Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 739 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

ŚMIAŁY PEAN NA CZEŚĆ KRAJOWEGO PIWA

wtorek, 20 marca 2012 16:54

 

   Tydzień temu nakręciliśmy nowe sceny musicalu pt. „Polskie Gówno“. Pod koniec kwietnia planujemy kolejne sześć dni zdjęciowych. Zostanie nam wtedy do nakręcenia ostatnia sekwencja filmu – trudne sceny w studiu telewizji Polwsad (maj i czerwiec). Potem – montaż i udźwiękowienie, co (z radością i ulgą nieudacznego współproducenta) powierzę specjalistom. Tym bardziej, że w wakacje czeka mnie i mój zespół wyjątkowo trudne zadanie: nagranie podwójnego albumu z piosenkami fikcyjnego zespołu Tranzystory z Pruszcza, kanconami kierowcy Gudeyki i komornika Skandala oraz cały set pastiszowych numerów rodem z polskiego radia... Brrr! Nawet nie chcę o tym myśleć. Póki co, zagaję o czymś przyjemniejszym.

 

   Po trzech dniach na planie wyruszyliśmy w pięciodniową trasę. Nie ukrywam – ze zmęczenia nie wylewaliśmy za kołnierz. Kiedyś powiedział mi coś takiego Grzesiek Skawiński, że po dwudziestu dniach trasy zaczyna się chlanie wódy. Nigdy nie doszedłem do tego etapu z przyczyny dość oczywistej – moje najdłuższe trasy trwały do dziesięciu dni. W moim przypadku ponad tydzień w busie i na scenie równoznaczny jest z cowieczorną absorbcją kilku browarów; pod koniec trasy zaczyna się również subtelna konsumpcja whisky. Pochwalę się, że piłem dość rozważnie i  żadnego ranka nie było kaca. Przy okazji doświadczyłem frapujących wrażeń gastronomicznych – otóż polskie piwo jest coraz lepsze w smaku i klasą zbliża się do wąsko pojmowanej  światowości.

 

   W zgierskiej „Agrafce“ rządzi Bractwo Piwne. Sympatyczna załoga klubu, w którym od dobrych paru lat odbywają się koncerty ambitnych zespołów muzycznych pokroju Von Zeita czy kapeli Jacka Lachowicza, postawiła na szeroki asortyment lokalnych browarów ze wszystkich regionów Polski. Ostatnio dość niechętnie piję piwo z kija. Koniec końców uraczyłem się butelkowym „Warmiakiem“, „Rześkim“ i „Orkiszowym“. Naprawdę zacne! Rafał, szef klubu, wyjaśnił, że wszystkie wszystkie trzy gatunki pochodzą z olszyńskiego browaru Kormoran. Wypiłem może ze cztery butelki tych warmińskich specyjałów i poszedłem spać, bo tego dnia jakoś nie wchodziło mi pyfko. Ale trzeba przyznać – co klasa, to klasa.

 

   Największa smakowa siurpryza czekała mnie w Zielonej Górze. Graliśmy przedostatni koncert trasy w klubie Marten. Po dźwiękowej próbie Marcin i Arek poszli do browarni Haust na degustację lokalnego piwa z kija. Zostałem w klubie, gdzie z nudów wypiłem butelkę Grolscha – nie powiem, żeby mi od tego stanął. Nagle dzwoni Marcin i krzyczy, że mam natychmiast przyjść, bo browar jest genialny i smakuje jak w pubie w Londynie czy Glasgow! Ta, akurat. Poszedłem po jakiejś godzinie, nieufny i sceptyczny niczym niewierny Tomasz. Zamówiłem. Wypiłem po kuflu jasnego i ciemnego piwa. No i... po prostu miazga! Do dziś myślę o smaku tamtego piwa. Pomyślicie, że czai się tu jakaś zdrada, że może zaczął mnie sponsorować zielonogórski browar „Haust“... Ne, nic z tych rzeczy! Może to kwestia jakiegoś mentalno-podniebieniowego otwarcia, jakiegoś tąpnięcia w mózgu i paszczy... Po prostu Polacy robią coraz lepsze piwo. Postanowiłem zmienić nastawienie i kiedy tylko się da, zrezygnować z sączenia nudnych Carlsbergów, Heinekenów czy nawet Paulanerów. Bo polskie piwa bywają świeższe i coraz smaczniejsze!

 


Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

PSYCHOL MURINHO

czwartek, 18 sierpnia 2011 23:44

 

      Wczoraj w nocy zasiadłem przed małym telewizorkiem, stojącym na stoliku w rogu pokoju mojej nowohuckiej stancji. Włączyłem Jedynkę i przez ponad 90 minut kibicowałem mojej Barcelonie, przytrzymując ręką wciąż wypadający z gniazdka kabel anteny. Kiedy tylko puszczałem kabel, obraz robił się śnieżno-biały, a ja przestawałem widzieć piłkę i słyszeć emfatyczny komentarz Darka „Żabie Oczko” Szpakowskiego. Po krótkiej walce postanowiłem trzymać kabel przez cały mecz - czułem, że gra będzie warta  świeczki. I była.

 

   Co ja w ogóle robię w krakowskiej Nowej Hucie? Otóż dostałem propozycję roli w „Wejściu Smoka” – sztuki młodego krakowskiego dramaturga Mateusza Przytuły. Tekstu fajnego, podszytego absurdem, metafizyką i kiczem. Co zabawniejsze, propozycja reżysera Bartka Szydłowskiego dotyczyła mojego aktorskiego występu na scenie teatru Nowa Łaźnia. To prawda, ludzie - oto ja, z moją przeklętą dykcją skacowanego żula z gdańskiej Orunii, miałem deklamować teatralne teksty u boku Jana i Błażeja Peszków oraz innych szacownych aktorów! Zgodziłem się, no pewnie. Wyczułem, że liznę nieco rzemiosła aktorskiego - choć w żadnym wypadku nie zamierzam zabierać Wam dżobów, o drodzy koledzy aktorzy! Postanowiłem skonfrontować się z doświadczeniem budowania roli, które w przyszłości zaprocentuje w mej pracy nad „Polskim Gównem” (i pewnie nie tylko). Tym samym od dwóch tygodni siedzę w Nowej Hucie i jest cholernie ciekawie - pozwolicie, że jeszcze wrócę do tego tematu w następnym wpisie.

 

   Tymczasem wracamy do stolicy Katalonii. Barcelona nie zawiodła i wygrała jak zwykle. Ciężko wywalczone 3:2 smakowało tym bardziej, że w składzie Barcy zadebiutował wreszcie Cest Fabregas. W jego pojawieniu się na boisku było coś mitycznego: oto zmutowany bohater po latach tułaczki dołączył do swego starego teamu Herosów Muntantów. Największą różnicę zrobił niezmordowany Mutant Messi. Bez jego genialnych bramek i asyst Barcelona nie dałaby rady  ustawicznie potężniejącemu przeciwnikowi.  Z każdym meczem przeciwko Realowi aktualnym mistrzom Europy jest coraz trudniej. Przeciwnicy z Madrytu stawiają w pomocy prawdziwe zasieki, uniemożliwiając Katalończykom ich ulubioną grę krótkimi podaniami. W dodatku Real gra cholernie agresywnie, na pograniczu futbolu, zapasów i ju-jitsu. Wiadomo, że nie można grać podobnym pressingiem przez 90 minut - dlatego w drugiej połowie zobaczyliśmy bardziej otwarty futbol. I chociaż piłkarze Barcelony i Realu zmęczyli się nieustanną walką i ciężką śreżogą, chociaż w drugiej połowie zdarzało im się „grać o siedmiu zbójach” i niemrawo dreptać po murawie, przez większą część meczu byłem gotów przysiąc, że oglądam dwa najlepsze zespoły Europy. Do czasu, kiedy sfrustrowany Marcelo nie skosił Fabregasa równo z trawą i nie zaczęła się finalna bitwa na przepychanki i kuksańce.

 

   W pewnym momencie widać było, że trener Mourninho ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy ciągnie kogoś z teamu Barcy za ucho. O kurde. Naprawdę szanuję Real, naprawdę lubię kilku piłkarzy zespołu z hiszpańskiej stolicy. Casillas, Carvalho, Xabi Alonso, Ozil, Di Maria to świetni piłkarze, którzy grają twardo, ale fair. Sama Krystyna Ronaldo to piłkarz po prostu znakomity - można go nie lubić, ale trzeba docenić jego wyjątkowy talent. Gdy drybluje, lepiej bronić się przeciwko niemu dwoma obrońcami. Kiedy strzela, lepiej blokować go wślizgami albo powalić na ziemię - jego petardy są w stanie skruszyć słupki i poprzeczki. Ale obrońcy Pepe i Marcelo to zwykli psychole. Sam Mourinho, choć trener niewątpliwie wybitny, nadaje się na poważną psychoterapię. Rozumiem, że nikt nie lubi przegrywać. Ale Mourinho tresuje swoich zawodników jak rozwścieczone bullterriery, które mają zagryźć i rozszarpać rywala... Psuje krew jednym i drugim, zamiast piłki oferując nam nędznej jakości walki K1. Jego zawodnicy ulegają łatwej frustracji - gdy nie potrafią wygrać bezpośredniej rywalizacji, karygodnie faulują i są wyrzucani z boiska. Potem Mourinho zwyczajowo zaczyna jęczeć i stękać na konferencjach prasowych, że sędziowie faworyzują Barcę, miotając czerwonymi kartkami dla Realu... Szkoda, że tak to zawsze wygląda. Czasami mam magiczne wrażenie, że oglądam wyjątkowy futbol, najlepszy futbol w historii... Wrażenie, które psują mi histeryczne operetki niezrównoważonego trenera Mourinho.


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

ABY DO WIOSNY

poniedziałek, 01 marca 2010 14:42

Tegoroczny luty nie był w moim wykonaniu wybitnie koncertowy - ledwo cztery nędzne sztuki. Nędzne w sensie ilości, nie jakości. Przez ostatnich parę lat zasuwałem tak ostro, że nawet nie zauważałem zmian pór roku. Styczeń, kwiecień, czerwiec, październik - wskazówki zegara pędziły jak naćpane amfą. Wreszcie przyszedł kryzys - mniej grań, domowa stagnacja, przewlekłe przeziębienie i kontemplacja brudnego śniegu, który miast topnieć, piętrzył się niczym Karkonosze. Przeżyłem nawet coś w rodzaju nano- deprechy. Raz na parę lat zdarza mi się taki stan; pewnie dlatego, iż na codzień jestem przeenergetyzowanym euforykiem. Po prostu zwykle nie mam czasu na doła - zapierdalam we własnej, mentalnej fabryce. Mam tysiące rzeczy do roboty. Wstać, zrobić sobie dziwne jedzenie (płatki owsiane według pięciu przemian). Zrobić Qi Gong i medytację. Napisać to i owo. Poćwiczyć na kontrabasie, gitarze i klawiszach (tudzież perkusji, którą trzymam w wygłuszonej piwnicy). Zrobić próby z zespołami. Przeczytać wszystkie książki, które nazbierałem na półkach. Zabrać się za rozkminianie numerów Theloniousa Monka, które postanowiłem nagrać wraz z mym nowym zespołem o tajemniczej nazwie Jazza Vu. I tak dalej, i tak dalej....


Dobiło mnie styczniowe odwoływanie koncertów. Już zapomniałem, jak to jest - być muzykiem i przeliczać w pamięci kasę z dżobów, które może trafić szlag. Całe szczęście, że zarabiam też z innych rzeczy; być „alternatywnym"  zawodowcem to w jakimś sensie kwadratura koła. Bo żeby być profesjonalistą, musisz bez przerwy żyć muzyką - ćwiczyć, słuchać, komponować. Nieustannie planować w głowie wszystko, czego chcesz dokonać. Mieć swoje własne studio, zainwestować w multum instrumentów. Ludzie - przecież nie można pozwolić, żeby jedynymi profi w tym kraju były grupy Kombi, Feel czy Zakopower.


Na domiar złego któregoś poranka wyszedłem na podwórko i zobaczyłem, że jakiś debil po raz kolejny wybił mi szybę w samochodzie. Zdarzyło się to w tym miejscu już po raz trzeci. Tym razem nawet nic nie ukradł, tylko przy okazji zniszczył zamki. Na koniec - debil, powtarzam, bo trudno mi znaleźć lepsze określenie - zrezygnował z francuskiej finezji i stuknął szybę. Jak głodny kundel rozwlókł jakieś płyty, mapy i pierdoły ze schowka. Gdybym go dopadł, wpierdoliłbym mu jak psu za obierki. Chwycił za wszarz i zawlókł do starych, żeby dokładnie przyjrzeli się swemu synowi złodziejowi. Co to za kraj, w którym ludzie nie mają wyobraźni: zamiast kraść samochody, kradną jakieś żenujące lusterka albo radia? Dzisiaj przeszedłem się po mieście: wszędzie leżą tony psiego gówna. Tak trudno kochać to miejsce, zwane Polską (nazwa najprawdopodobniej wywodzi się od „pola", stąd uzasadnione konnotacje typu „gówno w polu")... Tak trudno kochać miesiąc luty. Ale mądrzy Polacy powiadają: „aby do wiosny"! Aby do wiosny, bo przecież mamy już marzec... Za chwilę całe to gówno spłynie, wyschnie, sczeźnie. I będzie znowu pięknie i romantycznie. Choć przez chwilę.



Podziel się

komentarze (34) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  2 862 632  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmie...

więcej...

Tymon Tymański – kompozytor, tekściarz, felietonista. Lider formacji Miłość (1988-2002), Kury (1992-2003), Tymon & The Transistors (2002 - ). Współzałożyciel głośnej trójmiejskiej wytwórni płytowej Biodro Records. Autor muzyki teatralnej i filmowej (m.in. "Sztos", "Wesele", "Polskie Gówno"); prezenter kulturalnego programu Łossskot w TVP 1, współprowadzący w audycji "Ranne Kakao" w radiostacji Roxy FM.

schowaj...

Strony muzyczne

Projekty

  • Tymon & The Transistors – zespół gitarowy ("Wesele" 2004, "Don't Panic! We're From Poland" 2007)
  • Tymański Yass Ensemble – zespół jazzowy ("Jitte" 2004, "Free Tibet" 2008)

Polecam

  • Dyskografie: The Beatles, The Doors, The Velvet Underground, Frank Zappa, Bob Marley & The Wailers, Joy Division, Nirvana, John Coltrane, Eric Dolphy, Ornette Coleman, Lennie Tristano, Miles Davis, Ferenz List, Charles Ives, Arnold Schoenberg, Alban Berg, Conlon Nancarrow.
  • KSIĄŻKI: James Joyce - "Ulisses", Franz Kafka – "Zamek", Witold Gombrowicz – "Transatlantyk", "Kosmos", Hermann Hesse – "Siddharta", Kurt Vonnegut – "Rzeźnia Numer Pięć", Harper Lee – "Zabić Drozda".

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2862632
Wpisy
  • liczba: 238

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl