięczam solidną edukację: począwszy od Beatlesów oraz Dylana, a skończywszy na Coltrane’ie i Mahlerze. Najważniejsze numery mojego dzieciństwa to „Hey, Jude“ i „Come Together“ Beatli, „Want On Song“ i „Kashmir“ Zeppelinów, „Talked To The Wind“ Krimsonów i „Carpet Crawlers“ Genesis, ale też i… „Everyday“ czy „Merry Christmas“ Slade’ów. Może stąd bierze się moje przekleństwo głębokiego zasiedzenia w dobrej, anglosasko-amerykańskiej muzie przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: moi koledzy, Kazik, Muniek, Brylu, nie mieli starszych braci i ich kumpli… Owszem, podobnie jak ja, słuchali Slade‘ów, Mudów, Nazareth i Budgie, nie załapując się jednak na wczesnego Dylana , Zappę, Crimsonów czy Genesis. A ja będę bronił starego Genesis – wychowałem się, słuchając przejmującego głosu Petera Gabriela… W mych żyłach wciąź płynie muzyka z „The Lamb Lies Down On Broadway“ oraz z „Foxtrota“… I nie jest to dla mnie bynajmniej powód do wstydu.

        A jednak dzisiaj zdecydowałem się napisać o zespole Slade. Od paru dni przeglądam Youtube’a w poszukiwaniu starych nagrań z koncertów i występów telewizyjnych. Swoją drogą, polecam wczesne Deep Purple jeszcze z Gillanem i Blackmorem (później skład DP ulegał przetasowywaniu niczym talia kart) – koncertowo to absolutna miazga! Przez jeden wieczór słuchałem tylko Slade’ów, zastanawiając się, na czym polegał fenomen tej kapeli, która jako jedyna po Beatlesach, umieściła aż sześć numerów na pierwszym miejscu brytyjskich list przebojów (i aż siedemnaście w Top 20)… Przede wszystkim spółka Holder/Lea – w odróżnieniu od słynnego tandemu Chinn/Chapman, który zaopatrywał w hity panią Quatro oraz zespoły Mud i Sweet – pisała oryginalne, autorskie numery. Piosenki Slade’ów nie odbiegają od glamowego standardu: proste, radosne i zaraźliwe, opierają się na trzech podstawach: beatlesowskiej harmonii i melodyce, rokendrolowych riffach oraz rytmice boogie. Ich struktura jest jasna i przejrzysta; nieustannie żujący gumę bębniarz Don Powell nie gra w nich nawet „przejść“ (może nie umiał?). Refreny i sola uderzają swą chwytliwością; większość członków zespołu śpiewa chórki. Stroje chłopaków z Wolverhampton to kolejny znak ich czasów; warto się dokładniej przyjrzeć, w jakie ciuszki stroił się najbardziej ekscentryczny członek zespołu, gitarzysta Dave Hill… Masakra. Wreszcie zjawiskowy głos wokalisty Noddy’ego Holdera: mocny tenor, zmieszany z charakterystycznym, skrzeczącym falsetem… Te wszystkie atuty uczyniły Slade najpopularniejszym zespołem angielskiego glamu, chociaż konkurencja była naprawdę mocna: nie zapominajmy o przebojowych piosenkach Bowiego i Wingsów, nie przeoczmy ambitnego Roxy Music (na dwóch pierwszych płytach jeszcze z legendarnym klawiszowcem i producentem, Brianem Eno). Slejdzi, będąc bezpretensjonalną wersją rokendrolowego bandu pośrodku hedonistycznych i koturnowych lat 70-tych, wpłynęli na brzmienie dwóch ważnych kapel – Kissów i AC/DC (słyszę ich echa nawet w punk rocku,  chociażby w numerach The Clash). Mało tego: wokalista Noddy (przezwisko, na które Holder zapracował, nagminnie zasypiając na szkolnych zajęciach – „nod off“) odmówił AC/DC zastąpienia legendarnego Bona Scotta po jego pijackiej śmierci… Nie jestem fanem AC/DC, choć bardzo podobał mi się ich pierwszy album „High Voltage“; zdecydowanie wolę wczesnych Kissów. Niemniej wydaje mi się, że Noddy popełnił życiowy błąd. Koniec końców Youngowie zastąpili świetnego Scotta manierycznym Brianem Johnsonem, czyniąc AC/DC mistrzami rokendrolowej kalki, natomiast sława zespołu Slade – oprócz krótkich chwil efemerycznego powodzenia, związanego z ich comebackiem w połowie lat 80-tych – bezpowrotnie sczezła i przygasła… Widocznie tak było im pisane.



Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

FORMIDABLE POLISH DECEMBER TOURS

wtorek, 29 grudnia 2009 15:01

   Dopiero teraz wracam do siebie po przedświątecznej trasie z Tranzystorami, trasie na linii Poznań - Kraków - Tarnów - Sanok - Rzeszów. W grudniu zawsze boję się podróży na głębokie południe. Zaczyna sypać śnieg i drogi robią się kiepsko przejezdne; człowiek jest zmęczony, nieuważny, coraz łatwiej o wypadek. Grudzień to dla muzyków czas odwiecznej mizerii. Czas zbierania kasy na prezenty, czas gorzkiej refleksji nad faktami, które nie napawają optymizmem: praca muzyka jest w sumie chuja warta, a kasy ciągle za mało... Tym razem dupę uratował mi ZAiKS, dzięki któremu w sieć mego konta wpadło kilka dodatkowych tysięcy. A jednak nie uniknąłem przeczołgania się przez swoje: noszenia ciężkich gratów w temperaturze - 20, grania zapomnianego rokendrola w dudniących piwnicach, zdzierania sobie resztek głosowych strun i plucia ponadczterdziestoletnią krwią. Gadania z ludźmi do rana (akurat to lubię), wreszcie chlania wszystko, co nie smaczy wódką - ku zbawiennej auto-anestezji. Ciężka trasa, ciężka walka, ciężko zarobiona kapusta. No cóż - a kto powiedział, że będzie łatwo? Przecież to kocham, przecież to moja pasja. No i poza tym: „wszystko dla córeczki", jak powiedział kiedyś do mnie po uszy uśmiechnięty i upalony Brzóska, mistrz polskiego haiku.

 

   Dobrze pamiętam grudniową trasę 1998 z Kurami - Piotrkiem Pawlakiem i Jackiem Olterem; w ciągu trzech dni dwa razy wylądowaliśmy w rowie. Za pierwszym razem wyjeżdżałem z Przemyśla na Sanok. Ktoś zasugerował, żebyśmy pojechali słynną trasą widokową przez „serpentyny". (w zimie całkowicie odradzam). Całe szczęście, że wpierdoliliśmy się do rowu tuż za Przemyślem. Wóz zarył w miękkiej ściółce; pozostało nam tylko wygramolić się na zewnątrz i pójść po pomoc. Za niespełna godzinę wróciłem z sympatycznym góralem, kierowcą zardzewiałego traktora, który szybko wyciągnął nas z pobocznej opresji. Dwa dni później było już znacznie gorzej: spędziliśmy całą noc w rowie. Prowadził Piotrek Pawlak. Wracaliśmy w nocy z koncertu w Gorlicach, głupi pomysł, od którego usiłowali nas odwieść wszyscy po kolei. Wszystkie drogi pokrył gęsto padający śnieg; w pewnym momencie znaleźliśmy się na jakiejś bocznej, stromej dróżce piątej ważności odśnieżania (czy jakoś tak). Poszliśmy do miasta po pomoc. Nikt nam nie chciał otworzyć: byliśmy ogoleni prawie na zero i wyglądaliśmy na skinheadów. Wreszcie znalazł się jakiś twardziel, który obiecał wyciągnąć nas z rowu. Po pół godzinie zrezygnował: koła jego ciężarówki zaczęły buksować w śniegu, a sam pojazd jął zsuwać się w dół drogi. Pozostało nam czekać do rana. Słuchaliśmy ponurej „Mezzanine" Massive Attack; Jacek Olter siedział z tyłu, jak całe auto przechylony na bok, i ręką przytrzymywał bębny, które zsuwały się nań powoli i nieuchronnie. Co pewien czas odwracałem się do niego i pytałem: „Człowieku, żyjesz?". „Żyję", odpowiadał słabym głosem Jacek, „Tylko co to za życie". O tak - kocham grudniowe trasy...



Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

DO ADRIANA CHORĘBAŁY

wtorek, 10 listopada 2009 19:57

    W najnowszej Machinie ukazała się recenzja nowej płyty Transistorsów pt. „Bigos Heart". Właściwie nie wypada mi o tym pisać, bo z pismakami - jak pouczał mnie wujek Ptaszyn Wróblewski - polemizować nie warto. To oni są od pisania, a my jesteśmy od grania. Gdyby mogli grać, graliby; jako że nie mogą, zajmują się wypisywaniem bzdur i perpetuowaniem arbitralnych andronów. Rozumiem też, że wraca do mnie karma recenzenta „Dziennika" - samemu zdarzyło mi się zjebać to i owo.


   A jednak recenzja autorstwa niejakiego Adriana Chorębały nie rozdrażniła mnie w związku z oceną ściśle muzyczną. Chorębała dał płycie trzy i pół gwiazdki i napisał, że jest nieźle. Napisał też, że drażni go polski-angielski Tymańskiego. Ciekawe, czemu go drażni - szlifuję swój angielski od 30 lat i po prostu dużo lepszy być nie może. To niewątpliwy upadek - wyjaśniać, że przecież studiowałem anglistykę, że większość książek czytam po angielsku, wreszcie że Amerykanie pytają mnie o to, ile lat spędziłem w Ameryce. Nie mam wielu hobby - nie znam się na samochodach i lutowaniu kabli. Jednakowoż znam się na dwóch rzeczach - na muzyce i języku angielskim. Skoro jednak znawcy tematu Adrianowi Chorębale nie podoba się mój English, odzywa się we mnie coś przekornego. Adrianie - mam wielką nadzieję, że jesteś nieślubnym synem Macieja Słomczyńskiego albo przynajmniej urodzonym w Londynie bilingwistą. Jeśli nie - masz problem. Chętnie wyzwałbym Cię na językoznawczy pojedynek wobec komisji British Council... Przy okazji zaprosiłbym też dobrego laryngologa i sprawdził Twój słuch. Pisz sobie o tym, że płyta Ci się nie podoba. Że jest retro i kiepsko brzmi. Że Tymański się starzeje i nie czuje polskiego rynku muzycznego. To wszystko pisać masz prawo - to Twoja licencia poetica pismaka. Ale jeśli masz pisać żywe bzdety na tematy, w których nie jesteś ekspertem - lepiej nie pisz w ogóle. W ten sposób bowiem dokładasz cegiełkę do muru powszechnej polskiej ignorancji, która stanowi o konsystencji tzw. „polskiego bagienka". Bagienka, w którym wszyscy się taplają, wzajem obrażając i umniejszając. Boć przecie nic dobrego w tym kraju powszechnej wtórności powstać nie może!


   Ta płyta to ponad rok mojej ciężkiej pracy. Twoja recenzja to kwadrans pospiesznej pisaniny o niczym, co przypieczętowałeś demostracją swego dyletantyzmu. Zanim znowu wypiszesz jakieś piramidalne głupstwo i niesłusznym pseudo-argumentem dotkniesz kolejnego twórcę, przestrzegam Cię - jako kolega po fachu - doucz się i przedsiębierz ćwiczenia w recenzenckiej rzetelności. Niech Ci zadrży pióro, niech głowa zapełni się uczciwą refleksją. Pomyśl, zedytuj, może kogo podpytaj. Tylko o to Cię proszę - Ciebie i podobnych Tobie mądrali.

Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 730 870  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2730870
Wpisy
  • liczba: 237

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl